wtorek, 11 czerwca 2013

~5~




Rozdział 5



Leżę w łóżku, przewracając się z boku na bok. Strasznie chce mi się spać, ale jakimś dziwnym trafem nie mogę zasnąć. Przed oczami ciągle mam Wojtka. Jego uśmiech, te oczy o niezidentyfikowanym kolorze, głos, który coraz częściej przyprawia mnie o dreszcze. Wiem, co to oznacza. Wiem i cholernie się tego boję. Chociaż w zasadzie to nie mam czego się bać. Przecież ja dla niego nie znaczę zupełnie nic. Gdyby było inaczej, nie zapomniałby tak po prostu o tych kilku przyjemnych chwilach w szafie Bartka Krzyśka.
 - Debilka – mruczę pod nosem, wychodząc z łóżka. Zrzucam z siebie piżamę i wyciągam z szafy pierwsze spodnie, które wpadają mi w ręce. Ubieram je, to samo robię z niebieską bluzą Ferensa, która jakimś dziwnym sposobem znalazła się w mojej szafie.
Jak najciszej umiem, otwieram drzwi pokoju i na palcach wymykam się z mieszkania. Skoro nie mogę spać, nie ma sensu leżeć w łóżku, a skoro oni śpią, nie mogę ich budzić. Zwłaszcza, że oni następnego dnia wyjeżdżali na zgrupowanie do Spały.
Wolno idę przed siebie, nie myśląc nawet o kierunku. Moje myśli wciąż krążą wokół jednego człowieka. Nie mogę dłużej przed sobą udawać. Jakimś dziwnym trafem się zakochałam. A skoro on nie kochał mnie, chyba nie mogłam dłużej z nimi mieszkać. Musiałam się wyprowadzić.
Uśmiecham się pod nosem, widząc znajome miejsce nad jeziorem. Nieważne kiedy i z jakim problemem, nogi zawsze prowadziły mnie w jedno miejsce. Tam, gdzie po raz pierwszy go spotkałam. I chociaż miejsce to znalazłam dużo wcześniej, teraz kojarzyło mi się tylko z nim. Gdy tylko zamykałam oczy, znów czułam, jak tamtego dnia mnie pocieszał i przytulał.
 -  Czułem, że cię tu znajdę – prawie wpadam do jeziora, słysząc za sobą jego głos.
 - Chcesz mnie zabić, kretynie?! – wydzieram się, tłukąc go piąstką po ramieniu.
 - Jest środek nocy. Mała, możesz mi wytłumaczyć, dlaczego włóczysz się sama nad jeziorem?
 - Nie mogłam spać – mruczę, opadając na trawę.
 - Dlatego zawinęłaś moją bluzę i uciekłaś w środku nocy całkiem sama? A jakby coś się stało? Ktoś mógł cię napaść!
 - Chyba ty!
 - Przestań! Przecież wiesz, ze ja nie…
 - Oczywiście, że ty nie! Przecież jestem tylko nic nie wartym, upierdliwym gówniarzem, który pewnej nieszczęsnej nocy się do ciebie przypałętał! No zobacz, jaki zbieg okoliczności! Spotkaliśmy się właśnie w tym miejscu!
 - To raczej ja się przypałętałem. O ile dobrze pamiętam, to ty tu siedziałaś, dziwnym trafem też w środku nocy.
 - Najwyraźniej lubię pałętać się sama nocami – burczę, nawet na niego nie patrząc.
 - Paula, przestaniesz się wygłupiać? Co cię ugryzło?
 - Nic! Idź do diabła!
 - Chodzi o Haina, prawda? Co tej pajac ci zrobił?!
 - Czemu myślisz, że to on coś mi zrobił?
 - Bo jest głupi i paple od rzeczy. On na pewno nie chciał…
 - To nie on.
 - Nie? Więc kto?
 - Zgadnij, geniuszu – przeszywam go morderczym spojrzeniem.
 - Mówisz… Ja? Chodzi ci o mnie? Co ja ci takiego zrobiłem?
 - Nic. Jedno wielkie nic.
 - Nie rozumiem cię, Pauliś.
 - Pogadamy, jak zrozumiesz. Myślałam… Miałam nadzieję… - zamykam oczy i kręcę głową – Nieważne.
 - Wracajmy do domu.
 - Ja nie mam domu.
 - Nie wygłupiaj się!
 - Chcę tu zostać.
 - Uparty osioł – mruczy pod nosem.
Mam wrażenie, ze chce  odejść. Ale on robi całkowicie co innego. Siada za mną, mocno obejmując mnie ramionami i kładzie brodę na czubku mojej głowy.
 - Wojtek? – szepczę, lekko się odwracając  - Obchodzę cię chociaż trochę?
 - Żartujesz, prawda?
 - Czemu miałabym żartować? Przecież  masz mnie gdzieś. I nie patrz tak na mnie! Gdybym cię chociaż trochę obchodziła, porozmawiałbyś ze mną o tym co stało się w szafie u Bartka!
 Nie daję mu dojść do słowa. Wyrywam się z jego uścisku i prawie biegnąc ruszam przed siebie. Nie mam pojęcia, co mnie opętało, żeby mówić mu o tej nieszczęsnej szafie.
 - Paula, stój! - łapie mnie za rękę i odwraca w swoją stronę.
 - Spadaj! – opieram obie ręce na jego torsie i popycham z całej siły. Chwilę później słyszę zduszony krzyk i głośny plusk.
 - Dlaczego to zrobiłaś? – pyta, wychodząc z jeziora. Jest kompletnie przemoczony, krople wody spływają mu nawet po włosach.
 - Bo cię kocham, do diabła! – wrzeszczę.
Odwracam się do niego placami z zamiarem szybkiej ewakuacji, jednak on zatrzymuje mnie, kładąc dłonie na moich ramionach. Wolno odwraca mnie z powrotem w swoją stronę. Stoi przede mną, przemoczony do suchej nitki, ani na moment nie spuszczając wzroku z mojej twarzy.
 - Co powiedziałaś? – pyta prawie niedosłyszalnym szeptem.
 - Ty już dobrze wiesz! I puść mnie! Idę do Haina! – próbuję się wyrwać, ale on tylko mocniej zaciska palce na moich ramionach.
 - O nie, Mała! Teraz to na pewno cię do niego nie puszczę! – warczy.
Patrzę na niego wielkimi ze zdziwienia oczyma. Wygląda prawie tak, jakby był o Piotrka zazdrosny. Ale to przecież bez sensu. Przecież jestem dla niego nic nie znaczącą przybłędą…
 - Chcesz mnie udusić? – piszczę, gdy zaczyna przesuwać dłonie w górę, w kierunku mojej szyi.
 - Czasami pewnie będę miał na to ochotę – mruczy z ustami tuż przy moich ustach – Ale teraz mam w planach coś ciekawszego.
Nie udaje mi się już odezwać, ani nawet pomyśleć nad tym, co mogłabym powiedzieć. Gdy jego usta dotykają moich, czuję, jakbym przeniosła się do innego świata. Bezwiednie zarzucam mu ramiona na szyję i staję na palcach, by być bliżej niego. Mam wrażenie, że to tylko sen. Piękny sen, który niedługo się skończy…
 - Paula?
 - Hmm? – mruczę, nie otwierając oczu. Ciągle mocno się w niego wtulam, nie przeszkadza mi nawet to, że jest mokry.
 - Wracajmy do domu.
 - Ale…
 - Chodź, kochanie. Chyba nie chcesz, żeby mnie grypa rozłożyła przed samym zgrupowaniem? Jako moja dziewczyna powinnaś o mnie dbać.
 - Jako twoja… Idiota!
 - I tak mnie kochasz.
I po co ja mu to powiedziałam?




I to by było na tyle.


środa, 5 czerwca 2013

~4~

Rozdział 4

Wolno idę po nierównym chodniku. Wysokie obcasy miarowo stukają w szare płyty. Zrobiłam to. Napisałam maturę. I to z chemii, która tak mnie przerażała. Teraz już jednak wiem, że nie było czego się bać.
 - Paula! I jak? Dałaś radę? Booosz, o co ja się pytam! Pewnie, że dałaś! Kto, jak nie ty? No chodź do wujka Piotrka!
 - Hain… - zaczynam, ale rezygnuję z dokończenia. Zamiast tego wbijam mu palec między żebra, a potem mocno przytulam.
Odsuwam się i niepewnie patrzę na stojącego przy granatowej fieście Piotrka blondyna. A on uparcie rozgląda się dookoła, jakby mnie tu nie było.
 - Coś ty mu zrobiła? Wygląda, jakby się ciebie bał – szepcze mi do ucha brunet.
 - Jego spytaj. To on się jak dzieciak zachowuje – prycham, łapiąc za klamkę tylnych drzwi.
 - Paula! – zamieram, słysząc znajomy głos. Czuję, jak do moich oczu napływają łzy. Zaciskam jednak zęby i wolno odwracam się w stronę kobiety.
 - Czego chcesz? – pytam, wcale nie siląc się na milszy ton.
 - Nie musisz z nią rozmawiać, Pauliś – szepcze mi do ucha Wojtek. Nie mam pojęcia kiedy znalazł się przy mnie i złapał mnie za rękę.
 - A kim ty jesteś, żeby mówić mojej córce co może, a czego nie?!
 - Mów co masz do powiedzenia – wcinam szybko, żeby powstrzymać kłótnię, która zbliża się wielkimi krokami.
 - Wolałabym…
 - Tutaj i teraz albo wcale. Decyduj.
 - Jesteś tak samo uparta, jak twój ojciec! – krzywi się.
 - Rozumiem, że nie mam odbierać tego, jako komplementu?
 - Wróć do domu, Paula.
 - Nie.
 - Wolisz mieszkać z tym.. Tym…
 - Ten, jak go nazwałaś, zrobił dla mnie więcej przez jeden dzień niż ty przez ostatni rok. Żegnaj… Mamo – otwieram drzwi i wsiadam do auta, nie zaszczycając matki nawet krzywym spojrzeniem.
 - Życzę szczęścia z moim ojcem – słysząc słowa Ferensa, o mało się nie uśmiecham. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić miny matki po tym, co usłyszała.
 - A teraz może mi wytłumaczycie, co to było za przedstawienie? – pyta Piotrek, gdy za Wojtkiem zamykają się drzwi.
 - Ty powiedz – mruczę, opierając głowę o zagłówek. Na dziś mam już dosyć wrażeń.

Otwieram oczy, gdy czuję, że samochód zatrzymuje się na parkingu. Zamiast znajomego bloku, widzę jednak supermarket. O. Mój. Boże.
 - Nie wyjdę! Nie idę z wami na zakupy!
 - Chyba nie masz wyjścia.
 - Cholera by was wzięła! – warczę pod nosem, posłusznie wysiadając z tej kupy złomu.
 - No Pauliś! Nie gniewaj się, proooooooooooszę.
 - Piotruś, powinieneś wiedzieć, ze ja to nie Feru. Na mnie twoje słodkie oczy nie działają.
 - Eeej! Czy ty coś sugerujesz?
 - No gdzież bym śmiała oskarżać gwiazdy polskiej siatkówki o bycie pedałami. Proszę was – szczerzę się wesoło. Dobrze wiem, że mi nie uwierzyli – A teraz poważnie. Wy naprawdę chcecie robić zakupy? Teraz?
 - Oczywiście. O niczym innym nie marzymy, prawda Piotrek?
 - Najprawdziwsza prawda!
 - No niech wam będzie. Hain bierz wózek, a ty… A ty nie zgub się pomiędzy półkami.
Zakupy z nimi to horror. Najgorszy, jaki można sobie wyobrazić. Zazwyczaj tak było. Dziś i Wojtek i Piotrek są nadzwyczaj poważni. Zachowują się jak ludzie, a nie jak zwierzęta wypuszczone z klatek.
 - A co na wieczór? Bierzemy wino, mała?
 - Chcecie mnie upić i niecnie wykorzystać? Po moim trupie!
 - Po prostu chcemy spędzić miły wieczór przed…
 - Przed czym?
 - Przed jutrem – Wojtek mówi do mnie, ale morduje wzrokiem Haina. Te dwa bałwany coś ukrywają.
 - Mam nadzieję, że wieczorem dowiem się, co to za tajemnice.
 - Oczywiście – kiwają głowami.
 - Więc może być wino. Dużo wina! Mamy w końcu co świętować.
 - Mamy?
 - Mam wakacje, ciołku! Najdłuższe wakacje w życiu!
 - A no tak. Bierz jeszcze dwie! – zarządza Hain, a ja widzę już, jak po wypiciu tego, co zapakowali do wózka, tulą się do siebie i mruczą, jak to bardzo się kochają. I mnie też oczywiście! W końcu jestem trzecim kątem ich miłosnego trójkąta! Idioci.

Szok to mało powiedziane. Jestem totalnie skołowana. Piotrek i Wojtek całe popołudnie spędzają w kuchni, wyrzucając mnie za każdym razem, gdy tylko próbuję przekroczyć próg. Boję się tego, co tam później zastanę, ale pozwalam im robić to, co uroiło się im w tych siatkarskich łepetynach.
 - Kolacja! – drze się Wojtek, a ja o mało nie spadam z łóżka.
 - Mam nadzieję, że to przeżyję i… - wchodzę do kuchni i staję jak wmurowana. Wszystko jest na swoim miejscu, nic nie wybuchło i nawet kuchnia wygląda nie najgorzej – Nie wierzę! Wy potraficie zachowywać się jak ludzie!
 - Jakoś sobie radziliśmy, gdy ciebie nie było.
Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Spodziewałam się najzwyklejszych kanapek i herbaty, zamiast tego na stole stoi zapiekanka i jakaś warzywna sałatka. I dopiero co wyciśnięty z pomarańczy sok. I wszystko okazuje się zjadalne. Nawet bardzo zjadalne. A oni sami wydają się trochę zaskoczeni własnymi kulinarnymi zdolnościami.
 - Jak nic do master szefa się nadajemy – szczerzy się Feru, wyciągając z szafy kieliszki do wina – W salonie chyba będzie wygodniej, co nie?
 - Dość już czekałam. Teraz mi ładnie powiecie, co to był za cyrk – rozkazuję, gdy już każdy wygodnie siedzi w swoim fotelu.
 - No więc… - zaczyna Piotrek, kręcąc się, jakby miał owsiki – Nie! Ty jej powiedz!
 - Tchórz! – prycham, wyczekująco wpatrując się w blondyna.
 - Chodzi o to, że na jakiś czas zostaniesz tu sama.
 - Zapomniałam! No cholera, jak mogłam zapomnieć?! – podskakuję, zalewając się winem – Przecież wy na kadrę jedziecie!
 - No widzisz? – syczy Wojtek do przyjaciela – Mówiłem, że się ucieszy!
 - Baliście się mi powiedzieć?
 - Bo widzisz, nie chcieliśmy, żebyś siedziała tu sama i w ogóle – Piotrek zatacza rękoma koło.
 - Kochani jesteście! – odstawiam kieliszek na stolik i rzucam się na szyję siedzącemu bliżej Hainowi.
 - Mała, wypiłaś trochę wina i już się na mnie rzucasz? Może nie tak przy Wojtku, co?
 - A go to w ogóle obchodzi? – pytam, wlepiając w niego spojrzenie. Ucieka wzrokiem, na co ja prycham mało elegancko.
 - Zaraz zamknę was w szafie i nie wypuszczę, dopóki się nie pogodzicie! – grozi.

Zaciskam zęby i kątem oka spoglądam na Ferensa. Widząc jego nieudaną próbę powstrzymania śmiechu, sama zaczynam chichotać. Moment później śmiejemy się, jak para wariatów, nie zwracając najmniejszej uwagi na obrażone mruczenie Haina, który w końcu obraża się na dobre i idzie do siebie, obiecując, że nigdy więcej się do nas nie odezwie.






Po nieplanowanym urlopie :) Chyba może być.