~*~
Niewiele pamiętał z tego dnia. Wszystko działo się tak szybko.
Za szybko. W zasadzie wolałby, żeby tamten dzień nigdy się nie zaczął. A
przecież nic nie zapowiadało takiej tragedii... Było zupełnie odwrotnie. To
miał być jeden z piękniejszych dni jego życia. Ich życia…
Siedząc teraz na ławeczce na bydgoskim cmentarzu i wpatrując się
w uśmiechniętą twarz brunetki na zdjęciu, powoli dopuszcza do siebie myśl, że
Jej już nigdy nie zobaczy. Nie dotknie Jej, nie poczuje Jej zapachu, nie usłyszy
śmiechu, który tak kochał, nie spojrzy w te zielone oczy…
Nie może się jednak załamać. Bo chociaż Jej nie ma już na tym
świecie od kilku miesięcy, on ma dla kogo żyć. I chociaż w pewien sposób to
Julka jest odpowiedzialna za śmierć Magdy, on nie potrafi jej nie kochać.
Uwielbia te małe rączki, kurczowo zaciskające się na jego palcach, te
zielono-niebieskie oczy, które tak bardzo przypominają oczy Madzi…
Tak, jego narzeczona umarła, wydając na świat owoc ich miłości.
Nie zdążyła Julki nawet zobaczyć, przytulić. A na niego spadła wielka
odpowiedzialność zaopiekowania się noworodkiem. Był przerażony, przecież ona
była taka maleńka, kruchutka. Ale postanowił sobie, że da radę. Dla Magdy. I to
właśnie stara się robić. Dawać sobie radę.
Jest świadomy tego, że bez rodziców by sobie nie poradził. To
oni pokazali mu jak opiekować się takim maleństwem. Ale za długo siedzi im już
na głowie. Pół roku temu stanął na ich progu z Julką w ramionach, a oni bez
słowa zajęli się małą a jemu dali kilka dni na dojście do siebie. Teraz, gdy
jego życie jako tako się już wyprostowało, postanowił wrócić na stare śmieci.
Do Bełchatowa, do przyjaciół, do klubu. Do mieszkania, które przez kilkanaście
długich miesięcy dzielił z Nią…
Z takim postanowieniem rusza w drogę do domu. Gdy tylko
przekracza próg, natyka się na matkę. Uśmiecha się do niej, a ona już wie. Ze
zrozumieniem kiwa głową, kładąc ciepłą dłoń na jego ramieniu.
- Cieszę się, że wreszcie
wszystko sobie poukładałeś, synku.
- Jutro wracam do
Bełchatowa. Muszę się spakować – rusza w stronę schodów, ale wraca – Dziękuję,
mamo. Za wszystko co dla mnie… Dla nas zrobiłaś.
- Taka rola matki,
Michałku – kobieta uśmiecha się delikatnie.
Michał pochyla się i całuje kobietę w policzek, po czym rusza
schodami do pokoju, który zajmuje od pół roku. Wyciąga spod łóżka walizkę i
wolno zaczyna układać w niej swoje rzeczy.
Czarna koszula… To ją miał na sobie w dniu, w którym się Jej
oświadczył. Tę koszulę Ona lubiła najbardziej… Zamyka oczy i niemal czuje,
zupełnie jak tamtego wieczora, jej palce delikatnie, odpinające jeden po drugim
małe guziczki…
Czarno-żółta bluza Skry. Ponownie zamyka oczy i widzi Ją. Siedzi
na kuchennym parapecie, w dłoni ściskając małe plastikowe pudełko. Ma na sobie
tę właśnie bluzę. Gdy go widzi, zeskakuje wprost w jego ramiona, cicho
szepcząc, że za kilka miesięcy zostaną rodzicami…
W jego bagażu nie ma rzeczy, która nie kojarzyłaby mu się z Nią…
Powoli traci nadzieję na to, że kiedyś uda mu się znaleźć
odpowiednią kandydatkę na opiekunkę dla Julki. W końcu ktoś musi się nią
zajmować, gdy on będzie na treningach. Przez jego dom w ciągu ostatnich kilku
dni przewinęło się mnóstwo kobiet, ale żadna mu nie odpowiadała. Powody były różne.
Jedne były za stare, inne za młode, jeszcze innym brakowało kwalifikacji, albo
nie miały odpowiedniego podejścia. Miał wrażenie, że większość z nich zgłosiła
się dla niego, nie dla Julki…
- No, Michu, jeszcze
tylko jedna i koniec na dziś – mówi sam do siebie, patrząc na śpiącą w wózku
córeczkę.
Przez okno zauważa parkujący na podjeździe samochód, z którego
wysiada średniego wzrostu brunetka. Rusza do drzwi jeszcze przed dźwiękiem
dzwonka. Nie chce, by hałas obudził Julię. Kobieta jest wyraźnie zaskoczona,
widząc go czekającego już z otwartymi drzwiami.
- Albo jest pan tak
zdesperowany, albo maleństwo śpi – uśmiecha się na przywitanie – Dzień dobry.
- Witam, proszę wejść… -
mówi, otwierając szerzej drzwi.
- Nazywam się Marcelina.
Marcelina Winiarska – przedstawia się. Na jego usta mimowolnie wpływa uśmiech.
- To chyba jakiś znak.
Zapraszam dalej. Napije się pani czegoś? – proponuje, chociaż z poprzednimi
kandydatkami od razu przechodził do rzeczy. Marcelina, ona wydaje mu się inna
niż tamte. Jest w niej coś, co budzi zaufanie.
- Poproszę herbatę. I
niech pan nie mówi do mnie pani. Jestem Marcelina, albo po prostu Marcela.
- Dobrze, pan… Marcelino.
Zostawiam cię z Julią, za moment wracam.
Nastawia wodę i opiera się o blat, czekając na gwizdek czajnika.
Nie do końca rozumie swoje postępowanie. Co skłoniło go do zaproponowania jej
herbaty? I dlaczego nie widzi nic złego w tym, że Julka została sama z, bądź co
bądź, nieznajomą kobietą?
Gdy wraca z powrotem do salonu, Marcela siedzi na kanapie z jego
dzieckiem na rękach. Julka z zaciekawieniem w zielonych oczkach przygląda się
nieznajomej twarzy. Wyciąga rączkę i niepewnie dotyka niesfornego loczka, który
wysunął się spod frotki Marceliny. Gdy nic podejrzanego się nie dzieje, Mała chwyta
go i pociąga.
- Ty mała psotnico –
słyszy cichy szept brunetki – Tatuś nie ma takich loczków i nie możesz ich
ciągnąć, co nie? Podoba ci się?
Zaraz potem słyszy radosny śmiech córki i już wie. Już wie, że
znalazł tą odpowiednią kobietę, której bez żadnych wątpliwości gotów będzie
oddać pod opiekę własne dziecko.
Nie jest wcale zdziwiony tym, że tak szybko przyzwyczaił się do
obecności brunetki w swoim domu i życiu. Teraz, siedząc obok niej i
przyglądając się, jak jego koledzy walczą na boisku o zwycięstwo, czuje to aż
za bardzo. Dobrze wie, że to, co dzieje się z nim w tej chwili jest
nieodpowiednie, nie może jednak nad tym zapanować. Był sam, zagubiony, z małym
dzieckiem na głowie i marzeniami, które miały się nigdy nie spełnić. Jeden
moment zmienił wszystko. W jego drzwiach stanęła Marcelina Winiarska, a jego
życie wywróciło się do góry nogami. Ponad roczna już Julka uważała ją za swoją
matkę, a on… On ostatnio stwierdził, że nie miałby nic przeciw temu.
Marcelina była prawdziwym aniołem w ludzkiej skórze. Zajmowała się
Julią, sprzątała, gotowała. I to jak gotowała! Nie mógłby już obejść się bez
jej kuchni. Była inteligentna, chociaż z powodu kłopotów rodzinnych nie mogła
pójść na studia. Teraz, mając już 26 lat, twierdziła, iż się do nauki nie
nadaje. On uważał inaczej. Według niego byłaby idealną nauczycielką. Dzieci
pokochałyby ją już od pierwszych zajęć.
- Zamyśliłeś się – jej
głos wyrywa go z zamyślenia.
- Podoba ci się mecz?
- Twoja drużyna właśnie
przegrała, a ty się pytasz, czy mi się podoba? – pyta zdziwiona, a on dopiero
teraz zdaje sobie sprawę, że przez cały mecz błądził głową w chmurach.
- Zamyśliłem się.
- I co ciekawego
wymyśliłeś?
- Porozmawiamy o tym w
domu. Teraz muszę iść Szampona pocieszyć – szczerzy się wesoło, po czym znika
gdzieś w tłumie piszczących fanek.
- Nie wierzę, że udało ci
się mnie przekonać – brunetka kręci głową, wpatrując się w jego niebieskie oczy
– Jesteś zły. Zły do szpiku kości.
- A ciebie to kręci,
Celciu – mruczy, muskając ustami jej policzek.
Nie może nadziwić się własnemu szczęściu. Marcelina nie wyśmiała
go, nie wyzwała, nie odeszła. Po prostu się zgodziła. Z tym swoim rozbrajającym
uśmieszkiem stwierdziła, iż czuła, że tak to się skończy już wtedy, gdy
zobaczyła go czekającego na nią w progu własnego mieszkania. Dla niego jednak
nic się nie skończyło. Dla niego był to nowy początek.
Dziękował Bogu za to, że postawił na jego drodze tę brunetkę o
bursztynowych oczach. Ona go ocaliła. Uratowała jego marzenia i jego samego.
Uratowała też Julię…
- Marcyś?
- Tak? – odwraca się w
jego ramionach, wlepiając w niego wyczekujące spojrzenie.
- Ja… Ja nie chcę mieć
już więcej dzieci.
- Ale… - zaczyna, ale
zaraz urywa, patrząc na niego ze zrozumieniem – Boisz się.
- Czytasz we mnie jak w
otwartej książce.
- Dla mnie jesteś otwartą
książką. Moim własnym bestsellerem.
Przekonała go? Nie bardzo, po prostu pewnego dnia postawiła go
przed faktem dokonanym, a on, chcąc, nie chcąc, musiał się z tym pogodzić. Nie
mógł już nic poradzić. Mógł jedynie dbać o nią jak o największy skarb i nie
pozwolić sobie na myślenie o tym, co stało się ponad trzy lata wcześniej.
- Obiecaj, że będziesz na
siebie uważać.
- Misiek, jedziesz do
Rzeszowa, nie na koniec świata.
- I masz zadzwonić, jakby
coś się działo, rozumiesz?
Brunetka uśmiecha się i wstaje z fotela, siadając mu na
kolanach. Dotyka dłonią jego policzka, nie spuszczając spojrzenia z jego oczu.
Delikatnie muska jego usta swoimi raz, potem drugi i kolejny.
- Nic nam nie będzie. Wrócisz,
a cała nasza trójka będzie tu na ciebie cierpliwie czekać.
- Już ja widzę tą
cierpliwość w wykonaniu Julki – marszczy zabawnie nos, wywołując na ustach
brunetki uśmiech.
- Tato, a co to jest
cierpliwość? – trzylatka z zainteresowaniem wpatruje się w ojca.
- Ty, Mała, tego na pewno
nie masz. Na nic nie potrafisz czekać, wszystko musisz mieć na już.
- Wdałam się w ojca –
stwierdza rezolutnie, kiwając głową.
- Tak, zdecydowanie wdała
się w ciebie – szepcze brunetka, gdy Julka podskakując, znika w swoim pokoju.
Przerażony, to mało powiedziane. Panicznie boi się tego, że
historia się powtórzy. Dzień zaczął się dokładnie jak tamten przed prawie
czterema laty. Nic nie zapowiadało tragedii, miał to być zupełnie normalny
dzień. I wtedy właśnie Marcelina oświadczyła mu, że chyba się zaczęło.
Chodzi po korytarzu od jednego końca do drugiego. Nie pomagają
mu nawet zapewnienia Pauliny i Mariusza o tym, że wszystko dobrze się skończy. On
wie swoje. Raz już coś takiego przeżywał, wtedy niczym się nie martwił. To
przecież miał być najwspanialszy dzień jego życia. Miał zostać ojcem…
Jego męczarnię przerywa pojawiająca się na korytarzu
pielęgniarka. Uśmiecha się delikatnie, pytając, czy to on jest ojcem. Widząc
wyraz twarzy kobiety, nie jest w stanie wydusić z siebie słowa. Gdyby było źle,
nie uśmiechałaby się, prawda?
- No leć Winiar!
- Tak, tak. Ja ojcem.
Jestem – plącze się, zamaszyście kiwając głową.
- Na pewno chce pan
zobaczyć żonę i maleństwa.
- Jak to… maleństwa?!
Przecież…
- Widzi pan, jeden z
pańskich synów dobrze się przed nami ukrywał – na ustach kobiety po raz kolejny
pojawia się uśmiech – Zapraszam.
Wchodzi do sali wolnym, niepewnym krokiem. Nogi ma jak z waty,
czuje, że cały drży. Ona żyje. I urodziła mu dwoje dzieci. Dwóch synów.
- Jak się czujesz? –
szepcze, by nie obudzić śpiących w ramionach Marceliny maluchów.
- Wykończona. Ale też
cholernie szczęśliwa. Dzięki tobie, Michaś. To ty dałeś mi ich. Dziękuję.
- Nie Marcyś, to ja ci
dziękuję. Nie tylko za nich – dotyka palcami główki jednego z synów – Dziękuję
ci za wszystko. Za to, że pojawiłaś się w moim życiu, za to, że ocaliłaś mnie i
moje marzenia. Za to, że jesteś dla Julki matką…
- Kocham cię – szepcze,
ściskając jego palce w dłoni – Ale mamy problem.
- Jak to… problem?
- Uzgodniliśmy, że synowi
damy na imię Maciek… Ale przecież obu ich tak nazwać nie możemy.
- Cyśka, jakaś ty zabawna
– krzywi się, chociaż ma ochotę parsknąć śmiechem.
- Nazwijcie go Mariusz! –
od drzwi słychać głos Wlazłego.
- Żebyś w samozachwyt
popadł? Po moim trupie! – burzy się Winiarski.
- To da się załatwić –
Michał, widząc szeroki uśmiech przyjaciela, z politowaniem kręci głową.
Siedzi przy niej i obserwuje, jak śpi. Przesuwa wzrokiem po jej
długich, ciemnobrązowych włosach, rzęsach, rzucających cienie na policzki. Na
dłużej jego spojrzenie zatrzymuje się na jej ustach. O tak, jej usta są
zdecydowanie czymś, co uwielbia w niej najbardziej.
Nie może nadziwić się własnemu szczęściu. Jednak tam na Górze
jest ktoś, kto przejmuje się jego losem. Ktoś, kto uratował go, stawiając na
jego życiowej drodze Marcelinę.
- Nawet sobie nie
wyobrażasz – szepcze, przesuwając opuszkiem palca po jej policzku – ile dla
mnie znaczysz. Ile zrobiłaś, tak naprawdę nie robiąc zupełnie nic… Po prostu
byłaś… Ciągle jesteś… I wiem, że nadal będziesz. Jesteś najlepszym, co mnie w
życiu spotkało.
Taki tam sobie Michał