Rozdział 3
Mieszkanie z dwójką facetów jest męczące. Do takiego wniosku
dochodzę, gdy w salonie po raz kolejny znajduję brudną koszulkę Wojtka, a w
kuchni niepozmywane przez Piotrka naczynia z poprzedniego wieczora. Wzdychając
cicho, zabieram się za sprzątanie. Chociaż tyle mogę dla nich zrobić w
podziękowaniu za to, iż pozwalają mi ze sobą mieszkać. Bo od tamtego dnia, gdy
spotkaliśmy z Wojtkiem naszych rodziców, nie widziałam się z matką. Nie tęsknię
za nią. Mam wrażenie, ze jej nienawidzę. To dziwne uczucie... Przecież kochałam
ją przez tyle lat, a ta jedna chwila, kilka sekund, wystarczyło, by wszystko się
diametralnie odmieniło. Dobrze, że chociaż mam ojca, który stara się jak może,
żeby było lepiej…
Gdy wszystko jest w miarę uporządkowane, siadam na kanapie z podręcznikiem
w dłoni. Niedługo czeka mnie matura. Powiedziałabym, że nawet bardzo niedługo.
Z matmy czy polskiego nie muszę się uczyć. Od zawsze jestem takim mieszańcem,
pół umysłu ścisłego i pół humanistycznego. Gorzej jest u mnie z chemią i
biologią. A te właśnie przedmioty dobrałam sobie jako dodatkowe. Muszę jakoś
uzbierać punkty, jeśli naprawdę poważnie myślę o dostaniu się na weterynarię. A
zapewniam, że myślę o tym bardzo poważnie.
Nie zauważam nawet, gdy chłopaki wracają z porannego treningu.
Piotrek, jak to on, od razu kieruje się do kuchni. Zawsze jest głodny,
zupełnie, jakby miał wielkiego tasiemca. Wojtek natomiast ląduje obok mnie na
kanapie. Wciska głowę na moje kolana i patrzy na mnie z dołu.
- Znów męczysz te mi...
mio...
- Chodzi ci o mitozę?
Nie, dziś czas na chemię.
- Kobieto... Chemia to
zło, zapamiętaj!
- Może i tak, ale muszę
zdać tą maturę. Więc z łaski swojej zejdź ze mnie i idź jeść. W lodówce została
jeszcze pizza od wczoraj. No chyba, że Piotrek już ją wchłonął.
- Hain! Ta pizza jest
moja! – drze się, próbując pozbierać swoje cielsko z kanapy.
- Była, chciałeś
powiedzieć! – słysząc z kuchni głos Piotrka, cicho chichoczę. Tasiemiec znów wygrał
bitwę z Wojtkiem o zawartość lodówki.
- Pauliś, a co robisz
wieczorem?! – marszczę czoło, słysząc tę podejrzaną nutkę w głosie Haina.
- A dlaczego pytasz?
- Świetnie! Skoro nie
miałaś planów, już je masz! Idziesz z nami, prawda? – wychyla się z kuchni,
wlepiając we mnie te swoje wielkie oczyska.
- Muszę się uczyć.
- Nudziiiiisz – zza
bruneta wychyla się blondyn – No nie daj się prosić!
- Gdzie?
- Karaoke u Krzyśka.
- U Bartka?
- U Krzyśka – próbuje
postawić na swoim Piotrek.
- Chciałem zauważyć, że
Bartek i Krzysiek to ta sama osoba – wtrąca się Wojtek, a my mrozimy go
wzrokiem.
- Masz być gotowa na 20.
- Ja się wyrobię. Na was
jak zawsze będzie trzeba czekać. Bo pan gruby musi poprawić fryzurę, bo pan
turecko-niemiecki musi dobrać koszulkę do butów…
- Mała, nie przeginaj.
- Wiem, że mnie
uwielbiacie. Dlatego ja pierwsza zajmuję łazienkę! – podrywam się z kanapy,
przeskakując przez fotel.
- Nie!! – drą się
jednocześnie, ale nie mają już szans mnie dogonić. Zatrzaskuję się w łazience
na najbliższą godzinę.
U Krzyśka, jak to u Krzyśka, głośno, tłoczno i wesoło. Już na
samym progu zostaję wessana w ten szalony tłum. Nie udaje mi się nawet kurtki
na wieszak odwiesić, bo czyjaś wielka dłoń zaciska się na mojej, ciągnąc mnie
do salonu.
- Patrzcie, chłopaki!
Pauliś przyszła! – drze się Mariański.
- Bartuś, kochanie –
przysuwam się bliżej – Przestań się tak wydzierać, bo ogłuchnę! – wrzeszczę mu
do ucha, a on odsuwa się z przerażoną miną.
- Przyprowadziłaś swoje
zwierzątka? – z kuchni wychyla się głowa Krzyśka.
- Oba. Całe i zdrowe, chociaż zalane
litrami perfum – krzywię się, na co chłopcy wybuchają śmiechem. Uspokajają się
już, gdy do salonu wchodzą wyżej wymienione zwierzaki. I całe olsztyńskie stado
oraz ich znajomi znów wybucha szaloną radością.
- Ej, ej! Śpiewamy!
- My! My pierwsi! –
wyrywa się Feru, ciągnąc mnie za sobą.
- Bez Pitera nie śpiewam
– mówię, dobrze wiedząc, że jego wycie mnie zagłuszy. Nie umiem śpiewać i w
zasadzie to nawet nie lubię. No chyba, że pod prysznicem, ale to inna bajka…
- Uszy mi zaraz odpadną –
mruczę, opadając na podłogę obok Wojtka. Jakimś cudem udało nam się zwiać przed
tymi śpiewającymi wariatami. Zdecydowanie źle działa na nich to śpiewanie. Albo
to podobno bezalkoholowe piwo, które przytaszczyli Skup i Sobala.
- Wiesz, to ich piwo
wcale nie jest bez procentów.
- Domyśliłam się –
szczerzę się, wciąż mając przed oczami Piotrka i Mariana śpiewających do
siebie: ‘Jak się masz
kochanie’.
- Tu jest ciszej. Ooo jak
dobrze – jęczy, rozkładając się na moich kolanach.
- Tobie to aż za dobrze -
zauważam. W odpowiedzi posyła mi swój krzywy, zadowolony uśmiech. Kręcę z
politowaniem głową i zamykam oczy. Dobrze tak przez jakiś czas posiedzieć w
jako-takiej ciszy.
- Ktoś idzie! Do szafy!
I nim się orientuję, stoimy już w ciemnej, ciasnej szafie, mocno
do siebie przyciśnięci. W pokoju słychać jakieś podejrzane dźwięki, ale ja nie
potrafię się na nich skupić. Czuję, że się duszę. Serce bije mi jak szalone,
ręce drżą, oddech przyśpiesza.
- Wojtek – szepczę z
ustami przy jego policzku – Ja chyba mam klaustrofobię.
- Masz co?
- Boję się małych
zamkniętych pomieszczeń, ciołku! Zrób coś!
- Cała się trzęsiesz.
Pauliś… Co ja mam zrobić?
- Wyjdźmy stąd.
- Niee. To nie jest najlepszy
pomysł.
- Dlaczego?
- Tam… Tam Hain i jakaś…
- Zrób cokolwiek. Bylebym
tylko zapomniała. Możesz… Mmmmmm.
Wyswobadzam dłonie z jego uścisku i delikatnie opieram je na
jego klatce piersiowej. Zamykam oczy i mocniej przyciskam usta do jego ust.
Serce dalej tłucze mi jak szalone, oddech ciągle jest zbyt
szybki, czuję też, ze dalej cała drżę, ale to małe ciasne pomieszczenie już
absolutnie nie ma z tym nic wspólnego. Mój dziwny stan powodują te niesamowite
usta i wszędobylskie łapki Wojtka.
- Lepiej ci?
- Nie, nie. Jeszcze nie –
kręcę głową, ponownie wpijając się w jego usta. Przesuwam dłońmi po jego karku,
wplatam palce w jego włosy, próbując jednocześnie wtulić się w niego jeszcze
bardziej.
Mój Boże! Nigdy nie pomyślałabym, że ot taki sobie Wojtek w
ciasnej, ciemnej szafie Bartka Krzyśka, mógłby sprawić, iż zapragnęłabym
zapomnieć o tym, jak skończył się związek moich rodziców i ot tak po prostu się
zakochać. W nim zakochać.
Hmm. Szafy są fajne :D
Szafa? :D Matko z ojcem, kojarzy mi się Christian Grey, przez niego boję się samochodów, fortepianów, wind, blatów kuchennych.. A przez Ciebie i szaf :D
OdpowiedzUsuńNie no, romantycznie się nam zrobiło. Zawsze twierdziłam,że wspólne cierpienia i problemy łączą ludzi :)
Pozdrawiam cieplutko, Anna.
/Bądź/
Ej Piotrek, nie pij w piątek - taka nuta była, o :D
OdpowiedzUsuńWidzę, że wyciągnęli Paulę na imprezę w zielonym gronie ;) I bardzo dobrze! Przed maturą musi się odstresować :D
Wojtek to potrafi leczyć z klaustrofobii, oj potrafi ^^ Hmmm żeby w szafie nie robili tego samego co Piotr z jakąś tam ;p
W trójkę są naprawdę uroczy ;) Nie ma to jak im podogryzać :D Ach :D Dziękuję za rozpatrzenie prośby i dodanie :* Szafy są fajne :D
Pozdrawiam