piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział V




Rozdział V



Siedzę w fotelu, popijając gorącą czekoladę. Przed oczami ciągle mam obraz Piotrka, który tak ładnie prosi o numer mojego telefonu i obiecuje, że na pewno do mnie zadzwoni. Czekam na telefon, albo chociaż krótkiego SMSa jak na zbawienie. Od dziesięciu dni Hain nie dał znaku życia.
Idiotka! Przecież to jest Hain. Ten Hain, który miał już za sobą debiut w reprezentacji kraju. Ktoś taki jak on nigdy nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak ja. A ja głupia robiłam sobie złudne nadzieje. Jak głupia wierzyłam w to, że skoro mnie śledził, żeby dowiedzieć się, gdzie mieszkam i zabrał mnie ze sobą na mecz, zależy mu na mnie. Zapomniałam tylko o tym, że nigdy nie miałam szczęścia do facetów. Wszyscy po dłuższym lub krótszym czasie okazywali się tacy sami…
 - Walę w te drzwi już chyba od kwadransa! Marta, co z tobą?! – do mojego mieszkania jak tornado wpada Mika.
 - Przepraszam, zamyśliłam się – próbuję się jakoś wytłumaczyć. Jednak Iza nie daje się oszukać. Jedno spojrzenie w jej brązowe ślepia wystarcza, żeby przekonać się, że nie wierzy w ani jedno moje słowo.
 - Nie zadzwonił – stwierdza, marszcząc czoło, po czym uderza pięścią w poduszkę – Zabiję go! Zatłukę! Powieszę i zostawię! Niech sobie dynda!
 - Mika, daj spokój – uśmiecham się krzywo – To nie jego wina, że mu się nie podobam.
 - Bo zaraz mnie jasna cholera trafi! – drze się, unoszę ręce do góry i patrząc błagalnym wzrokiem w sufit – Ty mu się nie podobasz?! Lenka, ja widziałam jak on na ciebie patrzył. Już wtedy na ulicy.
 - Więc dlaczego nie zadzwonił? – pytam. Na to pytanie już nie znajduje odpowiedzi.
 - Przyszłaś po coś konkretnego, czy tak tylko się nade mną poznęcać? – patrzę na nią krzywo. Już otwiera usta, by coś powiedzieć, gdy przerywa jej stukanie do drzwi.
 - Widzisz? Przyszedł! – syczy mi do ucha, wlekąc się za mną.
 - Cześć, Lenka. Przyszliśmy… - zaczyna stojący za drzwiami Ferens, po czym rozgląda się bezradnie dookoła.
 - My? Przecież jesteś sam – uśmiecham się.
 - Może ma rozdwojenie jaźni? – stojąca za mną Iza parska śmiechem. Chcąc nie chcąc, też zaczynam się śmiać.
 - Cholera – warczy pod nosem – Zaraz wracam! Sekunda! – woła i znika na schodach. Wraca po chwili, ciągnąca za sobą opierającego się Haina.
 - Cześć – bączy pod nosem, a Iza dźga mnie palcem między żebra, chichrając się pod nosem jak ta hiena.
 - Piotrek chciał ci wytłumaczyć, dlaczego nie zadzwonił – mówi za kolegę Wojtek.
 - To może my już pójdziemy? – Mika szczerzy się bezczelnie i wychodzi, ciągnąc za sobą Ferensa. Dziwnie posłusznego i niezaprzeczalnie zadowolonego.
Zapanowuje trochę niezręczna cisza. Ja nie chcę się odzywać pierwsza, on chyba nie bardzo wie, od czego ma zacząć.
 - Wchodzisz dalej? Czy masz zamiar rozmawiać tu na korytarzu? – pytam w końcu.
Ruszam do salonu, nie odwracając się za siebie. Piotrek wlecze się krok w krok za mną. Czuję jego wzrok na swoich plecach. Kilka razy głęboko oddycham, żeby trochę ochłonąć, po czym siadam na kanapie, zachęcająco poklepując wolne miejsce obok siebie. Hain siada i patrzy na mnie niepewnie swoimi wielkimi, czekoladowymi oczyma.
 - Byłem u rodziców na święta. No a że moja inteligencja nie zna granic, zostawiłem telefon w mieszkaniu w Olsztynie. Skapowałem się w połowie drogi i… A potem to już nie wiedziałem co zrobić – wyrzuca z siebie słowa jak serię z karabinu maszynowego.
Bardzo staram się zachować poważną minę i nie parsknąć śmiechem, ale chęć wybuchnięcia śmiechem jest silniejsza ode mnie. Parskam szalonym chichotem, a on spogląda na mnie z niedowierzaniem w tych swoich wielkich ślepiach. Po chwili kręci głową ze zmarszczonym czołem i niepewnie się uśmiecha.
 - Więc się nie gniewasz? – pyta z nadzieją.
 - Przecież to mogło się zdarzyć… No nie. To mogło się zdarzyć tylko tobie – szczerzę się do niego,  a on rzuca we mnie poduszką.
 - A ty nigdy niczego nie zapomniałaś? – pyta z miną zbitego psa.
 - Kiedyś zostawiłam plecak w szkole. Ale to było w podstawówce – marszczę czoło, próbując przypomnieć sobie inne oznaki sklerozy czy alzheimera.
 - Panna idealna – prycha pod nosem.
 - Wcale nie jestem idealna – mruczę, odruchowo poprawiając fryzurę.
 - Dla mnie jesteś idealna w każdym calu – szepcze, dotykając mojego policzka.
Zaczyna się nade mną pochylać, czuję na ustach jego przyśpieszony, nierówny oddech. Unoszę lekko głowę, zamykając oczy i już po chwili czuję jego usta na swoich. Zarzucam mu ramiona na szyję i mocno się przytulam.
Piotrek nagle odsuwa się ode mnie, zrywa się z kanapy i patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
 - Co ty wyrabiasz? – dziwię się, unosząc pytająco brew ku górze, jednak też wstaję.
 - Oszalałem! – woła, pochyla się nade mną, głośno cmoka w policzek, po czym jak gdyby nigdy nic wybiega na klatkę wrzeszcząc coś podobnego do „ do zobaczyska”.
Z uśmiechem na ustach opadam na swój ulubiony fotel. Czy ta sytuacja sprzed chwili to rzeczywistość, czy tylko piękny sen?


Dwa dni później razem z Izą siedzimy w olsztyńskiej Uranii, z całych sił zaciskając kciuki. Mecz pomiędzy miejscowym AZSem a kędzierzyńską ZAKSĄ powoli dobiega końca. Ciągle mam nadzieję, że nasi wygrają. Przez cały mecz grali jak natchnieni, w niczym nie ustępując silniejszemu przeciwnikowi. Na każdy skuteczny atak Kędzierzynian, odpowiadali podobnym. Nie przestraszyli się, ani nie stracili skupienia. Przeciwnicy zdawali się być bardzo zaskoczeni postawą bądź co bądź dużo młodszych i mniej doświadczonych siatkarzy z Olsztyna.
 - Zaraz tu umrę – jęczę, gdy na tablicy widnieje kolejny remis. Nasi znów nie wykorzystali piłki meczowej.
 - Niech no tylko spróbują to przegrać! Już ja Ferensowi pokażę!
 - Jak wygrają, pokażesz mu tym bardziej – szczerzę się do Izy, na co ta głośno prycha i ostentacyjnie odwraca się do mnie plecami z miną obrażonej królowej.
 - A tobie Hain już pokazał? – pyta nagle, a ja o mało nie spadam z krzesła.
 - Mika!
Uśmiecha się i wzrusza ramionami, kierując wzrok na boisko. Na tablicy widniej wynik 18:17 dla nas. Niemal wstrzymuję oddech, śledząc wzrokiem piłkę, która wreszcie ląduje na pomarańczowej płycie boiska przeciwnika. Wygraliśmy!
Schodzę na dół, uważając, żeby biegające dzieciaki mnie nie stratowały. Piotrek od razu mnie zauważa i nie zwracając na nic uwagi, podchodzi do band reklamowych.
 - Widzisz? Mówiłam, że jeszcze pokażesz mi jak wygrywasz.
 - Jeszcze nie wierzę, że się udało. Patrz – mówi, wskazując głową na miziających się po drugiej stronie hali Izę i Wojtka – Może byśmy tak wzięli z nich przykład?
Nie daje mi dojść do głosu. Po prostu pochyla się i wpija w moje usta, przyciągając mnie do siebie na tyle, na ile pozwalają bandy. Nagle odrywa się ode mnie i wlepia we mnie swoje hipnotyzujące spojrzenie.
- Zakochałem się – mruczy z ustami tuż przy moich ustach, po czym znów mnie całuje.
Jego usta na moich sprawiają, że totalnie wyłącza mi się myślenie. W głowie mam tylko dwa słowa: zakochałem się. 
Ja też, Piotruś. Ja też.





I to by było na tyle w tym temacie.

4 komentarze:

  1. Czyż to nie urocze? :D
    Kurcze, żeby zdjęć nam nie robili, bo olsztyński duet trafi na portale ;p a my będziemy mieć sztylety w plecach :D
    Ech ta miłość ;) Cudowne to było i brak mi słów, jak bardzo mi poprawiało humor, cieszyło i inspirowało :) Jeszcze bardziej lubię Piotrka dzięki tej historii :) Takiej kochanej gapie trzeba wybaczyć zapominalstwo, byle kiedyś nie zapomniał, że ma dziewczynę zabrać :D
    I nawet nie wiesz jak bardzo ta Marta była jak ja ;)
    Jeszcze raz wielkie dzięki ;* Obyś dalej pisała takie cuda, bo ja będę czekać i czytać :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Piotruś *,* i love <3 ;D Titta, dodaj coś nowego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. awiaste było*.*
    ten zapominalski. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahahaha :D I jak widać Marta się niepotrzebnie zamartwiała, bo Piotrek tylko zapomniał telefonu z domu na święta :D ten zapominalski, jeden :D grunt, że Marta jak widać nie potrafi się długo gniewać ;) To wyznanie na końcu było urocze ^^ Takie dwa zakochańce :D
    I popieram Martę- pisz dalej, pisz ;)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń