środa, 5 czerwca 2013

~4~

Rozdział 4

Wolno idę po nierównym chodniku. Wysokie obcasy miarowo stukają w szare płyty. Zrobiłam to. Napisałam maturę. I to z chemii, która tak mnie przerażała. Teraz już jednak wiem, że nie było czego się bać.
 - Paula! I jak? Dałaś radę? Booosz, o co ja się pytam! Pewnie, że dałaś! Kto, jak nie ty? No chodź do wujka Piotrka!
 - Hain… - zaczynam, ale rezygnuję z dokończenia. Zamiast tego wbijam mu palec między żebra, a potem mocno przytulam.
Odsuwam się i niepewnie patrzę na stojącego przy granatowej fieście Piotrka blondyna. A on uparcie rozgląda się dookoła, jakby mnie tu nie było.
 - Coś ty mu zrobiła? Wygląda, jakby się ciebie bał – szepcze mi do ucha brunet.
 - Jego spytaj. To on się jak dzieciak zachowuje – prycham, łapiąc za klamkę tylnych drzwi.
 - Paula! – zamieram, słysząc znajomy głos. Czuję, jak do moich oczu napływają łzy. Zaciskam jednak zęby i wolno odwracam się w stronę kobiety.
 - Czego chcesz? – pytam, wcale nie siląc się na milszy ton.
 - Nie musisz z nią rozmawiać, Pauliś – szepcze mi do ucha Wojtek. Nie mam pojęcia kiedy znalazł się przy mnie i złapał mnie za rękę.
 - A kim ty jesteś, żeby mówić mojej córce co może, a czego nie?!
 - Mów co masz do powiedzenia – wcinam szybko, żeby powstrzymać kłótnię, która zbliża się wielkimi krokami.
 - Wolałabym…
 - Tutaj i teraz albo wcale. Decyduj.
 - Jesteś tak samo uparta, jak twój ojciec! – krzywi się.
 - Rozumiem, że nie mam odbierać tego, jako komplementu?
 - Wróć do domu, Paula.
 - Nie.
 - Wolisz mieszkać z tym.. Tym…
 - Ten, jak go nazwałaś, zrobił dla mnie więcej przez jeden dzień niż ty przez ostatni rok. Żegnaj… Mamo – otwieram drzwi i wsiadam do auta, nie zaszczycając matki nawet krzywym spojrzeniem.
 - Życzę szczęścia z moim ojcem – słysząc słowa Ferensa, o mało się nie uśmiecham. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić miny matki po tym, co usłyszała.
 - A teraz może mi wytłumaczycie, co to było za przedstawienie? – pyta Piotrek, gdy za Wojtkiem zamykają się drzwi.
 - Ty powiedz – mruczę, opierając głowę o zagłówek. Na dziś mam już dosyć wrażeń.

Otwieram oczy, gdy czuję, że samochód zatrzymuje się na parkingu. Zamiast znajomego bloku, widzę jednak supermarket. O. Mój. Boże.
 - Nie wyjdę! Nie idę z wami na zakupy!
 - Chyba nie masz wyjścia.
 - Cholera by was wzięła! – warczę pod nosem, posłusznie wysiadając z tej kupy złomu.
 - No Pauliś! Nie gniewaj się, proooooooooooszę.
 - Piotruś, powinieneś wiedzieć, ze ja to nie Feru. Na mnie twoje słodkie oczy nie działają.
 - Eeej! Czy ty coś sugerujesz?
 - No gdzież bym śmiała oskarżać gwiazdy polskiej siatkówki o bycie pedałami. Proszę was – szczerzę się wesoło. Dobrze wiem, że mi nie uwierzyli – A teraz poważnie. Wy naprawdę chcecie robić zakupy? Teraz?
 - Oczywiście. O niczym innym nie marzymy, prawda Piotrek?
 - Najprawdziwsza prawda!
 - No niech wam będzie. Hain bierz wózek, a ty… A ty nie zgub się pomiędzy półkami.
Zakupy z nimi to horror. Najgorszy, jaki można sobie wyobrazić. Zazwyczaj tak było. Dziś i Wojtek i Piotrek są nadzwyczaj poważni. Zachowują się jak ludzie, a nie jak zwierzęta wypuszczone z klatek.
 - A co na wieczór? Bierzemy wino, mała?
 - Chcecie mnie upić i niecnie wykorzystać? Po moim trupie!
 - Po prostu chcemy spędzić miły wieczór przed…
 - Przed czym?
 - Przed jutrem – Wojtek mówi do mnie, ale morduje wzrokiem Haina. Te dwa bałwany coś ukrywają.
 - Mam nadzieję, że wieczorem dowiem się, co to za tajemnice.
 - Oczywiście – kiwają głowami.
 - Więc może być wino. Dużo wina! Mamy w końcu co świętować.
 - Mamy?
 - Mam wakacje, ciołku! Najdłuższe wakacje w życiu!
 - A no tak. Bierz jeszcze dwie! – zarządza Hain, a ja widzę już, jak po wypiciu tego, co zapakowali do wózka, tulą się do siebie i mruczą, jak to bardzo się kochają. I mnie też oczywiście! W końcu jestem trzecim kątem ich miłosnego trójkąta! Idioci.

Szok to mało powiedziane. Jestem totalnie skołowana. Piotrek i Wojtek całe popołudnie spędzają w kuchni, wyrzucając mnie za każdym razem, gdy tylko próbuję przekroczyć próg. Boję się tego, co tam później zastanę, ale pozwalam im robić to, co uroiło się im w tych siatkarskich łepetynach.
 - Kolacja! – drze się Wojtek, a ja o mało nie spadam z łóżka.
 - Mam nadzieję, że to przeżyję i… - wchodzę do kuchni i staję jak wmurowana. Wszystko jest na swoim miejscu, nic nie wybuchło i nawet kuchnia wygląda nie najgorzej – Nie wierzę! Wy potraficie zachowywać się jak ludzie!
 - Jakoś sobie radziliśmy, gdy ciebie nie było.
Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Spodziewałam się najzwyklejszych kanapek i herbaty, zamiast tego na stole stoi zapiekanka i jakaś warzywna sałatka. I dopiero co wyciśnięty z pomarańczy sok. I wszystko okazuje się zjadalne. Nawet bardzo zjadalne. A oni sami wydają się trochę zaskoczeni własnymi kulinarnymi zdolnościami.
 - Jak nic do master szefa się nadajemy – szczerzy się Feru, wyciągając z szafy kieliszki do wina – W salonie chyba będzie wygodniej, co nie?
 - Dość już czekałam. Teraz mi ładnie powiecie, co to był za cyrk – rozkazuję, gdy już każdy wygodnie siedzi w swoim fotelu.
 - No więc… - zaczyna Piotrek, kręcąc się, jakby miał owsiki – Nie! Ty jej powiedz!
 - Tchórz! – prycham, wyczekująco wpatrując się w blondyna.
 - Chodzi o to, że na jakiś czas zostaniesz tu sama.
 - Zapomniałam! No cholera, jak mogłam zapomnieć?! – podskakuję, zalewając się winem – Przecież wy na kadrę jedziecie!
 - No widzisz? – syczy Wojtek do przyjaciela – Mówiłem, że się ucieszy!
 - Baliście się mi powiedzieć?
 - Bo widzisz, nie chcieliśmy, żebyś siedziała tu sama i w ogóle – Piotrek zatacza rękoma koło.
 - Kochani jesteście! – odstawiam kieliszek na stolik i rzucam się na szyję siedzącemu bliżej Hainowi.
 - Mała, wypiłaś trochę wina i już się na mnie rzucasz? Może nie tak przy Wojtku, co?
 - A go to w ogóle obchodzi? – pytam, wlepiając w niego spojrzenie. Ucieka wzrokiem, na co ja prycham mało elegancko.
 - Zaraz zamknę was w szafie i nie wypuszczę, dopóki się nie pogodzicie! – grozi.

Zaciskam zęby i kątem oka spoglądam na Ferensa. Widząc jego nieudaną próbę powstrzymania śmiechu, sama zaczynam chichotać. Moment później śmiejemy się, jak para wariatów, nie zwracając najmniejszej uwagi na obrażone mruczenie Haina, który w końcu obraża się na dobre i idzie do siebie, obiecując, że nigdy więcej się do nas nie odezwie.






Po nieplanowanym urlopie :) Chyba może być. 

2 komentarze:

  1. Wujcio Piotrek królem wioski! :D Uwielbiam go i jego akcje względem Pauli :D
    Niech się tak nie obraża, w końcu mu zależało, żeby się dogadała z Wojtkiem.
    A tutaj wyczuwam chemię, na kilooomeeeetr :D
    Jaka piękna kolacja, naprawdę się starali skoro takie pyszne :)
    Konfrontacja z matką. Ugh. Nie spodziewała się takiego wsparcia u boku córki. Suprise, synek kochanka.
    Nie chcę, żebyś kończyła :(
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. No no wspomnienia o akcji w szafie powracają:) Hehehe uwielbiam tych chłopaków!:) Co za flądra z tej mamy Pauli ! Wrr nie cierpię takich ludzi! Dobrze, że Paula ma wsparcie:) Pozdrawiam:)

    [just-a-dream-lovearsenal]

    OdpowiedzUsuń