Trzy
Stoję sztywno wyprostowana, patrząc w jego oczy z niedowierzaniem. Nie bardzo dociera do mnie to, co przed chwilą mi powiedział. Nie chcę dopuścić tego do siebie.
- To już pewne? – pytam cichym szeptem, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.
- Prawie na stówę! – ekscytuje się – Uwierzysz w to, Mała? Rosja!
- Tak, to fantastycznie – próbuję się uśmiechnąć, jednak nie bardzo mi to wychodzi.
- Pewnie, że tak! Wręcz zajebiście! – obejmuje mnie ramionami, unosi w powietrze i zaczyna kręcić się dookoła własnej osi. Po chwili stawia mnie na ziemi i uważnie zaczyna wpatrywać się w moją twarz.
- Nie cieszysz się – zauważa.
- Cieszę się, oczywiście, że się cieszę. To dla ciebie wielka szansa, Łuki. Musisz jechać.
- Ale…?
- Będziesz tak cholernie daleko… - szepczę, a po moim policzku spływa jedna jedyna łza.
- No właśnie! Wcale nie będę! Pojedziesz ze mną!
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić.
- Skończysz semestr i możesz się przenieść. Przecież nie masz problemów z angielskim…
- Nie mogę, Łukasz…
- Nie możesz, czy nie chcesz? – burczy, odsuwając się ode mnie – Zresztą nieważne! Skoro tak, to… cześć!
Odwrócił się wtedy i tak po prostu odszedł. Nawet się za siebie nie obejrzał. A ja stałam tam, sama jak palec, zaryczana, rozmazana, totalnie nieszczęśliwa. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił. Że zerwał ze mną, bo nie chciałam rzucić dla niego tego, co kochałam. Bo przecież w Olsztynie miałam wszystko. Rodzinę, przyjaciół, studia. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, żeby wyjechać z kraju. Nie mogłam podjąć tak trudnej decyzji w minutę albo dwie.
On tego nie rozumiał. Gdy dzwoniłam, nie odbierał, albo wykręcał się brakiem czasu. Aż w końcu w którąś sobotę usłyszałam: nie ma takiego numeru. I to już był definitywny koniec. Naszej znajomości, naszej miłości, naszego bycia razem. Kilka dni później dowiedziałam się od Pawła, że wyjechał. Nawet się nie pożegnał…
A teraz, po długich siedmiu latach dowiedziałam się, że wrócił na „stare śmieci”. Znów gra w Olsztynie. Tyle że ja mam już swoje życie. Bez niego.
Ściskając małą dłoń rudego trzylatka, wpatruję się w pokrywające się gęstymi chmurami zimowe niebo. Zanosi się na śnieg, znów! Tej zimy jak dla mnie było go już zdecydowanie dosyć, niestety, operator zaśnieżarki miał w tej sprawie najwyraźniej inne zdanie.
- Mamo, zrobimy bałwana? Proooszę! – uśmiecham się, spoglądając z góry w czekoladowe oczy Kubusia. Widząc ten błagalny wyraz, nie potrafię powiedzieć nie.
- Oczywiście. Ale! Jeżeli nie będzie sypać. Przecież nie chcemy, żebyś sam został bałwanem, prawda?
- Ale z ciebie fajny byłby bałwan! – szczerzy się wesoło, a mnie przed oczami staje uśmiech jego ojca. Ojca, który nie miał nawet szansy poznać własnego dziecka…
Bartek był dobrym człowiekiem. Poznaliśmy się kilka dni po wyjeździe Łukasza, ja jednak nie miałam zamiaru wplątywać się w kolejny związek bez przyszłości. Po tej przygodzie z siatkarzem, miałam dość miłości. On jednak był wytrwały i jednocześnie bardzo cierpliwy. Pozwolił mi się zebrać do kupy, sprawił, że całkowicie straciłam dla niego głowę, zaprowadził do ołtarza… A potem, w dniu, który miał być tym najszczęśliwszym w naszym życiu, zdarzył się ten cholerny wypadek. Zostałam sama z maleńkim Kubusiem, po raz kolejny boleśnie sprowadzona na ziemię z siódmego nieba.
Z mojego własnego świata wyrywa mnie płatek śniegu, lądujący wprost na moim nosie. W kontakcie z ciepłą skórą, płatek szybko zmienia się w kroplę wody, która spada na ziemię.
- Wracamy do domu. Co powiesz na gorącą czekoladę?
- I piankowe żelki?
- I piankowe żelki.
Wchodzimy właśnie na nasze piętro, gdy obok nas przebiega wysoki mężczyzna. Potrąca mnie ramieniem, a mnie czapka wypada z ręki. Schylam się po nią, ale on jest szybszy.
- Przepraszam. Śpieszyłe… - urywa nagle, wpatrując się we mnie znajomymi zielonymi oczyma.
- Cześć Łukasz – przerywam uciążliwą ciszę – Nic się nie stało.
- Daria… Darka, to naprawdę ty?
Patrzę na niego z politowaniem, chociaż udawanie totalnej obojętności dużo mnie kosztuje. Mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, że znów stoję przed nim, a on informuje mnie, iż podpisuje kontrakt w Rosji…
- Mama obiecała mi czekoladę z piankami – do naszej rozmowy wtrąca się Kuba.
- Uwielbiam czekoladę i pianki – odzywa się Łukasz, ciągle wpatrując się w moje oczy.
- Wybacz, ale nie mam zamiaru cię zapraszać – mruczę cicho.
- Masz dziecko!
- Mam 28 lat i obrączkę na palcu, to chyba normalne, prawda? – pytam, ruszając przed siebie.
- Ja… Masz rację, to nie moja sprawa. Cześć – mówi i zbiega w dół.
- Cholera jasna! – syczę, zawzięcie szarpiąc klamkę drzwi własnego mieszkania.
- Cholera! – powtarza po mnie rudzielec.
Patrzę na niego z góry i uśmiecham się, widząc jego zawziętą minę, tak podobną do tegoż grymasu u mnie samej. Bo chociaż z wyglądu bardzo przypomina swego ojca, charakter zdecydowanie odziedziczył po mnie.
Trudno było żyć normalnie, mając Łukasza za sąsiada. Tajemnica dotycząca mojego małżeństwa dość szybko wyszła na jaw. W końcu Kadziewicz mieszkał na tym samym piętrze, dziwne było dla niego, że chociaż tak często biega w tą i z powrotem, nigdy nie spotkał mojego męża. I w końcu musiałam powiedzieć mu prawdę. Nie pozwolił mi skłamać po raz kolejny. Dziwne, że po tylu latach wciąż potrafił tak dobrze poznać, kiedy nie mówiłam mu prawdy.
- Kłamiesz, Daria. Ciągle mnie okłamujesz! – zatrzymuje mnie. Jego zielone, świdrujące oczy wpatrują się we mnie twardo, nie pozwalając się ruszyć nawet o krok.
- Wejdź Łukasz - mówię zrezygnowana – W końcu i tak się dowiesz.
Jest trochę zdziwiony moją nagłą zgodnością i uległością. Wolno wchodzi do mojego mieszkania, rozglądając się dookoła siebie z zainteresowaniem. Jego wzrok na dłużej zatrzymuje się na półce ze zdjęciami. Sama również wpatruję się w nie z lekko rozmarzonym i pewnie smutnym uśmiechem. Ślub z Bartkiem był najszczęśliwszym dniem mojego życia.
- Zostawił cię, prawda? Sukinsyn!
- Łukasz… - mówię uspokajająco – Usiądź, proszę.
Siada posłusznie, nie spuszczając ze mnie badawczego spojrzenia. Czuję, jak pod tym jego wzrokiem czerwienię się. Oddycham głęboko, próbując zebrać myśli. W jego obecności to takie trudne, bo nagle, nie wiedzieć czemu, przed oczami stają mi nasze wszystkie szczęśliwe chwile sprzed siedmiu lat.
- On mnie nie zostawił, Łukasz – szepczę ledwo dosłyszalnie – On nie żyje.
- Darka… - w jego spojrzeniu widzę szczery smutek – Tak mi przykro…
- Niepotrzebnie, Łukasz. Już się z tym oswoiłam, wiesz? Przyzwyczaiłam się do tego, że ci których kocham, odchodzą.
- Przepraszam – zdecydowanie rozumie aluzję zawartą w moich słowach – Byłem młody, głupi. Chciałem podbić świat… Myślałem, że jakoś damy radę, że…
- Nie wracajmy do tego, proszę. Minęło siedem lat. Oboje jesteśmy już inni.
- Masz rację, Mała – uśmiecha się tym swoim uśmiechem przeznaczonym od zawsze tylko dla mnie, a mnie po raz pierwszy od długich czterech lat zalewa fala gorąca. Ostatnio tak się czułam, gdy mówiłam Bartkowi, że zostanie ojcem. Byłam szczęśliwa.
- Wiesz… On umarł w dniu, w którym Kuba przyszedł na świat… - mówię, w moich oczach pojawiają się łzy.
Łukasz nie odpowiada. Przysuwa się, opiera moją głowę na swoim ramieniu i mocno mnie przytula. To wystarcza.
Czwórka
Trzymając ją tamtego dnia w ramionach, poczułem, że wreszcie jestem na swoim miejscu. Moje miejsce od zawsze było przy niej, ja jednak potrzebowałem czasu i tysięcy przejechanych kilometrów, żeby to zrozumieć. Kochałem ją. Kochałem ją wtedy, przed siedmioma laty, kocham również teraz. Wiem to, jestem pewien, jak niczego innego na świecie. Zrozumienie tego było trudne, a jednak wydawało się błahostką w porównaniu z tym, co mnie czekało. Musiałem przekonać Darię, że powinna dać nam jeszcze jedną szansę. Była uparta, nieugięta. Unikała mnie i zbywała za każdym razem głupimi żartami. Na szczęście miała syna. To właśnie przez Kubę postanowiłem spróbować po raz kolejny dostać się do jej serca. Miałem szczęście, bo Mały zdawał się mnie uwielbiać.
- Wujku, a czy mama pójdzie z nami?
- Pewnie! Jeżeli tylko chce – mówię, patrząc na nią kątem oka. Jest wściekła i nie potrafi tego ukryć. Jej oczy zdają się wręcz płonąć. Dobrze wiem, że gdyby tylko mogła, złapałaby mnie za szyję i nie puściła, dopóki nie wyzionąłbym ducha.
- Ciągle nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł… On nie ma nawet czterech lat, Łukasz!
- Mała, wiesz przecież, że dobrze pływam. Nic mu się nie stanie, obiecuję. No chyba, że…
- Chyba że co?! Dokończ!
- Chyba, że się mnie boisz. Tchórzysz? – kiedyś to by ją nieźle wkurzyło. Teraz zresztą było tak samo.
- Ja?! No chyba śnisz! Daj mi chwilę, muszę się spakować.
I w taki właśnie sposób znaleźliśmy się w parku wodnym. Kuba szalał w basenie dla dzieci razem z Łukaszem, który miał z nim zadziwiająco dobry kontakt. Ale dzieci zawsze go uwielbiały, przez te siedem lat nic a nic się nie zmieniło. Przynajmniej w tym temacie. Bo moje nastawienie do niego i uczucia zmieniały się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili sądziłam, że znów mogłabym go pokochać, by w następnej stwierdzić, że za żadne skarby świata do niego nie wrócę. Nigdy nie byłam aż tak niezdecydowana. Potrzebowałam czasu, a on, o dziwo, nie naciskał. I chyba to właśnie sprawiło, że to, co kiedyś do niego czułam, zaczęło powoli wracać.
Kuba pochyla się nad stołem, nadyma policzki i zdmuchuje cztery świeczki na torcie. Robi to już po raz szósty tego popołudnia. Uśmiecham się szeroko do synka, po czym przesuwam wzrokiem po roześmianych twarzach rodziców, brata i bratowej. Na końcu moje spojrzenie zatrzymuje się na jego twarzy. Sama nie wiem, jak to się stało, że tu się znalazł. Łukasz jak nikt inny potrafił zmusić mnie do tego, czego akurat chciał. Wystarczył jeden uśmiech i błagalne spojrzenie tych zielonych, kocich oczu...
- A może... – bratowa spogląda na mnie z podejrzanym uśmiechem – Zabierzemy dziś Kubę do siebie, żebyście mogli zostać sami? Należy ci się chwila oddechu.
- Ale ja nie...
- To świetny pomysł – Łukasz nie daje mi dojść do słowa. Mrożę go spojrzeniem, ale on tylko się uśmiecha.
I w taki właśnie sposób kwadrans później zostajemy sami. Łukasz czuje się jak u siebie. Pomaga mi posprzątać i zmyć naczynia, cały czas pogwizdując pod nosem. Jego dobry humor doprowadza mnie wręcz do szału, ale jakoś trzymam w ryzach wybuch. Wiem, że to, co chciałbym mu powiedzieć źle by się skończyło. Źle dla mnie, niekoniecznie dla niego.
- Wiem, że chciałabyś mnie teraz zabić – mówi, stając za moimi plecami. Odwraca mnie w swoją stronę, wyjmuje z rąk ostatni talerz i odstawia na półkę.
- Skoro wiesz, to dlaczego podchodzisz tak blisko? Przecież pełno tu ostrych narządzi.
- Darka… Kobieto, nawet nie wyobrażasz sobie, jak za tobą tęskniłem.
- Pewnie – prycham – Tak bardzo, że nie odbierałeś telefonu a potem zmieniłeś numer!
- Ja…
- Nie próbuj się nawet tłumaczyć. I puść mnie! – odsuwam się na bezpieczną moim zdaniem odległość - Dziękuję za pomoc. Możesz już wyjść.
- Oboje dobrze wiemy, że musimy pogadać. Darka, nie jesteśmy już dzieciakami jak siedem lat temu. Ty masz Kubę a ja…
- A ty robisz karierę! To zawsze było dla ciebie ważne. Ważniejsze ode mnie! Zaufam ci, a ty znów mnie zostawisz! Ja… Łukasz nie rób tego. Nie chcę przechodzić przez to po raz kolejny.
- Nie wyjadę. A jeżeli już, ty pojedziesz ze mną. Już cię nie zostawię, musisz mi wierzyć.
- Problem w tym, że ja nie chcę stąd wyjeżdżać, rozumiesz?
- Gdyby ci naprawdę zależało, pojechałabyś.
- Gdyby tobie zależało, to byś nie wyjeżdżał! Wyjdź, Kadziewicz. Idź i nie wracaj.
Wyszedł wtedy, nie próbował się ze mną skontaktować, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Dopiero później, od Pawła, dowiedziałam się, że znów wyjechał. Dostałam więc to, czego chciałam. Łukasz zostawił mnie w spokoju, zniknął z mojego życia. Powinno mnie to ucieszyć, a jednak wcale tak nie było. Nasza kłótnia nie dawała mi spokoju. Zastanawiało mnie, dlaczego zrobił dokładnie to, co mu kazałam. Dlatego, że miał mnie gdzieś i nie chciał mnie już oglądać, czy wręcz przeciwnie, kochał mnie na tyle, by odejść i żyć gdzieś samotnie z dala ode mnie i Kuby.
O tym, co działo się z nim w ciągu kolejnych miesięcy dowiadywałam się głównie od Pawła. Nie chciałam go jednak wypytywać, dlatego wręcz maniakalnie przeglądałam sportowe portale w Internecie. Tęskniłam za nim. Chyba nawet bardziej niż wtedy, gdy wyjechał po raz pierwszy. Kochałam go. Wiedziałam, że nikogo już nie pokocham tak, jak jego. To dlatego właśnie oddałam Kubę pod opiekę dziadków, sama natomiast wsiadłam w samolot i poleciałam do Włoch.
Stojąc przed drzwiami jego mieszkania i drżąc ze zdenerwowania, zastanawiam się, jaka będzie jego reakcja.
- Mówiłem ci stary, dziś cię dokarmiać nie… nieee….
- Niespodzianka? - miało to zabrzmieć, jak żart, jednak z moich ust wydobył się ledwie dosłyszalny szept.
- Daria. Co ty tu robisz, kobieto? Przecież… Przecież…
- Jestem tu, to chyba coś znaczy, prawda?
- Wejdziesz? – otwiera szerzej drzwi i wpuszcza mnie do środka. Prowadzi do salonu i tam siada na kanapie gapiąc się na mnie jak na ducha – Powiedziałaś, że nie chcesz wyjeżdżać.
- A jednak wyjechałam. Łukasz… Głupia byłam, prawda? Pozwoliłam ci odejść po raz drugi, chociaż nie chciałam…
- Byłaś, ale już nie jesteś – podnosi rękę i dotyka mojego policzka – To nie sen, to naprawdę ty.
Pochyla się nade mną i lekko dotyka moich ust swoimi. Wplata palce w moje włosy, przytulając mnie mocno drugą ręką, a ja mam wrażenie, że wreszcie jestem tam, gdzie powinnam być.
- Straciliśmy tyle lat…
- Nieważne. Ważne jest to, że się kochamy. Ważne są te lata, które mamy przed sobą. Wspólne lata.
Hmmm... Długo nic nie dodawałam, miałam czas, żeby się zastanowić. I doszłam do wniosku, że to, co dodałam dziś jest "czymś" ostatnim. Prawie 6 lat poświęciłam moim opowiadaniom i doszłam do wniosku, że wystarczy.
Dziękuję za to, że byłyście ze mną przez ten czas.
Więc... au revoir
Ale jak to tak.. No coś Ty! Nie znikaj, no. Przecież ja chcę dalej czytać Twoje teksty, to nie fair.
OdpowiedzUsuńA nawiasem, podobała mi się ta historia. W końcu Daria zawalczyła o swoje i nie czekała, aż ktoś sprzątnie jej faceta sprzed nosa. Prawidłowo!
Ściskam mocno i całuję,
Anna.
Tittka, ty mnie nie zostawiaj :( No jak tak można, no :(
OdpowiedzUsuńTą wiadomością zepsułaś klimat odcinka i Martittcie jest smutno :(
Kadziewicz pojawia się i znika. Ciężko im było z Darką się zejść. Chyba dalej jest trochę narwany, bo jak kocha to poczeka. Mam nadzieję, że w końcu się dogadają :) Mieli do siebie długą drogę, kilka lat na zrozumienie błędów, aż w końcu serca nie dały rady :) Dają radę ;)
Więc żądam kontaktu od ciebie i na dywanik do tłumaczenia :P
Pozdrawiam