poniedziałek, 15 kwietnia 2013

~*~




~*~


Niewiele pamiętał z tego dnia. Wszystko działo się tak szybko. Za szybko. W zasadzie wolałby, żeby tamten dzień nigdy się nie zaczął. A przecież nic nie zapowiadało takiej tragedii... Było zupełnie odwrotnie. To miał być jeden z piękniejszych dni jego życia. Ich życia…
Siedząc teraz na ławeczce na bydgoskim cmentarzu i wpatrując się w uśmiechniętą twarz brunetki na zdjęciu, powoli dopuszcza do siebie myśl, że Jej już nigdy nie zobaczy. Nie dotknie Jej, nie poczuje Jej zapachu, nie usłyszy śmiechu, który tak kochał, nie spojrzy w te zielone oczy…
Nie może się jednak załamać. Bo chociaż Jej nie ma już na tym świecie od kilku miesięcy, on ma dla kogo żyć. I chociaż w pewien sposób to Julka jest odpowiedzialna za śmierć Magdy, on nie potrafi jej nie kochać. Uwielbia te małe rączki, kurczowo zaciskające się na jego palcach, te zielono-niebieskie oczy, które tak bardzo przypominają oczy Madzi…
Tak, jego narzeczona umarła, wydając na świat owoc ich miłości. Nie zdążyła Julki nawet zobaczyć, przytulić. A na niego spadła wielka odpowiedzialność zaopiekowania się noworodkiem. Był przerażony, przecież ona była taka maleńka, kruchutka. Ale postanowił sobie, że da radę. Dla Magdy. I to właśnie stara się robić. Dawać sobie radę.
Jest świadomy tego, że bez rodziców by sobie nie poradził. To oni pokazali mu jak opiekować się takim maleństwem. Ale za długo siedzi im już na głowie. Pół roku temu stanął na ich progu z Julką w ramionach, a oni bez słowa zajęli się małą a jemu dali kilka dni na dojście do siebie. Teraz, gdy jego życie jako tako się już wyprostowało, postanowił wrócić na stare śmieci. Do Bełchatowa, do przyjaciół, do klubu. Do mieszkania, które przez kilkanaście długich miesięcy dzielił z Nią…
Z takim postanowieniem rusza w drogę do domu. Gdy tylko przekracza próg, natyka się na matkę. Uśmiecha się do niej, a ona już wie. Ze zrozumieniem kiwa głową, kładąc ciepłą dłoń na jego ramieniu.
 - Cieszę się, że wreszcie wszystko sobie poukładałeś, synku.
 - Jutro wracam do Bełchatowa. Muszę się spakować – rusza w stronę schodów, ale wraca – Dziękuję, mamo. Za wszystko co dla mnie… Dla nas zrobiłaś.
 - Taka rola matki, Michałku – kobieta uśmiecha się delikatnie.
Michał pochyla się i całuje kobietę w policzek, po czym rusza schodami do pokoju, który zajmuje od pół roku. Wyciąga spod łóżka walizkę i wolno zaczyna układać w niej swoje rzeczy.
Czarna koszula… To ją miał na sobie w dniu, w którym się Jej oświadczył. Tę koszulę Ona lubiła najbardziej… Zamyka oczy i niemal czuje, zupełnie jak tamtego wieczora, jej palce delikatnie, odpinające jeden po drugim małe guziczki…
Czarno-żółta bluza Skry. Ponownie zamyka oczy i widzi Ją. Siedzi na kuchennym parapecie, w dłoni ściskając małe plastikowe pudełko. Ma na sobie tę właśnie bluzę. Gdy go widzi, zeskakuje wprost w jego ramiona, cicho szepcząc, że za kilka miesięcy zostaną rodzicami…
W jego bagażu nie ma rzeczy, która nie kojarzyłaby mu się z Nią…

Powoli traci nadzieję na to, że kiedyś uda mu się znaleźć odpowiednią kandydatkę na opiekunkę dla Julki. W końcu ktoś musi się nią zajmować, gdy on będzie na treningach. Przez jego dom w ciągu ostatnich kilku dni przewinęło się mnóstwo kobiet, ale żadna mu nie odpowiadała. Powody były różne. Jedne były za stare, inne za młode, jeszcze innym brakowało kwalifikacji, albo nie miały odpowiedniego podejścia. Miał wrażenie, że większość z nich zgłosiła się dla niego, nie dla Julki…
 - No, Michu, jeszcze tylko jedna i koniec na dziś – mówi sam do siebie, patrząc na śpiącą w wózku córeczkę.
Przez okno zauważa parkujący na podjeździe samochód, z którego wysiada średniego wzrostu brunetka. Rusza do drzwi jeszcze przed dźwiękiem dzwonka. Nie chce, by hałas obudził Julię. Kobieta jest wyraźnie zaskoczona, widząc go czekającego już z otwartymi drzwiami.
 - Albo jest pan tak zdesperowany, albo maleństwo śpi – uśmiecha się na przywitanie – Dzień dobry.
 - Witam, proszę wejść… - mówi, otwierając szerzej drzwi.
 - Nazywam się Marcelina. Marcelina Winiarska – przedstawia się. Na jego usta mimowolnie wpływa uśmiech.
 - To chyba jakiś znak. Zapraszam dalej. Napije się pani czegoś? – proponuje, chociaż z poprzednimi kandydatkami od razu przechodził do rzeczy. Marcelina, ona wydaje mu się inna niż tamte. Jest w niej coś, co budzi zaufanie.
 - Poproszę herbatę. I niech pan nie mówi do mnie pani. Jestem Marcelina, albo po prostu Marcela.
 - Dobrze, pan… Marcelino. Zostawiam cię z Julią, za moment wracam.
Nastawia wodę i opiera się o blat, czekając na gwizdek czajnika. Nie do końca rozumie swoje postępowanie. Co skłoniło go do zaproponowania jej herbaty? I dlaczego nie widzi nic złego w tym, że Julka została sama z, bądź co bądź, nieznajomą kobietą?
Gdy wraca z powrotem do salonu, Marcela siedzi na kanapie z jego dzieckiem na rękach. Julka z zaciekawieniem w zielonych oczkach przygląda się nieznajomej twarzy. Wyciąga rączkę i niepewnie dotyka niesfornego loczka, który wysunął się spod frotki Marceliny. Gdy nic podejrzanego się nie dzieje, Mała chwyta go i pociąga.
 - Ty mała psotnico – słyszy cichy szept brunetki – Tatuś nie ma takich loczków i nie możesz ich ciągnąć, co nie? Podoba ci się?
Zaraz potem słyszy radosny śmiech córki i już wie. Już wie, że znalazł tą odpowiednią kobietę, której bez żadnych wątpliwości gotów będzie oddać pod opiekę własne dziecko.

Nie jest wcale zdziwiony tym, że tak szybko przyzwyczaił się do obecności brunetki w swoim domu i życiu. Teraz, siedząc obok niej i przyglądając się, jak jego koledzy walczą na boisku o zwycięstwo, czuje to aż za bardzo. Dobrze wie, że to, co dzieje się z nim w tej chwili jest nieodpowiednie, nie może jednak nad tym zapanować. Był sam, zagubiony, z małym dzieckiem na głowie i marzeniami, które miały się nigdy nie spełnić. Jeden moment zmienił wszystko. W jego drzwiach stanęła Marcelina Winiarska, a jego życie wywróciło się do góry nogami. Ponad roczna już Julka uważała ją za swoją matkę, a on… On ostatnio stwierdził, że nie miałby nic przeciw temu.
Marcelina była prawdziwym aniołem w ludzkiej skórze. Zajmowała się Julią, sprzątała, gotowała. I to jak gotowała! Nie mógłby już obejść się bez jej kuchni. Była inteligentna, chociaż z powodu kłopotów rodzinnych nie mogła pójść na studia. Teraz, mając już 26 lat, twierdziła, iż się do nauki nie nadaje. On uważał inaczej. Według niego byłaby idealną nauczycielką. Dzieci pokochałyby ją już od pierwszych zajęć.
 - Zamyśliłeś się – jej głos wyrywa go z zamyślenia.
 - Podoba ci się mecz?
 - Twoja drużyna właśnie przegrała, a ty się pytasz, czy mi się podoba? – pyta zdziwiona, a on dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że przez cały mecz błądził głową w chmurach.
 - Zamyśliłem się.
 - I co ciekawego wymyśliłeś?
 - Porozmawiamy o tym w domu. Teraz muszę iść Szampona pocieszyć – szczerzy się wesoło, po czym znika gdzieś w tłumie piszczących fanek.

 - Nie wierzę, że udało ci się mnie przekonać – brunetka kręci głową, wpatrując się w jego niebieskie oczy – Jesteś zły. Zły do szpiku kości.
 - A ciebie to kręci, Celciu – mruczy, muskając ustami jej policzek.
Nie może nadziwić się własnemu szczęściu. Marcelina nie wyśmiała go, nie wyzwała, nie odeszła. Po prostu się zgodziła. Z tym swoim rozbrajającym uśmieszkiem stwierdziła, iż czuła, że tak to się skończy już wtedy, gdy zobaczyła go czekającego na nią w progu własnego mieszkania. Dla niego jednak nic się nie skończyło. Dla niego był to nowy początek.
Dziękował Bogu za to, że postawił na jego drodze tę brunetkę o bursztynowych oczach. Ona go ocaliła. Uratowała jego marzenia i jego samego. Uratowała też Julię…
 - Marcyś?
 - Tak? – odwraca się w jego ramionach, wlepiając w niego wyczekujące spojrzenie.
 - Ja… Ja nie chcę mieć już więcej dzieci.
 - Ale… - zaczyna, ale zaraz urywa, patrząc na niego ze zrozumieniem – Boisz się.
 - Czytasz we mnie jak w otwartej książce.
 - Dla mnie jesteś otwartą książką. Moim własnym bestsellerem.

Przekonała go? Nie bardzo, po prostu pewnego dnia postawiła go przed faktem dokonanym, a on, chcąc, nie chcąc, musiał się z tym pogodzić. Nie mógł już nic poradzić. Mógł jedynie dbać o nią jak o największy skarb i nie pozwolić sobie na myślenie o tym, co stało się ponad trzy lata wcześniej.
 - Obiecaj, że będziesz na siebie uważać.
 - Misiek, jedziesz do Rzeszowa, nie na koniec świata.
 - I masz zadzwonić, jakby coś się działo, rozumiesz?
Brunetka uśmiecha się i wstaje z fotela, siadając mu na kolanach. Dotyka dłonią jego policzka, nie spuszczając spojrzenia z jego oczu. Delikatnie muska jego usta swoimi raz, potem drugi i kolejny.
 - Nic nam nie będzie. Wrócisz, a cała nasza trójka będzie tu na ciebie cierpliwie czekać.
 - Już ja widzę tą cierpliwość w wykonaniu Julki – marszczy zabawnie nos, wywołując na ustach brunetki uśmiech.
 - Tato, a co to jest cierpliwość? – trzylatka z zainteresowaniem wpatruje się w ojca.
 - Ty, Mała, tego na pewno nie masz. Na nic nie potrafisz czekać, wszystko musisz mieć na już.
 - Wdałam się w ojca – stwierdza rezolutnie, kiwając głową.
 - Tak, zdecydowanie wdała się w ciebie – szepcze brunetka, gdy Julka podskakując, znika w swoim pokoju.

Przerażony, to mało powiedziane. Panicznie boi się tego, że historia się powtórzy. Dzień zaczął się dokładnie jak tamten przed prawie czterema laty. Nic nie zapowiadało tragedii, miał to być zupełnie normalny dzień. I wtedy właśnie Marcelina oświadczyła mu, że chyba się zaczęło.
Chodzi po korytarzu od jednego końca do drugiego. Nie pomagają mu nawet zapewnienia Pauliny i Mariusza o tym, że wszystko dobrze się skończy. On wie swoje. Raz już coś takiego przeżywał, wtedy niczym się nie martwił. To przecież miał być najwspanialszy dzień jego życia. Miał zostać ojcem…
Jego męczarnię przerywa pojawiająca się na korytarzu pielęgniarka. Uśmiecha się delikatnie, pytając, czy to on jest ojcem. Widząc wyraz twarzy kobiety, nie jest w stanie wydusić z siebie słowa. Gdyby było źle, nie uśmiechałaby się, prawda?
 - No leć Winiar!
 - Tak, tak. Ja ojcem. Jestem – plącze się, zamaszyście kiwając głową.
 - Na pewno chce pan zobaczyć żonę i maleństwa.
 - Jak to… maleństwa?! Przecież…
 - Widzi pan, jeden z pańskich synów dobrze się przed nami ukrywał – na ustach kobiety po raz kolejny pojawia się uśmiech – Zapraszam.
Wchodzi do sali wolnym, niepewnym krokiem. Nogi ma jak z waty, czuje, że cały drży. Ona żyje. I urodziła mu dwoje dzieci. Dwóch synów.
 - Jak się czujesz? – szepcze, by nie obudzić śpiących w ramionach Marceliny maluchów.
 - Wykończona. Ale też cholernie szczęśliwa. Dzięki tobie, Michaś. To ty dałeś mi ich. Dziękuję.
 - Nie Marcyś, to ja ci dziękuję. Nie tylko za nich – dotyka palcami główki jednego z synów – Dziękuję ci za wszystko. Za to, że pojawiłaś się w moim życiu, za to, że ocaliłaś mnie i moje marzenia. Za to, że jesteś dla Julki matką…
 - Kocham cię – szepcze, ściskając jego palce w dłoni – Ale mamy problem.
 - Jak to… problem?
 - Uzgodniliśmy, że synowi damy na imię Maciek… Ale przecież obu ich tak nazwać nie możemy.
 - Cyśka, jakaś ty zabawna – krzywi się, chociaż ma ochotę parsknąć śmiechem.
 - Nazwijcie go Mariusz! – od drzwi słychać głos Wlazłego.
 - Żebyś w samozachwyt popadł? Po moim trupie! – burzy się Winiarski.
 - To da się załatwić – Michał, widząc szeroki uśmiech przyjaciela, z politowaniem kręci głową.

Siedzi przy niej i obserwuje, jak śpi. Przesuwa wzrokiem po jej długich, ciemnobrązowych włosach, rzęsach, rzucających cienie na policzki. Na dłużej jego spojrzenie zatrzymuje się na jej ustach. O tak, jej usta są zdecydowanie czymś, co uwielbia w niej najbardziej.
Nie może nadziwić się własnemu szczęściu. Jednak tam na Górze jest ktoś, kto przejmuje się jego losem. Ktoś, kto uratował go, stawiając na jego życiowej drodze Marcelinę.
 - Nawet sobie nie wyobrażasz – szepcze, przesuwając opuszkiem palca po jej policzku – ile dla mnie znaczysz. Ile zrobiłaś, tak naprawdę nie robiąc zupełnie nic… Po prostu byłaś… Ciągle jesteś… I wiem, że nadal będziesz. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.


Taki tam sobie Michał

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział V




Rozdział V



Siedzę w fotelu, popijając gorącą czekoladę. Przed oczami ciągle mam obraz Piotrka, który tak ładnie prosi o numer mojego telefonu i obiecuje, że na pewno do mnie zadzwoni. Czekam na telefon, albo chociaż krótkiego SMSa jak na zbawienie. Od dziesięciu dni Hain nie dał znaku życia.
Idiotka! Przecież to jest Hain. Ten Hain, który miał już za sobą debiut w reprezentacji kraju. Ktoś taki jak on nigdy nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak ja. A ja głupia robiłam sobie złudne nadzieje. Jak głupia wierzyłam w to, że skoro mnie śledził, żeby dowiedzieć się, gdzie mieszkam i zabrał mnie ze sobą na mecz, zależy mu na mnie. Zapomniałam tylko o tym, że nigdy nie miałam szczęścia do facetów. Wszyscy po dłuższym lub krótszym czasie okazywali się tacy sami…
 - Walę w te drzwi już chyba od kwadransa! Marta, co z tobą?! – do mojego mieszkania jak tornado wpada Mika.
 - Przepraszam, zamyśliłam się – próbuję się jakoś wytłumaczyć. Jednak Iza nie daje się oszukać. Jedno spojrzenie w jej brązowe ślepia wystarcza, żeby przekonać się, że nie wierzy w ani jedno moje słowo.
 - Nie zadzwonił – stwierdza, marszcząc czoło, po czym uderza pięścią w poduszkę – Zabiję go! Zatłukę! Powieszę i zostawię! Niech sobie dynda!
 - Mika, daj spokój – uśmiecham się krzywo – To nie jego wina, że mu się nie podobam.
 - Bo zaraz mnie jasna cholera trafi! – drze się, unoszę ręce do góry i patrząc błagalnym wzrokiem w sufit – Ty mu się nie podobasz?! Lenka, ja widziałam jak on na ciebie patrzył. Już wtedy na ulicy.
 - Więc dlaczego nie zadzwonił? – pytam. Na to pytanie już nie znajduje odpowiedzi.
 - Przyszłaś po coś konkretnego, czy tak tylko się nade mną poznęcać? – patrzę na nią krzywo. Już otwiera usta, by coś powiedzieć, gdy przerywa jej stukanie do drzwi.
 - Widzisz? Przyszedł! – syczy mi do ucha, wlekąc się za mną.
 - Cześć, Lenka. Przyszliśmy… - zaczyna stojący za drzwiami Ferens, po czym rozgląda się bezradnie dookoła.
 - My? Przecież jesteś sam – uśmiecham się.
 - Może ma rozdwojenie jaźni? – stojąca za mną Iza parska śmiechem. Chcąc nie chcąc, też zaczynam się śmiać.
 - Cholera – warczy pod nosem – Zaraz wracam! Sekunda! – woła i znika na schodach. Wraca po chwili, ciągnąca za sobą opierającego się Haina.
 - Cześć – bączy pod nosem, a Iza dźga mnie palcem między żebra, chichrając się pod nosem jak ta hiena.
 - Piotrek chciał ci wytłumaczyć, dlaczego nie zadzwonił – mówi za kolegę Wojtek.
 - To może my już pójdziemy? – Mika szczerzy się bezczelnie i wychodzi, ciągnąc za sobą Ferensa. Dziwnie posłusznego i niezaprzeczalnie zadowolonego.
Zapanowuje trochę niezręczna cisza. Ja nie chcę się odzywać pierwsza, on chyba nie bardzo wie, od czego ma zacząć.
 - Wchodzisz dalej? Czy masz zamiar rozmawiać tu na korytarzu? – pytam w końcu.
Ruszam do salonu, nie odwracając się za siebie. Piotrek wlecze się krok w krok za mną. Czuję jego wzrok na swoich plecach. Kilka razy głęboko oddycham, żeby trochę ochłonąć, po czym siadam na kanapie, zachęcająco poklepując wolne miejsce obok siebie. Hain siada i patrzy na mnie niepewnie swoimi wielkimi, czekoladowymi oczyma.
 - Byłem u rodziców na święta. No a że moja inteligencja nie zna granic, zostawiłem telefon w mieszkaniu w Olsztynie. Skapowałem się w połowie drogi i… A potem to już nie wiedziałem co zrobić – wyrzuca z siebie słowa jak serię z karabinu maszynowego.
Bardzo staram się zachować poważną minę i nie parsknąć śmiechem, ale chęć wybuchnięcia śmiechem jest silniejsza ode mnie. Parskam szalonym chichotem, a on spogląda na mnie z niedowierzaniem w tych swoich wielkich ślepiach. Po chwili kręci głową ze zmarszczonym czołem i niepewnie się uśmiecha.
 - Więc się nie gniewasz? – pyta z nadzieją.
 - Przecież to mogło się zdarzyć… No nie. To mogło się zdarzyć tylko tobie – szczerzę się do niego,  a on rzuca we mnie poduszką.
 - A ty nigdy niczego nie zapomniałaś? – pyta z miną zbitego psa.
 - Kiedyś zostawiłam plecak w szkole. Ale to było w podstawówce – marszczę czoło, próbując przypomnieć sobie inne oznaki sklerozy czy alzheimera.
 - Panna idealna – prycha pod nosem.
 - Wcale nie jestem idealna – mruczę, odruchowo poprawiając fryzurę.
 - Dla mnie jesteś idealna w każdym calu – szepcze, dotykając mojego policzka.
Zaczyna się nade mną pochylać, czuję na ustach jego przyśpieszony, nierówny oddech. Unoszę lekko głowę, zamykając oczy i już po chwili czuję jego usta na swoich. Zarzucam mu ramiona na szyję i mocno się przytulam.
Piotrek nagle odsuwa się ode mnie, zrywa się z kanapy i patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
 - Co ty wyrabiasz? – dziwię się, unosząc pytająco brew ku górze, jednak też wstaję.
 - Oszalałem! – woła, pochyla się nade mną, głośno cmoka w policzek, po czym jak gdyby nigdy nic wybiega na klatkę wrzeszcząc coś podobnego do „ do zobaczyska”.
Z uśmiechem na ustach opadam na swój ulubiony fotel. Czy ta sytuacja sprzed chwili to rzeczywistość, czy tylko piękny sen?


Dwa dni później razem z Izą siedzimy w olsztyńskiej Uranii, z całych sił zaciskając kciuki. Mecz pomiędzy miejscowym AZSem a kędzierzyńską ZAKSĄ powoli dobiega końca. Ciągle mam nadzieję, że nasi wygrają. Przez cały mecz grali jak natchnieni, w niczym nie ustępując silniejszemu przeciwnikowi. Na każdy skuteczny atak Kędzierzynian, odpowiadali podobnym. Nie przestraszyli się, ani nie stracili skupienia. Przeciwnicy zdawali się być bardzo zaskoczeni postawą bądź co bądź dużo młodszych i mniej doświadczonych siatkarzy z Olsztyna.
 - Zaraz tu umrę – jęczę, gdy na tablicy widnieje kolejny remis. Nasi znów nie wykorzystali piłki meczowej.
 - Niech no tylko spróbują to przegrać! Już ja Ferensowi pokażę!
 - Jak wygrają, pokażesz mu tym bardziej – szczerzę się do Izy, na co ta głośno prycha i ostentacyjnie odwraca się do mnie plecami z miną obrażonej królowej.
 - A tobie Hain już pokazał? – pyta nagle, a ja o mało nie spadam z krzesła.
 - Mika!
Uśmiecha się i wzrusza ramionami, kierując wzrok na boisko. Na tablicy widniej wynik 18:17 dla nas. Niemal wstrzymuję oddech, śledząc wzrokiem piłkę, która wreszcie ląduje na pomarańczowej płycie boiska przeciwnika. Wygraliśmy!
Schodzę na dół, uważając, żeby biegające dzieciaki mnie nie stratowały. Piotrek od razu mnie zauważa i nie zwracając na nic uwagi, podchodzi do band reklamowych.
 - Widzisz? Mówiłam, że jeszcze pokażesz mi jak wygrywasz.
 - Jeszcze nie wierzę, że się udało. Patrz – mówi, wskazując głową na miziających się po drugiej stronie hali Izę i Wojtka – Może byśmy tak wzięli z nich przykład?
Nie daje mi dojść do głosu. Po prostu pochyla się i wpija w moje usta, przyciągając mnie do siebie na tyle, na ile pozwalają bandy. Nagle odrywa się ode mnie i wlepia we mnie swoje hipnotyzujące spojrzenie.
- Zakochałem się – mruczy z ustami tuż przy moich ustach, po czym znów mnie całuje.
Jego usta na moich sprawiają, że totalnie wyłącza mi się myślenie. W głowie mam tylko dwa słowa: zakochałem się. 
Ja też, Piotruś. Ja też.





I to by było na tyle w tym temacie.