piątek, 7 marca 2014

3 i 4



Trzy


Stoję sztywno wyprostowana, patrząc w jego oczy z niedowierzaniem. Nie bardzo dociera do mnie to, co przed chwilą mi powiedział. Nie chcę dopuścić tego do siebie.
 - To już pewne? – pytam cichym szeptem, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.
 - Prawie na stówę! – ekscytuje się – Uwierzysz w to, Mała? Rosja!
 - Tak, to fantastycznie – próbuję się uśmiechnąć, jednak nie bardzo mi to wychodzi.
  - Pewnie, że tak! Wręcz zajebiście! – obejmuje mnie ramionami, unosi w powietrze i zaczyna kręcić się dookoła własnej osi. Po chwili stawia mnie na ziemi i uważnie zaczyna wpatrywać się w moją twarz.
 - Nie cieszysz się – zauważa.
 - Cieszę się, oczywiście, że się cieszę. To dla ciebie wielka szansa, Łuki. Musisz jechać.
 - Ale…?
 - Będziesz tak cholernie daleko… - szepczę, a po moim policzku spływa jedna jedyna łza.
 - No właśnie! Wcale nie będę! Pojedziesz ze mną!
 - Wiesz, że nie mogę tego zrobić.
 - Skończysz semestr i możesz się przenieść. Przecież nie masz problemów z angielskim…
 - Nie mogę, Łukasz…
 - Nie możesz, czy nie chcesz? – burczy, odsuwając się ode mnie – Zresztą nieważne! Skoro tak, to… cześć!


Odwrócił się wtedy i tak po prostu odszedł. Nawet się za siebie nie obejrzał. A ja stałam tam, sama jak palec, zaryczana, rozmazana, totalnie nieszczęśliwa. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił. Że zerwał ze mną, bo nie chciałam rzucić dla niego tego, co kochałam. Bo przecież w Olsztynie miałam wszystko. Rodzinę, przyjaciół, studia. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, żeby wyjechać z kraju. Nie mogłam podjąć tak trudnej decyzji w minutę albo dwie.
On tego nie rozumiał. Gdy dzwoniłam, nie odbierał, albo wykręcał się brakiem czasu.  Aż w końcu w którąś sobotę usłyszałam: nie ma takiego numeru. I to już był definitywny koniec. Naszej znajomości, naszej miłości, naszego bycia razem. Kilka dni później dowiedziałam się od Pawła, że wyjechał. Nawet się nie pożegnał…
A teraz, po długich siedmiu latach dowiedziałam się, że wrócił na „stare śmieci”. Znów gra w Olsztynie. Tyle że ja mam już swoje życie. Bez niego.

Ściskając małą dłoń rudego trzylatka, wpatruję się w pokrywające się gęstymi chmurami zimowe niebo. Zanosi się na śnieg, znów! Tej zimy jak dla mnie było go już zdecydowanie dosyć, niestety, operator zaśnieżarki miał w tej sprawie najwyraźniej inne zdanie.
 - Mamo, zrobimy bałwana? Proooszę! – uśmiecham się, spoglądając z góry w czekoladowe oczy Kubusia. Widząc ten błagalny wyraz, nie potrafię powiedzieć nie.
 - Oczywiście. Ale! Jeżeli nie będzie sypać. Przecież nie chcemy, żebyś sam został bałwanem, prawda?
 - Ale z ciebie fajny byłby bałwan! – szczerzy się wesoło, a mnie przed oczami staje uśmiech jego ojca. Ojca, który nie miał nawet szansy poznać własnego dziecka…
Bartek był dobrym człowiekiem.  Poznaliśmy się kilka dni po wyjeździe Łukasza, ja jednak nie miałam zamiaru wplątywać się w kolejny związek bez przyszłości. Po tej przygodzie z siatkarzem, miałam dość miłości. On jednak był wytrwały i jednocześnie bardzo cierpliwy. Pozwolił mi się zebrać do kupy, sprawił, że całkowicie straciłam dla niego głowę, zaprowadził do ołtarza… A potem, w dniu, który miał być tym najszczęśliwszym w naszym życiu, zdarzył się ten cholerny wypadek. Zostałam sama z maleńkim Kubusiem, po raz kolejny boleśnie sprowadzona na ziemię z siódmego nieba.
Z mojego własnego świata wyrywa mnie płatek śniegu, lądujący wprost na moim nosie. W kontakcie z ciepłą skórą, płatek szybko zmienia się w kroplę wody, która spada na ziemię.
 - Wracamy do domu. Co powiesz na gorącą czekoladę?
 - I piankowe żelki?
 - I piankowe żelki.
Wchodzimy właśnie na nasze piętro, gdy obok nas przebiega wysoki mężczyzna. Potrąca mnie ramieniem, a mnie czapka wypada z ręki. Schylam się po nią, ale on jest szybszy.
 - Przepraszam. Śpieszyłe… - urywa nagle, wpatrując się we mnie znajomymi zielonymi oczyma.
 - Cześć Łukasz – przerywam uciążliwą ciszę – Nic się nie stało.
 - Daria… Darka, to naprawdę ty?
Patrzę na niego z politowaniem, chociaż udawanie totalnej obojętności dużo mnie kosztuje. Mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, że znów stoję przed nim, a on informuje mnie, iż podpisuje kontrakt w Rosji…
 - Mama  obiecała mi czekoladę z piankami – do naszej rozmowy wtrąca się Kuba.
 - Uwielbiam czekoladę i pianki – odzywa się Łukasz, ciągle wpatrując się w moje oczy.
 - Wybacz, ale nie mam zamiaru cię zapraszać – mruczę cicho.
 - Masz dziecko!
 - Mam 28 lat i obrączkę na palcu, to chyba normalne, prawda? – pytam, ruszając przed siebie.
 - Ja… Masz rację, to nie moja sprawa. Cześć – mówi i zbiega w dół.
 - Cholera jasna! – syczę, zawzięcie szarpiąc klamkę drzwi własnego mieszkania.
 - Cholera! – powtarza po mnie rudzielec.
Patrzę na niego z góry i uśmiecham się, widząc jego zawziętą minę, tak podobną do tegoż grymasu u mnie samej. Bo chociaż z wyglądu bardzo przypomina swego ojca, charakter zdecydowanie odziedziczył po mnie.


Trudno było żyć normalnie, mając Łukasza za sąsiada. Tajemnica dotycząca mojego małżeństwa dość szybko wyszła na jaw. W końcu Kadziewicz mieszkał na tym samym piętrze, dziwne było dla niego, że chociaż tak często biega w tą i z powrotem, nigdy nie spotkał mojego męża. I w końcu musiałam powiedzieć mu prawdę. Nie pozwolił mi skłamać po raz kolejny. Dziwne, że po tylu latach wciąż potrafił tak dobrze poznać, kiedy nie mówiłam mu prawdy.

 - Kłamiesz, Daria. Ciągle mnie okłamujesz! – zatrzymuje mnie. Jego zielone, świdrujące oczy wpatrują się we mnie twardo, nie pozwalając się ruszyć nawet o krok.
 - Wejdź Łukasz - mówię zrezygnowana – W końcu i tak się dowiesz.
Jest trochę zdziwiony moją nagłą zgodnością i uległością. Wolno wchodzi do mojego mieszkania, rozglądając się dookoła siebie z zainteresowaniem. Jego wzrok na dłużej zatrzymuje się na półce ze zdjęciami. Sama również wpatruję się w nie z lekko rozmarzonym i pewnie smutnym uśmiechem. Ślub z Bartkiem był najszczęśliwszym dniem mojego życia.
 - Zostawił cię, prawda? Sukinsyn!
 - Łukasz… - mówię uspokajająco – Usiądź, proszę.
Siada posłusznie, nie spuszczając ze mnie badawczego spojrzenia. Czuję, jak pod tym jego wzrokiem czerwienię się. Oddycham głęboko, próbując zebrać myśli. W jego obecności to takie trudne, bo nagle, nie wiedzieć czemu, przed oczami stają mi nasze wszystkie szczęśliwe chwile sprzed siedmiu lat.
 - On mnie nie zostawił, Łukasz – szepczę ledwo dosłyszalnie – On nie żyje.
 - Darka… - w jego spojrzeniu widzę szczery smutek – Tak mi przykro…
 - Niepotrzebnie, Łukasz. Już się z tym oswoiłam, wiesz? Przyzwyczaiłam się do tego, że ci których kocham, odchodzą.
 - Przepraszam – zdecydowanie rozumie aluzję zawartą w moich słowach – Byłem młody, głupi. Chciałem podbić świat… Myślałem, że jakoś damy radę, że…
 - Nie wracajmy do tego, proszę. Minęło siedem lat. Oboje jesteśmy już inni.
 - Masz rację, Mała – uśmiecha się tym swoim uśmiechem przeznaczonym od zawsze tylko dla mnie, a mnie po raz pierwszy od długich czterech lat zalewa fala gorąca. Ostatnio tak się czułam, gdy mówiłam Bartkowi, że zostanie ojcem. Byłam szczęśliwa.
 - Wiesz… On umarł w dniu, w którym Kuba przyszedł na świat… - mówię, w moich oczach pojawiają się łzy.
Łukasz nie odpowiada. Przysuwa się, opiera moją głowę na swoim ramieniu i mocno mnie przytula. To wystarcza.



Czwórka


Trzymając ją tamtego dnia w ramionach, poczułem, że wreszcie jestem na swoim miejscu. Moje miejsce od zawsze było przy niej, ja jednak potrzebowałem czasu i tysięcy przejechanych kilometrów, żeby to zrozumieć. Kochałem ją. Kochałem ją wtedy, przed siedmioma laty, kocham również teraz. Wiem to, jestem pewien, jak niczego innego na świecie. Zrozumienie tego było trudne, a jednak wydawało się błahostką w porównaniu z tym, co mnie czekało. Musiałem przekonać Darię, że powinna dać nam jeszcze jedną szansę. Była uparta, nieugięta. Unikała mnie i zbywała za każdym razem głupimi żartami. Na szczęście miała syna. To właśnie przez Kubę postanowiłem spróbować po raz kolejny dostać się do jej serca. Miałem szczęście, bo Mały zdawał się mnie uwielbiać.
 - Wujku, a czy mama pójdzie z nami?
 - Pewnie! Jeżeli tylko chce – mówię, patrząc na nią kątem oka. Jest wściekła i nie potrafi tego ukryć. Jej oczy zdają się wręcz płonąć. Dobrze wiem, że gdyby tylko mogła, złapałaby mnie za szyję i nie puściła, dopóki nie wyzionąłbym ducha.
 - Ciągle nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł… On nie ma nawet czterech lat, Łukasz!
 - Mała, wiesz przecież, że dobrze pływam. Nic mu się nie stanie, obiecuję. No chyba, że…
 - Chyba że co?! Dokończ!
 - Chyba, że się mnie boisz. Tchórzysz? – kiedyś to by ją nieźle wkurzyło. Teraz zresztą było tak samo.
 - Ja?! No chyba śnisz! Daj mi chwilę, muszę się spakować.

I w taki właśnie sposób znaleźliśmy się w parku wodnym. Kuba szalał w basenie dla dzieci razem z Łukaszem, który miał z nim zadziwiająco dobry kontakt. Ale dzieci zawsze go uwielbiały, przez te siedem lat nic a nic się nie zmieniło. Przynajmniej w tym temacie. Bo moje nastawienie do niego i uczucia zmieniały się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili sądziłam, że znów mogłabym go pokochać, by w następnej stwierdzić, że za żadne skarby świata do niego nie wrócę. Nigdy nie byłam aż tak niezdecydowana. Potrzebowałam czasu, a on, o dziwo, nie naciskał. I chyba to właśnie sprawiło, że to, co kiedyś do niego czułam, zaczęło powoli wracać.

Kuba pochyla się nad stołem, nadyma policzki i zdmuchuje cztery świeczki na torcie. Robi to już po raz szósty tego popołudnia. Uśmiecham się szeroko do synka, po czym przesuwam wzrokiem po roześmianych twarzach rodziców, brata i bratowej. Na końcu moje spojrzenie zatrzymuje się na jego twarzy. Sama nie wiem, jak to się stało, że tu się znalazł. Łukasz jak nikt inny potrafił zmusić mnie do tego, czego akurat chciał. Wystarczył jeden uśmiech i błagalne spojrzenie tych zielonych, kocich oczu...
 - A może... – bratowa spogląda na mnie z podejrzanym uśmiechem – Zabierzemy dziś Kubę do siebie, żebyście mogli zostać sami? Należy ci się chwila oddechu.
 - Ale ja nie...
 - To świetny pomysł – Łukasz nie daje mi dojść do słowa. Mrożę go spojrzeniem, ale on tylko się uśmiecha.
I w taki właśnie sposób kwadrans później zostajemy sami. Łukasz czuje się jak u siebie. Pomaga mi posprzątać i zmyć naczynia, cały czas pogwizdując pod nosem. Jego dobry humor doprowadza mnie wręcz do szału, ale jakoś trzymam w ryzach wybuch. Wiem, że to, co chciałbym mu powiedzieć źle by się skończyło. Źle dla mnie, niekoniecznie dla niego.
 - Wiem, że chciałabyś mnie teraz zabić – mówi, stając za moimi plecami. Odwraca mnie w swoją stronę, wyjmuje z rąk ostatni talerz i odstawia na półkę.
 - Skoro wiesz, to dlaczego podchodzisz tak blisko? Przecież pełno tu ostrych narządzi.
 - Darka… Kobieto, nawet nie wyobrażasz sobie, jak za tobą tęskniłem.
 - Pewnie – prycham – Tak bardzo, że nie odbierałeś telefonu a potem zmieniłeś numer!
 - Ja…
 - Nie próbuj się nawet tłumaczyć. I puść mnie! – odsuwam się na bezpieczną moim zdaniem odległość  - Dziękuję za pomoc. Możesz już wyjść.
 - Oboje dobrze wiemy, że musimy pogadać. Darka, nie jesteśmy już dzieciakami jak siedem lat temu. Ty masz Kubę a ja…
 - A ty robisz karierę! To zawsze było dla ciebie ważne. Ważniejsze ode mnie! Zaufam ci, a ty znów mnie zostawisz! Ja… Łukasz nie rób tego. Nie chcę przechodzić przez to po raz kolejny.
 - Nie wyjadę. A jeżeli już, ty pojedziesz ze mną. Już cię nie zostawię, musisz mi wierzyć.
 - Problem w tym, że ja nie chcę stąd wyjeżdżać, rozumiesz?
 - Gdyby ci naprawdę zależało, pojechałabyś.
 - Gdyby tobie zależało, to byś nie wyjeżdżał! Wyjdź, Kadziewicz. Idź i nie wracaj.

Wyszedł wtedy, nie próbował się ze mną skontaktować, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Dopiero później, od Pawła, dowiedziałam się, że znów wyjechał. Dostałam więc to, czego chciałam. Łukasz zostawił mnie w spokoju, zniknął z mojego życia. Powinno mnie to ucieszyć, a jednak wcale tak nie było. Nasza kłótnia nie dawała mi spokoju. Zastanawiało mnie, dlaczego zrobił dokładnie to, co mu kazałam. Dlatego, że miał mnie gdzieś i nie chciał mnie już oglądać, czy wręcz przeciwnie, kochał mnie na tyle, by odejść i żyć gdzieś samotnie z dala ode mnie i Kuby.
O tym, co działo się z nim w ciągu kolejnych miesięcy dowiadywałam się głównie od Pawła. Nie chciałam go jednak wypytywać, dlatego wręcz maniakalnie przeglądałam sportowe portale w Internecie. Tęskniłam za nim. Chyba nawet bardziej niż wtedy, gdy wyjechał po raz pierwszy. Kochałam go. Wiedziałam, że nikogo już nie pokocham tak, jak jego. To dlatego właśnie oddałam Kubę pod opiekę dziadków, sama natomiast wsiadłam w samolot i poleciałam do Włoch.

Stojąc przed drzwiami jego mieszkania i drżąc ze zdenerwowania, zastanawiam się, jaka będzie jego reakcja.
 - Mówiłem ci stary, dziś cię dokarmiać nie… nieee….
 - Niespodzianka?  - miało to zabrzmieć, jak żart, jednak z moich ust wydobył się ledwie dosłyszalny szept.
 - Daria. Co ty tu robisz, kobieto? Przecież… Przecież…
 - Jestem tu, to chyba coś znaczy, prawda?
 - Wejdziesz? – otwiera szerzej drzwi i wpuszcza mnie do środka. Prowadzi do salonu i tam siada na kanapie gapiąc się na mnie jak na ducha – Powiedziałaś, że nie chcesz wyjeżdżać.
 - A jednak wyjechałam. Łukasz… Głupia byłam, prawda? Pozwoliłam ci odejść po raz drugi, chociaż nie chciałam…
 - Byłaś, ale już nie jesteś – podnosi rękę i dotyka mojego policzka – To nie sen, to naprawdę ty.
Pochyla się nade mną i lekko dotyka moich ust swoimi. Wplata palce w moje włosy, przytulając mnie mocno drugą ręką, a ja mam wrażenie, że wreszcie jestem tam, gdzie powinnam być.
 - Straciliśmy tyle lat…
 - Nieważne. Ważne jest to, że się kochamy. Ważne są te lata, które mamy przed sobą. Wspólne lata.




Hmmm... Długo nic nie dodawałam, miałam czas, żeby się zastanowić. I doszłam do wniosku, że to, co dodałam dziś jest "czymś" ostatnim. Prawie 6 lat poświęciłam moim opowiadaniom i doszłam do wniosku, że wystarczy. 
Dziękuję za to, że byłyście ze mną przez ten czas.
Więc... au revoir

piątek, 24 stycznia 2014

Dwa




Rozdział 2



Jest wcześnie. On w zasadzie mógłby jeszcze spać, ale ja nie mam zamiaru zostawiać go samego w MOIM mieszkaniu. Dlatego więc przykucam przy kanapie i zaczynam lekko nim potrząsać.
 - Łukasz, musisz wstawać - mruczę.
 - Jeszcze chwilę - odpowiada.
Wzdycham głęboko i chcę wstać, ale uniemożliwia mi to wielka ręka, która obejmuje mnie i mocno przyciąga. Łukasz wciska nos w okolice mojego ucha i mruczy coś niewyraźnie. W pewnym momencie jego uścisk się rozluźnia, a on, prawie mnie przy tym zabijając, siada na kanapie.
 - Co ja tu robię?
 - Przyjechałeś po mnie wczoraj do pracy, nie pamiętasz?
 - A no tak... Ale... Jak to się stało, że tu wylądowałem? - pyta, a ja mam ochotę parsknąć śmiechem.
 - Wrzuciłam ci do kawy tabletkę gwałtu i... Chyba nie muszę mówić, co z tobą zrobiłam, prawda? - patrzę na niego z krzywym uśmieszkiem na ustach.
 - Ale jak... Co…  Niieee, ściemniasz.
 - Bo się głupio pytasz - prycham - Zasnąłeś w samochodzie, więc doholowałam cię tutaj.
 - Zaraz, bo czegoś tu nie rozumiem. Nie lubisz mnie, a przyprowadziłaś mnie tutaj, żebym spał na kanapie a nie w samochodzie? Dlaczego?
 - Bo w zasadzie to ty możesz nie być wcale taki zły – kiwam w zamyśleniu głową – A teraz ruszaj dupę, bo się spóźnię na zajęcia. Autobus już mi odjechał, więc mnie zawieziesz.
 - Ale się rządzisz…
 - W końcu jestem u siebie, Kadziewicz.


Tak, to właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że Łukasz wcale nie był takim zapatrzonym w czubek własnego nosa gwiazdorem. Paweł miał rację, mówiąc, iż on wiele zyskuje przy bliższym poznaniu. Jadąc z nim wtedy na uczelnię, przekonałam się o tym na własnej skórze. Z nikim innym, kogo znałam tak krótko, nie rozmawiało mi się tak dobrze i swobodnie.
Zaskoczył mnie tego dnia bardzo pozytywnie. Nie próbował pokazywać, jaki to on nie jest cudowny, nie gwiazdorzył. I tak słodko wyglądał z zaspanymi jeszcze oczami i rozczochranymi włosami. Tak, z całą pewnością mogę stwierdzić, że to właśnie tamtego dnia spojrzałam na niego tak, jak patrzeć nigdy nie powinnam…


 - Darka! Przepraszam, że musiałaś tyle czekać! Mam coś dla ciebie! – wyskakuje z auta i wyciąga przed siebie dłoń, na której leży małe niebieskie pudełko.
 - Co to takiego? – pytam totalnie zaskoczona.
 - Niespodzianka – szczerzy się – Chyba nie zapomniałaś, że dziś mijają 3 miesiące, odkąd…
 - Jesteś kochany – uśmiecham się, wspinając się na palce i całując go delikatnie w usta – Oczywiście, że nie zapomniałam.
Biorę od niego pudełko i powoli je otwieram. Moim oczom ukazuje się para ślicznych kolczyków z kamieniami w kolorze moich oczu.
 - To bursztyny – mówi Łukasz.
 - Dziękuję. Śliczne są – wieszam się mu na szyi i mocno się przytulam.


Tak, tamtego dnia chyba właśnie zrozumiałam, że się zakochałam. Po raz pierwszy w życiu, po same uszy, nieodwołalnie. Kochałam go i byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Gdy on był blisko, czułam, że mogę wszystko. Nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu, on miał mecze, treningi, ja próbowałam zdać wszystkie egzaminy za pierwszym podejściem, żeby potem nie męczyć się z sesją poprawkową.
Czas do Wielkanocy minął w zawrotnym tempie. Łukasz dostał kilka dni wolnego, nie mógł jednak ciągle być obok mnie. Miał przecież rodzinę, która na pewno strasznie za nim tęskniła. Z resztą, ja też wróciłam do domu. Dobrze było odpocząć wreszcie od tego wielkomiejskiego hałasu i wrócić tam, gdzie spędziłam większą część mojego życia.
Na Mazurach wszystkie miejscowości, i te duże i te mniejsze, były piękne, ale ja uważałam że moja, znajdująca się niedaleko Mrągowa, Polska Wieś, była najpiękniejsza z najpiękniejszych…


Wielkanocny Poniedziałek, tego dnia trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeden krok za daleko i można wpaść pod strumień wody jakiegoś szalonego dzieciaka. W planach miałam zostanie w domu, ale niestety dzieciaki brata koniecznie chciały, żebym wyszła z nimi na spacer.
Idąc tak za nimi i śmiejąc się z tego, jak oblewają się z pistoletów na wodę, straciłam czujność. Nim zorientowałam się, co się dzieje, byłam już cała mokra.
 - Ciocia! Wyglądasz, jak mokra kura!
 - Najładniejsza mokra kura na świecie – słysząc znajomy głos, odwracam się na pięcie.
 - Łukasz! Co ty tu robisz?! – ruszam w jego stronę, ale widząc w jego ręku wiaderko, zatrzymuję się – To twoja robota?
W odpowiedzi uśmiecha się tylko głupkowato i wzrusza ramionami. Podchodzi do mnie i nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że cała ociekam wodą, przytula mnie i zaczyna kręcić się dookoła własnej osi.
 - Tak się starałem, że złamałem wiaderko – mruczy mi do ucha, a ja wybucham śmiechem – Chyba powinnaś się przebrać, zamarzniesz.
 - Kiedyś ci się za to odpłacę, zobaczysz – mrużę groźnie oczy, ale on zdaje się nic sobie z tego nie robić. Łapie mnie za rękę i rusza za dzieciakami, które pewnie już zdążyły poinformować rodzinkę, że „ciocię oblał wodą jakiś duży pan, a ona wcale się nie wściekła!”


Nie miałam pojęcia skąd się wtedy wziął w moim domu, skąd wiedział, gdzie mnie szukać. Nie miało to jednak większego znaczenia, liczył się fakt, że był obok mnie, że zrobił mi najlepszy prezent na świecie. I byłam skłonna wybaczyć mu nawet to, że przez niego byłam cała mokra i zmarznięta. Najważniejsze było to, że on był obok. Nic innego nie miało znaczenia.
Łukasz równie szybko jak moje, podbił serca moich rodziców. Dzieciaki wprost go uwielbiały, nie odstępowały go na krok. A jemu ani trochę to nie przeszkadzało. Było wręcz przeciwnie, wydawał się zadowolony z faktu, że Gośka prawie wchodziła mu na głowę, a Janek bez przerwy wypytywał go o to, dlaczego jest taki duży.
Mnie nie pozostało nic innego, jak siedzieć obok i obserwować, jak mój chłopak dzielnie odpowiada na te głupiutkie pytania mojego bratanka i stara się jednocześnie pilnować tego, by moja trzyletnia bratanica nie nabiła sobie guza. Byłam zachwycona tym, jak on radzi sobie z dziećmi. Nie podejrzewałam go o taką cierpliwość, przecież na boisku był z niego istny huragan.
Tak, tamtego dnia właśnie uświadomiłam sobie, że jeżeli nie on, to chyba żaden inny. Oczywiście wiedziałam, że go kocham, nie podejrzewałam jednak, że było to aż tak poważne. Miałam niespełna 21 lat, w zasadzie to byłam jeszcze dużym dzieciakiem. On też nie był bardziej dorosły ode mnie, chociaż był starszy o te 3 lata.
Byłam tak szczęśliwa, że nie przyszło mi do głowy, że może stać się coś, co zniszczy tę naszą idealną sielankę…




Sesja sesją, ale Kadziu musi być :)






sobota, 11 stycznia 2014

Jeden





Jeden



Życie to wielkie pasmo zawirowań i niespełnionych marzeń. Każdy człowiek ma chyba takie pragnienie, które się nie ziściło. Z różnych powodów. Niektórych marzeń po prostu nie da się spełnić. Bo przecież gwiazdki z nieba otrzymać nie można... A niektóre po prostu się nie spełniają, bo pojawiają się przeszkody nie do pokonania.
Niektórym ich życie wydaje się wręcz idealne. Masz szczęśliwą rodzinę, kochającą się i wspierającą w trudnych chwilach. Wszystko układa Ci się tak, jak sobie zamarzyłaś. I wtedy staje się coś, co burzy ten idealny porządek Twojego świata. Może to być wielka tragedia, albo nic nie znaczący szczegół, który powoduje, że Twój świat wali się w gruzy.
Tak było ze mną... Byłam szczęśliwa, miałam wszystko to, o czym może marzyć dwudziestolatka. Mieszkanie, studia, weekendową pracę, rodziców, którzy, choć nie zawsze popierali każdą moją decyzję, po prostu byli przy mnie. I wtedy w moje życie wkroczył on. Buntownik, wariat, arogant… Miał dużo wad. W zasadzie to jego zalet dziś już nie pamiętam. Ale jakieś chyba musiał mieć, skoro się w nim zakochałam…

Wychodzę z budynku Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i kieruję się do swojego auta, gdy ktoś zachodzi mi drogę.
 - Przepraszam – mówię, nawet nie podnosząc głowy.
 - Ależ ja się nie gniewam – mruczy uwodzicielskim głosem.
Ale mnie to nie rusza. Zerkam na niego spod rzęs. To co widzę zapewne wielu dziewczynom się podoba. Mnie niekoniecznie. Cwaniacki uśmiech, zielone, świdrujące oczka, wlepione w mój dekolt i rozczochrane, brązowe włosy. Nie mój typ, nie moja liga.
 - Siemasz Kadzinko! Co ty tu robisz, człowieku? – słysząc za sobą głos kolegi z grupy, odwracam się.
Stoi przede mną uśmiechnięty, cieszy się, że widzi tego kudłacza za mną. Jest zupełnie inny niż on. Krótkie, jasne włosy ma idealnie obcięte i ułożone. W jego niebieskich oczach nie ma ani krzty fałszu, a uśmiech jest po prostu szczery. Taki, jak być powinien.
 - O! Darka, znasz Kadzia? Nie wiedziałem…
 - Nie znam. Szłam do samochodu, gdy… - urywam, by obrzucić Kadzia zniesmaczonym spojrzeniem – To coś przede mną wyrosło.
 - To coś?! COŚ??!! – wydziera się szatyn – Gdybyś wiedziała kim jestem, inaczej byś śpiewała!
 - Darka, to mój kolega z AZS-u. Wariat i debil. Ale zyskuje przy bliższym poznaniu.
 - Dziękuję, Paweł, ale nie skorzystam. Na razie – macham ręką, wymijam kudłacza i wsiadam do auta. Ruszam, nie zaszczycając Kadzia nawet krzywym spojrzeniem.


Siedzę z Luśką w naszym ulubionym barze. Mają tu najlepsze zapiekanki w calusieńkim Olsztynie. Mają też piwo, które idealnie do nich pasuje. I pracuję tu w weekendy, więc muszę jakoś reklamować miejscówkę, by przyciągnąć klientów.
 - A ten Paweł, ten twój kolega, wiesz który… - mówi, żywo przy tym gestykulując. Zupełnie, jakby chciała mi pokazać, jak ten „wiesz który Paweł” wygląda.
 - Chodzi ci o…
 - Tak właśnie! – nie daje mi dokończyć – Powiedz… Ma kogoś?
 - Luśka… On ci się podoba?
 - Kto jej się podoba? – podskakuję, słysząc za sobą jego głos. Bogu dzięki, że nie wymieniłam jego imienia.
 - A taki jeden. Nie znasz – Lucyna lekceważąco macha ręką, wpatrując się w stojącego za Pawłem bruneta.
 - To pewnie o mnie chodzi – podchodzi do niej i, zgrywając wielkiego amanta, całuje jej dłoń.
 - O fuuj – krzywię się. Na szczęście słyszy to tylko Paweł, który stuka się w czoło, pokazując co o mnie myśli.
 - Może się przysiądziecie? – pyta Luśka, a ja mam ochotę ją zamordować. Przecież nie po to uciekłam od nich przed uczelnią, żeby teraz spędzać z nimi wolny wieczór.
 - Jeśli Złośnica nie ma nic przeciwko – mruczy Kudłacz, patrząc na mnie pytająco.
 - Siadajcie – mówię przez zaciśnięte zęby.


Tamten wieczór wcale nie był przełomowy. Wydawało mi się wtedy, że znielubiłam go jeszcze bardziej, niż przed uczelnią. Zachowywał się jak bufon, jak wielka gwiazdeczka, której sodówka uderzyła do głowy. Przyjaźnił się z Pawłem, ale różnił się od niego jak ogień od wody. Rozmawiał z Luśką, ale oczu nie spuszczał ze mnie. Zupełnie, jakby tym swoim szczurzym spojrzeniem chciał sprawić, że zmienię o nim zdanie.
Niedoczekanie jego!
Luśka natomiast wydawała się być w siódmym niebie. Co jakiś czas zerkała tylko na Pawła dziwnym spojrzeniem. Jakby nie mogła się zdecydować, czy dalej wsłuchiwać się w niesamowite historie z życia Łukasza Ka., czy może odwrócić się do niego plecami i zająć się facetem, który śni jej się po nocach… Bo Sieziu jej się śnił. I to nie raz. A Kudłacz vel Kadzinka naprawdę na imię miał Łukasz. A mnie zawsze się to imię podobało…


Stoję przed barem, czekając na Pawła. Moje auto szlag trafił, a ktoś musiał odebrać mnie z pracy. Padło na Siezia. Jest środek nocy, zimno jak jasna cholera, a ja jestem diabelnie zmęczona i chce mi się spać. A Paweł jak na złość nie przyjeżdża.
Wyciągam szyję, gdy widzę zbliżające się auto. Kolor się zgadza, ale to nie samochód mojego przyjaciela. Czarna honda zatrzymuje się obok mnie, wysiada z niej nie kto inny, niż Kadziu.
 - No nie! Co ty tu robisz?
 - Nie pytaj… - ziewa – Wsiadaj, póki nie śpię.
 - Jesteś pewien, że dasz radę prowadzić? – pytam. Jakoś nie uśmiecha mi się wsiadać do samochodu z na wpół śpiącym siatkarzem.
Łukasz mierzy mnie badawczym spojrzeniem. W ciągu następnych kilkunastu sekund ziewa jeszcze trzy razy. Zamyka oczy, przecierając twarz dłonią i podchodzi do mnie.
 - Masz. Prowadzisz – wciska mi w dłoń kluczyki i ładuje tyłek na fotel pasażera.
Bez słowa okrążam samochód i zajmuję miejsce za kierownicą. Muszę najpierw porządnie wyregulować fotel, bo nie dosięgam nogami do pedałów. Ciągle jestem w szoku. W końcu niewielu facetów zdecydowałoby się na takie coś. Oddać praktycznie nieznajomej dziewczynie kluczyki do własnego, ukochanego autka… Tym załapuje u mnie wielkiego plusa.
Pionowa linia plusa jednak szybko się zamazuje, zmieniając go w minus. Gdy dojeżdżamy pod mój blok, on śpi. I za żadne skarby świata nie mogę go dobudzić. Mogłabym zostawić go w tym samochodzie i iść przed siebie, jednak nie pozwala mi na to sumienie.
 - Łukasz… - mówię, potrząsając nim lekko – Łukasz, chodź. Prześpisz się u mnie na kanapie.
 - Śpię – mruczy, marszcząc nos.
 - Kadziu, nie bądź dzieciak. W samochodzie chcesz spać?
 - Daleko?
 - Na drugie piętro. Dasz radę, Łukasz. Kto, jak nie ty?
Uśmiecha się w odpowiedzi i otwiera oczy. Ciągle jednak na wpół śpi. Posłusznie jednak opiera się na mnie i daje się zaprowadzić do mojego salonu. Tam pada na kanapę jak nieżywy i odpływa na dobre. Nie daje rady nawet zdjąć butów i kurtki.

To wtedy właśnie zaczęłam mieć co do niego wątpliwości. Czy naprawdę był takim bucem, czy może tylko takiego zgrywał? Tamtego dnia po raz pierwszy pokazał mi swoją prawdziwą twarz, a mnie ta jego prawdziwa twarz bardzo się spodobała. I, ni z tego ni z owego, postanowiłam dać mu szansę. Dać szansę pokazać mu na dłuższym odcinku czasu, jaki jest naprawdę. Czy było warto? Tak… I nie.





Hmmm... Mi tam się podoba :)