Rozdział 2
Jest wcześnie. On w zasadzie mógłby jeszcze spać, ale ja nie mam
zamiaru zostawiać go samego w MOIM mieszkaniu. Dlatego więc przykucam przy
kanapie i zaczynam lekko nim potrząsać.
- Łukasz, musisz wstawać
- mruczę.
- Jeszcze chwilę -
odpowiada.
Wzdycham głęboko i chcę wstać, ale uniemożliwia mi to wielka
ręka, która obejmuje mnie i mocno przyciąga. Łukasz wciska nos w okolice mojego
ucha i mruczy coś niewyraźnie. W pewnym momencie jego uścisk się rozluźnia, a
on, prawie mnie przy tym zabijając, siada na kanapie.
- Co ja tu robię?
- Przyjechałeś po mnie
wczoraj do pracy, nie pamiętasz?
- A no tak... Ale... Jak
to się stało, że tu wylądowałem? - pyta, a ja mam ochotę parsknąć śmiechem.
- Wrzuciłam ci do kawy
tabletkę gwałtu i... Chyba nie muszę mówić, co z tobą zrobiłam, prawda? -
patrzę na niego z krzywym uśmieszkiem na ustach.
- Ale jak... Co… Niieee, ściemniasz.
- Bo się głupio pytasz -
prycham - Zasnąłeś w samochodzie, więc doholowałam cię tutaj.
- Zaraz, bo czegoś tu nie
rozumiem. Nie lubisz mnie, a przyprowadziłaś mnie tutaj, żebym spał na kanapie
a nie w samochodzie? Dlaczego?
- Bo w zasadzie to ty
możesz nie być wcale taki zły – kiwam w zamyśleniu głową – A teraz ruszaj dupę,
bo się spóźnię na zajęcia. Autobus już mi odjechał, więc mnie zawieziesz.
- Ale się rządzisz…
- W końcu jestem u
siebie, Kadziewicz.
Tak, to właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że Łukasz wcale
nie był takim zapatrzonym w czubek własnego nosa gwiazdorem. Paweł miał rację,
mówiąc, iż on wiele zyskuje przy bliższym poznaniu. Jadąc z nim wtedy na
uczelnię, przekonałam się o tym na własnej skórze. Z nikim innym, kogo znałam
tak krótko, nie rozmawiało mi się tak dobrze i swobodnie.
Zaskoczył mnie tego dnia bardzo pozytywnie. Nie próbował
pokazywać, jaki to on nie jest cudowny, nie gwiazdorzył. I tak słodko wyglądał
z zaspanymi jeszcze oczami i rozczochranymi włosami. Tak, z całą pewnością mogę
stwierdzić, że to właśnie tamtego dnia spojrzałam na niego tak, jak patrzeć
nigdy nie powinnam…
- Darka! Przepraszam, że
musiałaś tyle czekać! Mam coś dla ciebie! – wyskakuje z auta i wyciąga przed
siebie dłoń, na której leży małe niebieskie pudełko.
- Co to takiego? – pytam
totalnie zaskoczona.
- Niespodzianka –
szczerzy się – Chyba nie zapomniałaś, że dziś mijają 3 miesiące, odkąd…
- Jesteś kochany –
uśmiecham się, wspinając się na palce i całując go delikatnie w usta –
Oczywiście, że nie zapomniałam.
Biorę od niego pudełko i powoli je otwieram. Moim oczom ukazuje
się para ślicznych kolczyków z kamieniami w kolorze moich oczu.
- To bursztyny – mówi
Łukasz.
- Dziękuję. Śliczne są –
wieszam się mu na szyi i mocno się przytulam.
Tak, tamtego dnia chyba właśnie zrozumiałam, że się zakochałam.
Po raz pierwszy w życiu, po same uszy, nieodwołalnie. Kochałam go i byłam
najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Gdy on był blisko, czułam, że mogę
wszystko. Nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu, on miał mecze, treningi, ja
próbowałam zdać wszystkie egzaminy za pierwszym podejściem, żeby potem nie
męczyć się z sesją poprawkową.
Czas do Wielkanocy minął w zawrotnym tempie. Łukasz dostał kilka
dni wolnego, nie mógł jednak ciągle być obok mnie. Miał przecież rodzinę, która
na pewno strasznie za nim tęskniła. Z resztą, ja też wróciłam do domu. Dobrze
było odpocząć wreszcie od tego wielkomiejskiego hałasu i wrócić tam, gdzie
spędziłam większą część mojego życia.
Na Mazurach wszystkie miejscowości, i te duże i te mniejsze,
były piękne, ale ja uważałam że moja, znajdująca się niedaleko Mrągowa, Polska
Wieś, była najpiękniejsza z najpiękniejszych…
Wielkanocny Poniedziałek, tego dnia trzeba mieć oczy dookoła
głowy. Jeden krok za daleko i można wpaść pod strumień wody jakiegoś szalonego
dzieciaka. W planach miałam zostanie w domu, ale niestety dzieciaki brata
koniecznie chciały, żebym wyszła z nimi na spacer.
Idąc tak za nimi i śmiejąc się z tego, jak oblewają się z
pistoletów na wodę, straciłam czujność. Nim zorientowałam się, co się dzieje,
byłam już cała mokra.
- Ciocia! Wyglądasz, jak
mokra kura!
- Najładniejsza mokra
kura na świecie – słysząc znajomy głos, odwracam się na pięcie.
- Łukasz! Co ty tu
robisz?! – ruszam w jego stronę, ale widząc w jego ręku wiaderko, zatrzymuję
się – To twoja robota?
W odpowiedzi uśmiecha się tylko głupkowato i wzrusza ramionami.
Podchodzi do mnie i nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że cała ociekam
wodą, przytula mnie i zaczyna kręcić się dookoła własnej osi.
- Tak się starałem, że
złamałem wiaderko – mruczy mi do ucha, a ja wybucham śmiechem – Chyba powinnaś
się przebrać, zamarzniesz.
- Kiedyś ci się za to
odpłacę, zobaczysz – mrużę groźnie oczy, ale on zdaje się nic sobie z tego nie
robić. Łapie mnie za rękę i rusza za dzieciakami, które pewnie już zdążyły
poinformować rodzinkę, że „ciocię oblał wodą jakiś duży pan, a ona wcale się
nie wściekła!”
Nie miałam pojęcia skąd się wtedy wziął w moim domu, skąd
wiedział, gdzie mnie szukać. Nie miało to jednak większego znaczenia, liczył
się fakt, że był obok mnie, że zrobił mi najlepszy prezent na świecie. I byłam
skłonna wybaczyć mu nawet to, że przez niego byłam cała mokra i zmarznięta.
Najważniejsze było to, że on był obok. Nic innego nie miało znaczenia.
Łukasz równie szybko jak moje, podbił serca moich rodziców.
Dzieciaki wprost go uwielbiały, nie odstępowały go na krok. A jemu ani trochę
to nie przeszkadzało. Było wręcz przeciwnie, wydawał się zadowolony z faktu, że
Gośka prawie wchodziła mu na głowę, a Janek bez przerwy wypytywał go o to,
dlaczego jest taki duży.
Mnie nie pozostało nic innego, jak siedzieć obok i obserwować,
jak mój chłopak dzielnie odpowiada na te głupiutkie pytania mojego bratanka i
stara się jednocześnie pilnować tego, by moja trzyletnia bratanica nie nabiła
sobie guza. Byłam zachwycona tym, jak on radzi sobie z dziećmi. Nie
podejrzewałam go o taką cierpliwość, przecież na boisku był z niego istny
huragan.
Tak, tamtego dnia właśnie uświadomiłam sobie, że jeżeli nie on,
to chyba żaden inny. Oczywiście wiedziałam, że go kocham, nie podejrzewałam
jednak, że było to aż tak poważne. Miałam niespełna 21 lat, w zasadzie to byłam
jeszcze dużym dzieciakiem. On też nie był bardziej dorosły ode mnie, chociaż
był starszy o te 3 lata.
Byłam tak szczęśliwa, że nie przyszło mi do głowy, że może stać
się coś, co zniszczy tę naszą idealną sielankę…
Sesja sesją, ale Kadziu musi być :)