piątek, 18 października 2013

<~***~>





<~***~>



Nic nie może przecież wiecznie trwać,
Co zesłał los trzeba będzie stracić…



Ścierając kurze, słucham radia. Słysząc te dobrze znane słowa piosenki, myślę o Tobie. To właśnie Ciebie kilkanaście lat temu zesłał mi los. Byłeś kimś w roli mojego anioła stróża, chociaż świętym zdecydowanie nie można było Cię nazwać. Problemy często rozwiązywałeś za pomocą pięści, wykorzystywałeś swój wzrost, żeby dostać to, czego chciałeś. Niczego się nie bałeś i to mi właśnie zaimponowało. Wiesz, chyba kochałam Cię już jako siedmiolatka z dwoma rudymi warkoczykami. Ale Ty wtedy nie zwracałeś na mnie uwagi. Pomagałeś mi, oczywiście. Taki już po prostu byłeś. Znałeś mnie, może nawet lubiłeś. W końcu byłam Twoją małą sąsiadką, którą często musiałeś się opiekować. Z czasem coraz rzadziej i rzadziej…
To właśnie z Tobą po raz pierwszy się upiłam. Chciałeś mi pokazać, co to kac. Niestety, to Ty bardziej cierpiałeś następnego dnia niż ja. Z zaskoczeniem odkryłeś, że moja skromna osóbka, chociaż poprzedniego dnia zaliczyła totalnego zgona, kaca nie miała. Ty wyglądałeś okropnie. Blady, zmęczony, Twoje czerwone oczy śniły mi się potem po nocach. Powiedziałeś mi wtedy, że chyba Ci na mnie zależy, a ja, głupia i bezmyślna, poklepałam Cię po ramieniu i nazwałam braciszkiem. Kilkanaście dni później wyjechałeś. Na początku nie zdawałam sobie sprawy, co straciłam. Uważałam, że kiedyś wrócisz, przecież musisz. Teraz, prawie dziesięć lat później wiem już, że Cię straciłam. Przewrotny los najpierw postawił mnie na Twojej drodze, a potem rozdzielił nas na pierwszym skrzyżowaniu.


Ty kochasz ją, nie mnie
I nie wiesz jak to rani mnie


To dziwne, wiesz? Nie mam pojęcia dlaczego każda piosenka dziś przypomina mi o Tobie. Nie chcę Cię wspominać. Bo chociaż byłeś przyjacielem, wspomnienia te nie są zbyt przyjemne. Boli, gdy przez oczami widzą Twoją uśmiechniętą twarz. Twoje oczy wpatrujące się z uwielbieniem w kobiece, brązowe oczy. Niestety, oczy te nie należały do mnie. A przecież mogły. Mogłam być Twoja, mogłam pozwolić Ci mnie kochać. Niestety, na to już o wiele za późno. Wtedy, gdy był na to czas, nie byłam świadoma czego chcę od życia. Nie wiedziałam, że to właśnie Ty byłeś całym moim światem. Gdy się zorientowałam, w Twoim życiu nie było już dla mnie miejsca. Nie kochałeś mnie. Kochałeś ją… To ona urodziła Ci dziecko, ona opiekowała się Tobą, gdy byłeś chory, ona co noc zasypiała w Twoich ramionach, to właśnie ją, nie mnie, co rano budziłeś pocałunkiem. Mnie budził kto inny…

Z głośnym westchnieniem opadam na kanapę i wpatruję się w stojące na półce zdjęcie. Nie ma na nim Ciebie, co to, to nie. Za to jestem ja. Ja i on, ten drugi, którego nigdy nie udało mi się pokochać tak, jak Ciebie. Z roztargnieniem kręcę zaręczynowym pierścionkiem, spoglądając na ciemniejące za oknem niebo. On niedługo powinien wrócić, a ja powinnam się z tego cieszyć. Nie było go w końcu ładnych kilka dni. Jest siatkarzem, tak jak Ty. I w pewien sposób nawet go kocham. Jest tylko jeden problem. On nie jest Tobą…
 - Esther! – dobiega nagle do moich uszu. Na usta wpływa mi lekki uśmiech, a po plecach przebiega dreszcz. Jak zawsze, gdy słyszę swoje imię wypowiedziane z tym francuskim akcentem. A przecież jeszcze do niedawna tak go nie znosiłam.
 - Jesteś wreszcie – wstaję i wtulam się w jego wyciągnięte ramiona. Z niemałym zdziwieniem stwierdzam, że naprawdę cieszę się, że już wrócił.
 - Jak ja za tobą tęskniłem, Maleństwo – mruczy mi do ucha, jego usta wędrują po moim policzku i szyi, po czym lądują na ustach.



I nagle Ty stoisz dziś w moich drzwiach
I pytasz mnie, czy może kogoś mam



Zaskoczona,  odrywam wzrok od monitora. Dziwne, ale dokładnie gdy z radia płynęły słowa piosenki, rozległ się dzwonek go drzwi. I chociaż to głupie i irracjonalne, wiem, kogo zobaczę za drzwiami. Waham się chwilę, gdy jednak dzwonek rozlega się ponownie, wolno ruszam w kierunku korytarza. Łapiąc za klamkę, oddycham głęboko. Zamykam oczy i otwieram drzwi. Podnoszę powieki i widzę Ciebie. Stoisz bez ruchu, wpatrując się we własne stopy. Jesteś przemoczony do suchej nitki, smutny, przygarbiony. Zupełnie, jakbyś na barkach dźwigał problemy całego świata.
 - Cześć – mruczysz cicho, niepewnie na mnie spoglądając.
Nie odpowiadam. Wpatruję się w Twoją twarz zszokowana. Takiego Cię nie znałam, nigdy taki nie byłeś. Walczę z samą sobą. Z jednej strony mam ochotę przyciągnąć Cię do siebie, przytulić i nigdy więcej nie wypuścić, z drugiej jednak wiem, że to nieodpowiednie. Nieodpowiednie, bo ja mam narzeczonego, a Ty żonę i dziecko.
 - Wejdź – odsuwam się, a Ty przechodzisz obok, kierując się do salonu.
 - Jesteś sama?
 - Nico nie ma, jeżeli o to ci chodzi – odpowiadam, siadając na fotelu naprzeciwko Ciebie – Co się stało, Michał? Czemu wyglądasz jak siedem nieszczęść?
 - Nie tylko wyglądam. Czuję się tak samo. Zupełnie, jakby świat zawalił mi się na głowę – Twój głos jest niewiele głośniejszy od szeptu – Przepraszam, nie powinienem zwalać cię się na głowę z moimi problemami, ale… Po prostu przypomniałem sobie, jak zawsze potrafiłaś…
 - Potrafiłam – uśmiecham się lekko – Zrobię herbatę, dobrze? Malinową? – kiwasz głową. Mam wrażenie, że moje słowa nie do końca do Ciebie docierają. Wchodzę jednak do kuchni, by kilka minut później wrócić z dwoma kubkami gorącego napoju.
 - Bo widzisz, Estera… To nie jest moje dziecko. A ona… Ona, gdy za mnie wychodziła, miała już męża. Więc ślub jest nieważny. Ostatnie cztery lata są nieważne… - wyrzucasz z siebie urywane zdania, składające się w szokującą prawdę.
Otwieram usta, wpatrując się w Ciebie bez słowa. Nie tego się spodziewałam. W zasadzie to nie wiem, czego się spodziewałam. Zdrady? Choroby? Ale na pewno nie tego, co powiedziałeś. Szybko się opamiętuję i przytulam Cię do siebie, padając przed Tobą na kolana. Mam gdzieś to, że nie było Cię tyle lat. Wiem jedno, muszę Ci pomóc. Bez względu na wszystko.


Nie uda nam się mieć wszystkiego na raz
Coś kończy się, żeby coś mogło trwać


Wiesz, tamtego dnia chyba nawzajem sobie pomogliśmy. Przecież zawsze to potrafiliśmy, już nawet jako dzieci. Zostawiłeś ją, bo co innego mogłeś zrobić? Okłamywała Cię i to w najgorszy z możliwych sposobów. Całe Twoje życie po wyjeździe było jednym wielkim oszustwem. Wyprowadziła się razem z dzieckiem, wyjechała i nie wróciła. Mam nadzieję, że już nigdy nie wróci. Że zostawi Ciebie i Twoje jako tako poukładane życie w spokoju. Bo chociaż minęło już kilka miesięcy, Ty nie potrafisz o niej zapomnieć. Nienawidzisz, wciąż w jakimś stopniu kochając. Rozumiem to, przecież gdy wyjechałeś, czułam to samo do Ciebie.
Siedzisz na kanapie z nieodgadnioną miną wpatrując się we mnie. Nic nie mówisz, ale ja wiem, co chodzi Ci po głowie. Nie wiesz jednak, jak zacząć, żebym Cię dobrze zrozumiała. A przecież ja Cię znam. Znam Cię już od tak dawna, znam Cię, jak nikt inny…
 - Powiedz to wreszcie – uśmiecham się, a Ty podskakujesz, wyrwany z odległej krainy własnych myśli.
 - Ale co? – próbujesz grać na zwłokę, ale ja tylko kręcę głową. I już wiesz, że nic z tego. Nie uciekniesz od tej rozmowy. Musisz zaryzykować. Oddychasz więc głęboko i zaczynasz mówić:
 - Bo widzisz, Estera, jeszcze niedawno myślałem, że ona zabiła we mnie wszystkie pozytywne uczucia…
 - Ale przy mnie jest inaczej, prawda? – uśmiecham się ze zrozumieniem, a Ty niepewnie kiwasz głową.
 - Przy tobie wiem, że żyję. Czuję, że żyję… I chciałbym… Ja… Cholera, wiem, że wyjechałem i nie było mnie masę czasu, ale chcę… Czy ty chcesz… - jąkasz się tak, że aż robi mi się Cię żal.
 - Rozstałam się z Nico. Chciał, żebym wróciła z nim do Francji. Ja jednak nie mogłam tego zrobić. Widzisz, nie kochałam go na tyle, żeby zostawić to wszystko, co mam tutaj i zacząć od nowa. Zastanów się dlaczego, dobrze?
Milczysz, wpatrując się we mnie tymi wielkimi, niebieskimi oczyma. Widzę, jak przez Twoją twarz przetacza się istny huragan uczuć. Jesteś zły, zaskoczony i szczęśliwy w jednej chwili. Wszystko już wiesz, a jednak nie chcesz zrozumieć. Boisz się, że źle zinterpretowałeś moje słowa. I nagle na Twojej twarzy pojawia się determinacja.
 - Kocham cię. Wyjdź za mnie – mówisz, klękając przede mną.
 - Nareszcie!





Hmmm. Marta chciała, Marta ma ;)




2 komentarze:

  1. Marta komentuje :D
    Każdy Michał jest fajny, prawda? :D Prawda!
    Zdecydowanie świetnie ci wychodzą historie o nim ;) Z fajnej perspektywy napisane. Po początkowym cytacie pomyślałam, że zaczęli od bycia razem i się rozstaną, a tu najpierw rozstanie, a dopiero potem się zeszli.
    Stan Michała i tak był dobry, jak na to, że żył w fikcji i tak nagle musiał uznać szczęśliwe lata małżeństwa za nieważne. Luka w życiorysie. Estera ją zapełni z pewnością :) Przynajmniej tą w sercu :)
    Wiadomo, jak szaleć to szaleć, wyznanie miłosne a w pakiecie zaręczyny, oł yeah :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojeju jak fajnie ^^ Nie ma, jak oświadczyny. Ale to Michasiowe oświadczyny, więc jestem w stanie je przetrawić :)

    OdpowiedzUsuń