piątek, 24 stycznia 2014

Dwa




Rozdział 2



Jest wcześnie. On w zasadzie mógłby jeszcze spać, ale ja nie mam zamiaru zostawiać go samego w MOIM mieszkaniu. Dlatego więc przykucam przy kanapie i zaczynam lekko nim potrząsać.
 - Łukasz, musisz wstawać - mruczę.
 - Jeszcze chwilę - odpowiada.
Wzdycham głęboko i chcę wstać, ale uniemożliwia mi to wielka ręka, która obejmuje mnie i mocno przyciąga. Łukasz wciska nos w okolice mojego ucha i mruczy coś niewyraźnie. W pewnym momencie jego uścisk się rozluźnia, a on, prawie mnie przy tym zabijając, siada na kanapie.
 - Co ja tu robię?
 - Przyjechałeś po mnie wczoraj do pracy, nie pamiętasz?
 - A no tak... Ale... Jak to się stało, że tu wylądowałem? - pyta, a ja mam ochotę parsknąć śmiechem.
 - Wrzuciłam ci do kawy tabletkę gwałtu i... Chyba nie muszę mówić, co z tobą zrobiłam, prawda? - patrzę na niego z krzywym uśmieszkiem na ustach.
 - Ale jak... Co…  Niieee, ściemniasz.
 - Bo się głupio pytasz - prycham - Zasnąłeś w samochodzie, więc doholowałam cię tutaj.
 - Zaraz, bo czegoś tu nie rozumiem. Nie lubisz mnie, a przyprowadziłaś mnie tutaj, żebym spał na kanapie a nie w samochodzie? Dlaczego?
 - Bo w zasadzie to ty możesz nie być wcale taki zły – kiwam w zamyśleniu głową – A teraz ruszaj dupę, bo się spóźnię na zajęcia. Autobus już mi odjechał, więc mnie zawieziesz.
 - Ale się rządzisz…
 - W końcu jestem u siebie, Kadziewicz.


Tak, to właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że Łukasz wcale nie był takim zapatrzonym w czubek własnego nosa gwiazdorem. Paweł miał rację, mówiąc, iż on wiele zyskuje przy bliższym poznaniu. Jadąc z nim wtedy na uczelnię, przekonałam się o tym na własnej skórze. Z nikim innym, kogo znałam tak krótko, nie rozmawiało mi się tak dobrze i swobodnie.
Zaskoczył mnie tego dnia bardzo pozytywnie. Nie próbował pokazywać, jaki to on nie jest cudowny, nie gwiazdorzył. I tak słodko wyglądał z zaspanymi jeszcze oczami i rozczochranymi włosami. Tak, z całą pewnością mogę stwierdzić, że to właśnie tamtego dnia spojrzałam na niego tak, jak patrzeć nigdy nie powinnam…


 - Darka! Przepraszam, że musiałaś tyle czekać! Mam coś dla ciebie! – wyskakuje z auta i wyciąga przed siebie dłoń, na której leży małe niebieskie pudełko.
 - Co to takiego? – pytam totalnie zaskoczona.
 - Niespodzianka – szczerzy się – Chyba nie zapomniałaś, że dziś mijają 3 miesiące, odkąd…
 - Jesteś kochany – uśmiecham się, wspinając się na palce i całując go delikatnie w usta – Oczywiście, że nie zapomniałam.
Biorę od niego pudełko i powoli je otwieram. Moim oczom ukazuje się para ślicznych kolczyków z kamieniami w kolorze moich oczu.
 - To bursztyny – mówi Łukasz.
 - Dziękuję. Śliczne są – wieszam się mu na szyi i mocno się przytulam.


Tak, tamtego dnia chyba właśnie zrozumiałam, że się zakochałam. Po raz pierwszy w życiu, po same uszy, nieodwołalnie. Kochałam go i byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Gdy on był blisko, czułam, że mogę wszystko. Nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu, on miał mecze, treningi, ja próbowałam zdać wszystkie egzaminy za pierwszym podejściem, żeby potem nie męczyć się z sesją poprawkową.
Czas do Wielkanocy minął w zawrotnym tempie. Łukasz dostał kilka dni wolnego, nie mógł jednak ciągle być obok mnie. Miał przecież rodzinę, która na pewno strasznie za nim tęskniła. Z resztą, ja też wróciłam do domu. Dobrze było odpocząć wreszcie od tego wielkomiejskiego hałasu i wrócić tam, gdzie spędziłam większą część mojego życia.
Na Mazurach wszystkie miejscowości, i te duże i te mniejsze, były piękne, ale ja uważałam że moja, znajdująca się niedaleko Mrągowa, Polska Wieś, była najpiękniejsza z najpiękniejszych…


Wielkanocny Poniedziałek, tego dnia trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeden krok za daleko i można wpaść pod strumień wody jakiegoś szalonego dzieciaka. W planach miałam zostanie w domu, ale niestety dzieciaki brata koniecznie chciały, żebym wyszła z nimi na spacer.
Idąc tak za nimi i śmiejąc się z tego, jak oblewają się z pistoletów na wodę, straciłam czujność. Nim zorientowałam się, co się dzieje, byłam już cała mokra.
 - Ciocia! Wyglądasz, jak mokra kura!
 - Najładniejsza mokra kura na świecie – słysząc znajomy głos, odwracam się na pięcie.
 - Łukasz! Co ty tu robisz?! – ruszam w jego stronę, ale widząc w jego ręku wiaderko, zatrzymuję się – To twoja robota?
W odpowiedzi uśmiecha się tylko głupkowato i wzrusza ramionami. Podchodzi do mnie i nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że cała ociekam wodą, przytula mnie i zaczyna kręcić się dookoła własnej osi.
 - Tak się starałem, że złamałem wiaderko – mruczy mi do ucha, a ja wybucham śmiechem – Chyba powinnaś się przebrać, zamarzniesz.
 - Kiedyś ci się za to odpłacę, zobaczysz – mrużę groźnie oczy, ale on zdaje się nic sobie z tego nie robić. Łapie mnie za rękę i rusza za dzieciakami, które pewnie już zdążyły poinformować rodzinkę, że „ciocię oblał wodą jakiś duży pan, a ona wcale się nie wściekła!”


Nie miałam pojęcia skąd się wtedy wziął w moim domu, skąd wiedział, gdzie mnie szukać. Nie miało to jednak większego znaczenia, liczył się fakt, że był obok mnie, że zrobił mi najlepszy prezent na świecie. I byłam skłonna wybaczyć mu nawet to, że przez niego byłam cała mokra i zmarznięta. Najważniejsze było to, że on był obok. Nic innego nie miało znaczenia.
Łukasz równie szybko jak moje, podbił serca moich rodziców. Dzieciaki wprost go uwielbiały, nie odstępowały go na krok. A jemu ani trochę to nie przeszkadzało. Było wręcz przeciwnie, wydawał się zadowolony z faktu, że Gośka prawie wchodziła mu na głowę, a Janek bez przerwy wypytywał go o to, dlaczego jest taki duży.
Mnie nie pozostało nic innego, jak siedzieć obok i obserwować, jak mój chłopak dzielnie odpowiada na te głupiutkie pytania mojego bratanka i stara się jednocześnie pilnować tego, by moja trzyletnia bratanica nie nabiła sobie guza. Byłam zachwycona tym, jak on radzi sobie z dziećmi. Nie podejrzewałam go o taką cierpliwość, przecież na boisku był z niego istny huragan.
Tak, tamtego dnia właśnie uświadomiłam sobie, że jeżeli nie on, to chyba żaden inny. Oczywiście wiedziałam, że go kocham, nie podejrzewałam jednak, że było to aż tak poważne. Miałam niespełna 21 lat, w zasadzie to byłam jeszcze dużym dzieciakiem. On też nie był bardziej dorosły ode mnie, chociaż był starszy o te 3 lata.
Byłam tak szczęśliwa, że nie przyszło mi do głowy, że może stać się coś, co zniszczy tę naszą idealną sielankę…




Sesja sesją, ale Kadziu musi być :)






sobota, 11 stycznia 2014

Jeden





Jeden



Życie to wielkie pasmo zawirowań i niespełnionych marzeń. Każdy człowiek ma chyba takie pragnienie, które się nie ziściło. Z różnych powodów. Niektórych marzeń po prostu nie da się spełnić. Bo przecież gwiazdki z nieba otrzymać nie można... A niektóre po prostu się nie spełniają, bo pojawiają się przeszkody nie do pokonania.
Niektórym ich życie wydaje się wręcz idealne. Masz szczęśliwą rodzinę, kochającą się i wspierającą w trudnych chwilach. Wszystko układa Ci się tak, jak sobie zamarzyłaś. I wtedy staje się coś, co burzy ten idealny porządek Twojego świata. Może to być wielka tragedia, albo nic nie znaczący szczegół, który powoduje, że Twój świat wali się w gruzy.
Tak było ze mną... Byłam szczęśliwa, miałam wszystko to, o czym może marzyć dwudziestolatka. Mieszkanie, studia, weekendową pracę, rodziców, którzy, choć nie zawsze popierali każdą moją decyzję, po prostu byli przy mnie. I wtedy w moje życie wkroczył on. Buntownik, wariat, arogant… Miał dużo wad. W zasadzie to jego zalet dziś już nie pamiętam. Ale jakieś chyba musiał mieć, skoro się w nim zakochałam…

Wychodzę z budynku Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i kieruję się do swojego auta, gdy ktoś zachodzi mi drogę.
 - Przepraszam – mówię, nawet nie podnosząc głowy.
 - Ależ ja się nie gniewam – mruczy uwodzicielskim głosem.
Ale mnie to nie rusza. Zerkam na niego spod rzęs. To co widzę zapewne wielu dziewczynom się podoba. Mnie niekoniecznie. Cwaniacki uśmiech, zielone, świdrujące oczka, wlepione w mój dekolt i rozczochrane, brązowe włosy. Nie mój typ, nie moja liga.
 - Siemasz Kadzinko! Co ty tu robisz, człowieku? – słysząc za sobą głos kolegi z grupy, odwracam się.
Stoi przede mną uśmiechnięty, cieszy się, że widzi tego kudłacza za mną. Jest zupełnie inny niż on. Krótkie, jasne włosy ma idealnie obcięte i ułożone. W jego niebieskich oczach nie ma ani krzty fałszu, a uśmiech jest po prostu szczery. Taki, jak być powinien.
 - O! Darka, znasz Kadzia? Nie wiedziałem…
 - Nie znam. Szłam do samochodu, gdy… - urywam, by obrzucić Kadzia zniesmaczonym spojrzeniem – To coś przede mną wyrosło.
 - To coś?! COŚ??!! – wydziera się szatyn – Gdybyś wiedziała kim jestem, inaczej byś śpiewała!
 - Darka, to mój kolega z AZS-u. Wariat i debil. Ale zyskuje przy bliższym poznaniu.
 - Dziękuję, Paweł, ale nie skorzystam. Na razie – macham ręką, wymijam kudłacza i wsiadam do auta. Ruszam, nie zaszczycając Kadzia nawet krzywym spojrzeniem.


Siedzę z Luśką w naszym ulubionym barze. Mają tu najlepsze zapiekanki w calusieńkim Olsztynie. Mają też piwo, które idealnie do nich pasuje. I pracuję tu w weekendy, więc muszę jakoś reklamować miejscówkę, by przyciągnąć klientów.
 - A ten Paweł, ten twój kolega, wiesz który… - mówi, żywo przy tym gestykulując. Zupełnie, jakby chciała mi pokazać, jak ten „wiesz który Paweł” wygląda.
 - Chodzi ci o…
 - Tak właśnie! – nie daje mi dokończyć – Powiedz… Ma kogoś?
 - Luśka… On ci się podoba?
 - Kto jej się podoba? – podskakuję, słysząc za sobą jego głos. Bogu dzięki, że nie wymieniłam jego imienia.
 - A taki jeden. Nie znasz – Lucyna lekceważąco macha ręką, wpatrując się w stojącego za Pawłem bruneta.
 - To pewnie o mnie chodzi – podchodzi do niej i, zgrywając wielkiego amanta, całuje jej dłoń.
 - O fuuj – krzywię się. Na szczęście słyszy to tylko Paweł, który stuka się w czoło, pokazując co o mnie myśli.
 - Może się przysiądziecie? – pyta Luśka, a ja mam ochotę ją zamordować. Przecież nie po to uciekłam od nich przed uczelnią, żeby teraz spędzać z nimi wolny wieczór.
 - Jeśli Złośnica nie ma nic przeciwko – mruczy Kudłacz, patrząc na mnie pytająco.
 - Siadajcie – mówię przez zaciśnięte zęby.


Tamten wieczór wcale nie był przełomowy. Wydawało mi się wtedy, że znielubiłam go jeszcze bardziej, niż przed uczelnią. Zachowywał się jak bufon, jak wielka gwiazdeczka, której sodówka uderzyła do głowy. Przyjaźnił się z Pawłem, ale różnił się od niego jak ogień od wody. Rozmawiał z Luśką, ale oczu nie spuszczał ze mnie. Zupełnie, jakby tym swoim szczurzym spojrzeniem chciał sprawić, że zmienię o nim zdanie.
Niedoczekanie jego!
Luśka natomiast wydawała się być w siódmym niebie. Co jakiś czas zerkała tylko na Pawła dziwnym spojrzeniem. Jakby nie mogła się zdecydować, czy dalej wsłuchiwać się w niesamowite historie z życia Łukasza Ka., czy może odwrócić się do niego plecami i zająć się facetem, który śni jej się po nocach… Bo Sieziu jej się śnił. I to nie raz. A Kudłacz vel Kadzinka naprawdę na imię miał Łukasz. A mnie zawsze się to imię podobało…


Stoję przed barem, czekając na Pawła. Moje auto szlag trafił, a ktoś musiał odebrać mnie z pracy. Padło na Siezia. Jest środek nocy, zimno jak jasna cholera, a ja jestem diabelnie zmęczona i chce mi się spać. A Paweł jak na złość nie przyjeżdża.
Wyciągam szyję, gdy widzę zbliżające się auto. Kolor się zgadza, ale to nie samochód mojego przyjaciela. Czarna honda zatrzymuje się obok mnie, wysiada z niej nie kto inny, niż Kadziu.
 - No nie! Co ty tu robisz?
 - Nie pytaj… - ziewa – Wsiadaj, póki nie śpię.
 - Jesteś pewien, że dasz radę prowadzić? – pytam. Jakoś nie uśmiecha mi się wsiadać do samochodu z na wpół śpiącym siatkarzem.
Łukasz mierzy mnie badawczym spojrzeniem. W ciągu następnych kilkunastu sekund ziewa jeszcze trzy razy. Zamyka oczy, przecierając twarz dłonią i podchodzi do mnie.
 - Masz. Prowadzisz – wciska mi w dłoń kluczyki i ładuje tyłek na fotel pasażera.
Bez słowa okrążam samochód i zajmuję miejsce za kierownicą. Muszę najpierw porządnie wyregulować fotel, bo nie dosięgam nogami do pedałów. Ciągle jestem w szoku. W końcu niewielu facetów zdecydowałoby się na takie coś. Oddać praktycznie nieznajomej dziewczynie kluczyki do własnego, ukochanego autka… Tym załapuje u mnie wielkiego plusa.
Pionowa linia plusa jednak szybko się zamazuje, zmieniając go w minus. Gdy dojeżdżamy pod mój blok, on śpi. I za żadne skarby świata nie mogę go dobudzić. Mogłabym zostawić go w tym samochodzie i iść przed siebie, jednak nie pozwala mi na to sumienie.
 - Łukasz… - mówię, potrząsając nim lekko – Łukasz, chodź. Prześpisz się u mnie na kanapie.
 - Śpię – mruczy, marszcząc nos.
 - Kadziu, nie bądź dzieciak. W samochodzie chcesz spać?
 - Daleko?
 - Na drugie piętro. Dasz radę, Łukasz. Kto, jak nie ty?
Uśmiecha się w odpowiedzi i otwiera oczy. Ciągle jednak na wpół śpi. Posłusznie jednak opiera się na mnie i daje się zaprowadzić do mojego salonu. Tam pada na kanapę jak nieżywy i odpływa na dobre. Nie daje rady nawet zdjąć butów i kurtki.

To wtedy właśnie zaczęłam mieć co do niego wątpliwości. Czy naprawdę był takim bucem, czy może tylko takiego zgrywał? Tamtego dnia po raz pierwszy pokazał mi swoją prawdziwą twarz, a mnie ta jego prawdziwa twarz bardzo się spodobała. I, ni z tego ni z owego, postanowiłam dać mu szansę. Dać szansę pokazać mu na dłuższym odcinku czasu, jaki jest naprawdę. Czy było warto? Tak… I nie.





Hmmm... Mi tam się podoba :)