środa, 28 sierpnia 2013

I

~*I*~


Znam go. I jednocześnie nic o nim nie wiem. Ostatnio widziałam go dawno temu. Tego dnia, gdy opuszczałam Polskę. On był chudym patyczakiem, wchodzącym w świat dorosłej siatkówki. A mnie zdawało się wtedy, że gonię szczęście, które próbuje mi uciec. Byłam młoda, głupia… Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak to wszystko się może skończyć. Bo się skończyło. Szybciej, niż tak naprawdę się zaczęło. Ale ja byłam za dumna, żeby przyznać się do porażki i wrócić. Zostałam. I jestem tu do dziś, chociaż jego nie ma już od kilku sezonów…
Jest siatkarzem. Wielką gwiazdą światowej siatkówki. A ja przez pewien czas miałam ten zaszczyt – albo nieszczęście – nazywać siebie jego dziewczyną. Kochałam go. A on tak po prostu, z dnia na dzień, mnie zostawił. Wyjechał potem i już więcej go nie spotkałam…
Ale nie o nim przecież miało być!
Idzie w moim kierunku, ciągnąc za sobą walizkę. Oczu nie mogę od niego oderwać. Nie jest już tym dzieciakiem, który tak kurczowo mnie do siebie przytulał i prawie błagał, żebym nie wyjeżdżała. Ja jednak zrobiłam po swojemu. Jak zawsze. I jak zawsze źle na tym wyszłam.
 - Cześć – uśmiecha się – Chyba ciebie miałem wypatrywać.
 - Tak, mnie – odwzajemniam uśmiech, opanowując drżenie głosu – Chodźmy. Zawiozę cię do twojego nowego lokum, a potem pokażę ci co i jak.
Cały czas mówimy po angielsku. On zaczął, więc ja nie mam zamiaru nic zmieniać. Nie rozpoznaje we mnie dawnej przyjaciółki i sąsiadki. I dobrze. Nie chcę, żeby wiedział, że mi się nie powiodło. Chcę, żeby widział we mnie silną kobietę, Rosjankę, która ciężką pracą osiągnęła to, co osiągnęła.
 - Jesteś jakąś asystentką, czy coś? – pyta, zapinając pas bezpieczeństwa.
 - Jestem rzecznikiem prasowym. I asystentką fizjoterapeuty. Czasami też pomagam w prowadzeniu treningów. Jak widzisz, jestem wszechstronnie uzdolniona.
 - A masz jakieś imię?
 - Maja. Na imię mi Maja – przedstawiam się. Mogłabym co prawda podać pełne imię, ale po co? Przecież nie chcę, żeby mnie sobie przypomniał.
 - Przypominasz mi kogoś – mówi nagle, a ja na moment tracę panowanie nad autem. Przerażony łapie ręką kierownicę i wlepia we mnie swoje ślepia – W porządku?
 - Tak, tak… Po prostu… Zaskoczyłeś mnie.
 - Już nie będę – mówi z przepraszającą miną. Mam ochotę parsknąć śmiechem, opanowuję się jednak. Chcę coś powiedzieć, ale do głosu nie dopuszcza mnie dzwoniący telefon. Jego telefon.
 - No czego, Rudy Kojocie? – mówi na powitanie.
Więc ciągle przyjaźni się z rudziutkim Kubą. Przez te lata z nimi spędzone różnie go nazywaliśmy, ale określenia, jakiego użył Bartosz, nie kojarzyłam. Musiało więc być stosunkowo nowe. Wymyślone zapewne przez kolegów z reprezentacji w ciągu ostatnich pięciu lat. Bo tyle czasu minęło, odkąd wyjechałam…
 - Mój przyjaciel – jego głos przerywa moje rozmyślania – Musiał się upewnić, że wylądowałem i nie porwali mnie kosmici.
 - I co mu powiedziałeś?
 - Że nie.
 - Więc masz pewność, że jestem stąd?
 - A co? Jesteś ruskim robotem?
Zostawiam jego pytanie bez odpowiedzi. Nie jestem ruska, chociaż czasami bardzo bym chciała. Nie jestem też robotem. I też czasami chciałabym nim być.
 - Tu zamieszkasz – mówię, zatrzymawszy samochód na parkingu – Masz klucze. Trafisz sam, czy cię zaprowadzić?
 - Tu wszędzie są te wasze hieroglify – mruczy przerażony.
 - To cyrylica. Hieroglify były w starożytnym Egipcie, geniuszu. Chodź, bo zima nas zastanie.
 - No bardzo śmieszne – prycha – Minus 30 czy więcej?
 - Na Syberii tak. Tu nie zawsze.
 - Toś mnie pocieszyła. Naprawdę!

Idzie obok mnie, w skupieniu słuchając tego, co mam mu do powiedzenia na temat hali i innych pierdół związanych z jego przyjazdem do Moskwy. Przecież musi wiedzieć co, jak, gdzie i kiedy.
 - A to mój gabinet. Jakbyś miał jakiś kłopot, zawsze możesz wpaść. Postaram się zrobić wszystko, żeby ci pomóc. Jestem tu po to, żeby ułatwiać wam życie.
 - No właśnie mam kłopot – zatrzymuje się. Chcąc nie chcąc, też staję.
 - Więc słucham – uśmiecham się zachęcająco.
 - Nie wiem, czy do twarzy będzie mi w tym waszym niebieskim – mówi z poważną miną, by po chwili wyszczerzyć się szeroko.
 - Ja mówiłam poważnie, Bartek.
 - Ależ ja też!
 - Będzie ci pasował do oczu – mruczę, uciekając wzrokiem. Aż głupio się przyznać, ale do jego oczu zawsze miałam słabość.
 - To był komplement? – pyta i nie czekając na odpowiedź, paple dalej – Więc dziękuję. I wiesz co? Jak tak bardzo starasz się nie patrzeć mi w oczy, strasznie przypominasz Mar…
 - Dobra! To ja, pasuje?! – przerywam mu, wymachując rękoma – Nie wyszło mi! Nie złapałam szczęścia za ogon! Zwiało mi w cholerę! Zadowolony? – drę się na niego, a on stoi na środku korytarza z szeroko otwartymi oczyma i ustami.
 - Mariola? – szepcze, ni to pytając ni stwierdzając.
 - Nooo… Więc nie wiedziałeś? Nie podpuszczałeś mnie?
 - Byłaś do niej podobna… Znaczy jesteś… Bo nią jesteś, co nie? Musisz być podobna – plącze się – Ale jaja! Musiałem na Syberię przyjechać, żeby cię znów zobaczyć! Czemu nie wróciłaś?
 - Czemu? – pytam retorycznie, wolno ruszając przed siebie – Przecież mnie znasz. Jestem zbyt uparta. I dumna. Nigdy nie potrafiłam przegrywać, pamiętasz? A wtedy, gdy on odszedł, poczułam się tak, jakbym przegrała wszystko…
 - Przecież nic by się nie stało, gdybyś wróciła.
 - Może tak, a może nie. Nie wiesz tego na pewno. Z resztą… Tu miałam studia, dobry kierunek, z perspektywami. I znajomości.
 - Jakbyś w Polsce ich nie miała – prycha – Mogłaś wrócić! – wyraźnie ma mi za złe to, że zdecydowałam się zostać w Moskwie.
 - I co miałam wam powiedzieć po powrocie? Cześć, wróciłam! Alex mnie rzucił i pojechał chuj wie gdzie, więc jestem! Tak by mogło być? A może…
 - Jak mi brakowało tego twojego wrzeszczenia – przerywa mi, przyciąga mnie do siebie i przytula tak mocno, że prawie tracę oddech.
 - Duszę… Się… - udaje mi się wykrztusić.
 - No tak… Jestem chyba trochę silniejszy niż te 5 lat temu – drapie się po głowie z zakłopotaną miną.
 - Trochę! – parskam. Opanowuję jednak chęć wygłoszenia mu kazania. Zamiast tego opieram się plecami o ścianę i w skupieniu się mu przyglądam.
Oczy mu się nie zmieniły. Ich wyraz ciągle jest taki sam. Jak u beztroskiego dzieciaka, który wierzy, że podbije świat. Uśmiech też ma ten sam. Szczery, szeroki, zaraźliwy. Raczej nie urósł, jednak widać, że dużo pracował na siłowni. Nie jest już chudym patyczakiem, któremu nawet przy odbiorze zagrywki plątały się nogi. Gdyby nim był, nikt z władz Dynama nie zdecydowałby się na ściągnięcie go tutaj, do najlepszej ligi na świecie. Grzałby pewnie ławę w jakimś podrzędnym polskim klubie…
 - Czemu mi się tak przyglądasz? – pyta, pstrykając mi palcami przed nosem.
 - A tak sobie podziwiam, jak się zmieniłeś… Ale głupiś pewnie ciągle tak samo! – szturcham go i nim udaje mu się mnie złapać, znikam w swoim gabinecie.
 - To nie fair! Miałaś mi pomóc! – dobija się.
 - Już pomogłam! Wszystko wiesz!
 - A właśnie, że nie wiem!
 - Czego niby nie wiesz? – uchylam drzwi, patrząc na niego krzywo.
 - Gdzie mieszkasz i kiedy mogę wpaść na to ciacho czekoladowe, które zawsze robiłaś – szczerzy się bezczelnie.
 - Jesteś niemożliwy… - kręcę z politowaniem głową. Podaję mu jednak adres i zapraszam na ciacho i kawę. Żeby nie było, że zła ze mnie koleżanka.




Chyba jednak nadal jestem...


wtorek, 13 sierpnia 2013

~^***^~




„Byłaś”


Byłaś. To jedno słowo idealnie do Ciebie pasuje. Byłaś całym moim światem. Sercem, duszą, życiem. I pewnie nawet nie zdawałaś sobie z tego sprawy. Taka właśnie byłaś, a ja kochałem Cię jak wariat… Ty już od dawna pewnie o mnie nie pamiętasz, ja nadal wspominam te kilka tygodni. Czasami mam wrażenie, że to był tylko sen. Piękny sen, który skończył się tak, jak się skończył. A zaczął się przecież tak niewinnie. Nic nie zapowiadało wielkiego love story. Niestety, w tym wypadku bez happy endu.

~^***^~

Stałaś w strugach deszczu pod wielkim klonem. Krople wiosennego deszczu skapywały Ci z grzywki na nos, a potem na ziemię. Stopy miałaś w błocie po same kostki i wyglądałaś jak siedem nieszczęść, a jednak z Twoich ust nie znikał radosny uśmiech. Zdawałaś się być najszczęśliwszą istotą na świecie. Ty, przemoczona do ostatniej suchej nitki, z potarganymi przez wiatr włosami i zabłoconymi stopami.
Ciągle mam przed oczami tę chwilę, gdy spojrzałaś w niebo, wyciągnęłaś ramiona i zaczęłaś kręcić się dookoła. Zupełnie nie zdawałaś sobie sprawy z faktu, że ktoś Cię obserwuje. A gdy wreszcie mnie zauważyłaś, zatrzymałaś się tak gwałtownie, że wylądowałaś tyłkiem w kałuży. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że udusisz mnie za podglądanie, ale Ty zachowałaś się zupełnie nieprzewidywalnie…
 -  Jesteś mi winien kawę i pranie – uśmiechnęłaś się, a ja całkowicie straciłem głowę.
 - Kawę  - powtórzyłem jak echo – I pranie.
 - Kawę za patrzenie. A pranie... – urwałaś, żeby obrzucić swoją zabłoconą osóbkę spojrzeniem – No sam rozumiesz.
 - Tak, jasne – wybąkałem pod nosem.
Musiałaś wziąć mnie wtedy za idiotę, faceta, który był niespełna rozumu. Wywarłaś na mnie jednak takie wrażenie, że zupełnie straciłem rezon. Wpadłem po same uszy, po zaledwie dwóch zdaniach wymienionych w strugach deszczu.

 ~^***^~
Byłaś dla mnie niespotykanym zjawiskiem. Kobietą, a jednak jeszcze dzieckiem. Nie było w Tobie ani krzty egoizmu, chociaż byłaś jedynaczką. Gdybym poprosił, dałabyś mi cały świat. Ja Tobie  również, z pewnością o tym wiedziałaś. Niestety, oddając Ci serce, zapomniałem, że było w Tobie więcej z dziecka niż z kobiety…
Na horyzoncie pojawił się ktoś nowy, inny i bardziej fascynujący. Mną się już znudziłaś. Z Twojego chłopaka zostałem zdegradowany do roli przyjaciela,  wysłuchującego niekończących się opowieści o nim. Ciągle chyba miałem nadzieję, że wreszcie doznasz olśnienia i do mnie wrócisz. Ale Ty już nie byłaś moja. Może nigdy nie byłaś

~^***^~

Słuchałem kolejnej opowieści o nim. Poprawka. Starałem się słuchać. Niestety moje myśli wciąż uciekały w dal. Zaczynało do mnie docierać, że dla Ciebie jestem już tylko kumplem. Może nigdy nie byłem nikim więcej. Może tylko wmówiłem sobie, że było inaczej…
 - Nie słuchasz mnie, Andrzej – moje imię,  wypowiedziane Twoim głosem sprowadziło mnie na ziemię. Wpatrywałaś się we mnie tymi wielkimi, błękitnymi oczyma, czekając na moją reakcję. Myślałaś pewnie, ze zaprzeczę, że jak zawsze będę Twoim „najlepsiejszym psiapsiółem”.
 - Masz rację.
 - Jesteś okropny! Przecież ja ci właśnie opowiadam…
 - Zawsze opowiadasz. Ale teraz moja kolej. Teraz ja coś powiem. Nic długiego, tylko dwa słowa. Wyjeżdżam, żegnaj – powiedziawszy to, wstałem i wyszedłem.
Nie próbowałaś mnie gonić, nie wołałaś. Jako kobieta pewnie zdawałaś sobie sprawę, dlaczego to zrobiłem. Jako dziecko, pewnie jeszcze przez długi czas mnie wyklinałaś i twierdziłaś, ze nigdy mi nie wybaczysz. Ja jednak nie chciałem Twojego przebaczenia. Chciałem po prostu się uwolnić…

~^***^~

Po Tobie trudno było mi spojrzeć na inną kobietę. Ty byłaś moim ideałem, kobietą ze snów. Sen jednak się skończył, a ja nie potrafiłem wrócić do rzeczywistości…
Z nią mijałem się na klatce kilka razy dziennie. Widywałem ją w markecie, w banku, przy hali. To, że ona jest, wydawało mi się wręcz naturalne. Przyzwyczaiłem się do tego, że ją widuję, że uśmiecha się na przywitanie, że ciągle się gdzieś śpieszy. Aż któregoś dnia się nie pojawiła. To właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że za nią tęsknię, że brakuje mi samego jej widoku, jej uśmiechu, jej brązowych oczu i burzy rudych włosów. Długo zastanawiałem się co zrobić, jak sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. W końcu wymyśliłem. Wziąłem kubek i zapukałem do jej drzwi, z zamiarem pożyczenia cukru. Gdy otworzyła, prawie jej nie poznałem.
 - Wyglądasz strasznie! – palnąłem.
 - Ty to potrafisz dowartościować kobietę – uśmiechnęła się, po czym kichnęła, zakaszlała i ponownie kichnęła.
 - Ale cię rozłożyło! Wracaj do łóżka, zrobię ci herbaty. Mieszanka Andrzeja od razu postawi cię na nogi.
 - Nie musisz, naprawdę…
 - Bez marudzenia! Doktor Wrona cię wyleczy.

~^***^~


Na początek się zaprzyjaźniliśmy. Potem wszystko potoczyło się już szybko. I chociaż czasami jeszcze wydaje mi się, że Ty byłaś zaledwie wczoraj, dziś istnieje tylko ona i to ona zajmuje cały mój świat. Świat, który w całości mógł należeć do Ciebie.





A może o sobie też powinnam napisać "byłam"...