sobota, 5 października 2013

CZĘŚĆ DRUGA





CZĘŚĆ DRUGA
USA


Ona


Trudno było pogodzić ze sobą pracę fotografa z opieką nad kotem kuzyna, ale jakoś dawała sobie radę. Ciągłe rozjazdy sprawiały, że zwierzę dłużej było samo, niż z nią. Lepsze jednak to, niż kilkumiesięczne przebywanie w jakimś hotelu dla zwierząt. Carol uwielbiała wielkiego, rudego kocura, który był kropka w kropkę jak jej szalony kuzyn. Leniwy, często złośliwy, wredny, a jednocześnie tak słodki i kochany, że chciałby się do niego przytulić jak do wielkiego pluszaka. Tego jednak Mattowi powiedzieć nie mogła, bała się, że popadnie w samozachwyt.
Siedząc przy komputerze i popijając dawno wystygłą kawę, obrabiała zdjęcia z ostatniego meczu miejscowej drużyny koszykarskiej. Specjalizowała się właśnie w fotografii sportowej, chociaż na meczu Matta nie była jeszcze ani razu, mimo iż ten kilka razy już proponował jej, że porozmawia z kim trzeba. W końcu, według niego, Carol była naprawdę dobra i powinna pokazać się światu.
 - Oj Matti, Matti – westchnęła pod nosem, poprawiając ostatnie zdjęcie – Może gdybyś dziś spróbował, udałoby ci się mnie namówić…
I jakby na zawołanie, po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu. Podniosła go i pokiwała z niedowierzaniem głową. Telepatia?
 - Wyjrzyj przez okno.
 - Wiem jak wygląda parking, Matt – uśmiechnęła się pod nosem.
 - Ale nie wiesz jak wygląda parking, na którym zaparkowałem swoją nową toyotę. I na którym stoję ja, bożyszcze nastoletnich amerykanek.
 - O mój Boże, chyba zemdleję – podeszła do okna i otworzyła je, wychylając się.
 - Wypadniesz, głupia!
 - Chcesz powiedzieć, że nie potrafiłbyś mnie złapać?
 - Wariatka. Złaź tu na dół, jedziemy na frytki.
 - Co z ciebie za człowiek? Przyjeżdżasz do domu raz na ruski rok i nawet nie wejdziesz przywitać się z własnym kotem. Biedak, niedługo zapomni, jak wygląda jego pan.
 - Się nie martw, Apollo pancia zawsze rozpozna – mruknął – No złaź! Nie mogę cały dzień sterczeć na parkingu.
 - Mógłbyś się chociaż pofatygować i wejść na górę. Trzecie piętro to nie Mount Everest, kochany.
 - Sama kiedyś powiedziałaś, że jestem dokładnie taki sam, jak mój kot.
 - Amen. Zaraz zejdę – westchnęła, zamykając okno – Chcesz mi znów zaproponować fotografowanie waszych meczów?
 - Czytasz mi w myślach?
 - Po prostu cię znam. I wiesz co? Tym razem chyba cię zaskoczę – powiedziała, po czym przerwała połączenie.
Kilka minut później siedziała już na miejscu pasażera i wpatrywała się w długo niewidzianą twarz Matta. Niewiele się zmienił, odkąd go ostatnio widziała, chociaż minął już prawie rok. Uwielbiała go jednak ciągle tak samo, jak wtedy, gdy mieli po kilka lat i byli wprost nierozłączni.
 - I czym to chciałaś mnie zaskoczyć? Wychodzisz za mąż? – spytał, a ona parsknęła śmiechem.
 - Wybacz, to było naprawdę rozbrajające. Matti, czy wyobrażasz sobie mnie w białej, ślubnej sukience?
Przyjrzał się jej uważnie, marszcząc brwi, po czym wyszczerzył się w głupkowatym, charakterystycznym dla niego uśmieszku.
 - Wyobrażam sobie raczej jak w czerwonej, obcisłej mini, doprowadzasz księdza do apopleksji. To co chciałaś mi powiedzieć?
 - Wiesz Matt, tym razem zgodzę się na twoją propozycję. Chcę pracować z reprezentacją jako fotograf – oznajmiła, w myślach próbując przekonać samą siebie, że ta decyzja nie ma nic wspólnego z pewnym brązowookim brunetem, którego zostawiła w Polsce kilka tygodni wcześniej.


On


Miał w sobie dużo energii. O wiele za dużo. A to wszystko przez to, że był wściekły. Jak ona śmiała! Najpierw go zostawiła, potraktowała jak… jak męską dziwkę, kogoś na jedną noc. I nawet się nie pożegnała! A teraz tak po prostu pojawiła się znów. I jeszcze miała odwagę spojrzeć mu w oczy i oznajmić całemu sztabowi, że „tego pana to już dogłębnie poznała”! Bezczelna! I do tego wcale nie jest Polką! Tego też mu nie powiedziała! W zasadzie to nic o niej nie wiedział, nawet tego, że nazywała się Carol, a nie Karolina, jak powiedział Zibi.
Zamknął oczy, próbując wyrównać przyspieszony oddech.  Nadmiar energii postanowił wykorzystać na siłowni, ale to chyba nie był dobry pomysł. Nie do końca był pewien, czy bezpiecznie jest ćwiczyć w stanie, w jakim się znajdował.
 - Podejrzewałam, że będziesz właśnie tu – zamarł, powoli unosząc powieki.
 - To koszmar – mruknął pod nosem, nadal zawzięcie ćwicząc.
I to był błąd. Powinien wstać. Powinien uciec, albo chociaż się przed nią schować. Powinien, ale tego nie zrobił, a teraz było już za późno, bo ona siedziała okrakiem na jego kolanach i niczym nie zażenowana wpatrywała się w niego swoimi świdrującymi oczyma. Dobrze wiedział o czym myśli. Cholera, on miał w głowie dokładnie te same myśli.
 - Nie chciałam cię budzić – powiedziała, dopiero po kilku sekundach domyślił się, że wróciła do tamtego dnia.
 - W końcu po co, co nie?
 - Musiałam wyjechać. Nie lubię pożegnań. Z Zibim też się nie pożegnałam, jeśli to cię pocieszy.
 - Nie bardzo – burknął, chociaż  gdzieś głęboko czuł, że powoli zaczyna się łamać.
 - No i – zrobiła efektowną przerwę, przesuwając dłońmi po jego karku – Zauważ, że w tę ostatnią noc byłam z tobą, a nie z nim.
 - Taaa, zrobiłaś ze mnie męską dziwkę!
 - I może jeszcze mi powiesz, że ci się nie podobało? – przesunęła dłońmi po jego torsie i brzuchu, zatrzymując je na udach. Czuł jak pod tym lekkim dotykiem jej palców napinają mu się wszystkie mięśnie. Cholerna baba!
 - Nie rób tego – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
 - Dlaczego?
 - Drzwi…
 - Zamknięte. Nikt tu nie wejdzie, Paul. Jesteś tu tylko ty i ja. Tylko my, Tygrysie – zamruczała i wpiła się w jego usta.
Przepadł. I to z kretesem. Zacisnął dłonie na jej pośladkach i przyciągnął ją tak blisko, jak tylko było to możliwe. Z całym zaangażowaniem, jakie w sobie miał, zaczął odpowiadać na jej pocałunki. Czuł się tak samo jak tamtej nocy. Zupełnie bezwolny, całkowicie ogarnięty szałem namiętności.
 - Szybciej – mruknęła mu prosto w usta, zrywając z niego koszulkę. Delikatnie drapała jego brzuch i klatkę piersiową, powodując dreszcze na jego plecach. Jednym zwinnym ruchem pozbyła się też swojej koszulki. Nic pod nią nie miała.
 - Zaplanowałaś to – wydyszał w jej ucho, wciskając ręce pod jej spódniczkę. Pod nią również nic nie miała – Mój Boże!
 - Weź mnie. Teraz – jęknęła.
Na nic więcej nie czekał. Uniósł ją lekko, a potem gwałtownie przyciągnął do siebie, tłumiąc jej głośny jęk pocałunkiem. Zacisnął dłonie na jej biodrach, z każdym ruchem zwiększając tępo. Było szybko i namiętnie. Było idealnie. Idealnie, bo z nią. Tylko jak to było możliwe, skoro w ogóle jej nie znał?


Oni


Miłość? Ani on, ani tym bardziej ona nie mieli o niej pojęcia. A jednak, pomimo wszystko, postanowili być razem. Wiedzieli, że nie będzie łatwo. Każde z nich miało przecież własne życie. On przez prawie cały rok był za oceanem, w Polsce, ona miała pracę tu, w Ameryce… Ale przecież to nie praca była najważniejsza. Ona bez żadnych przeszkód mogła ze swojej pracy zrezygnować. Niepocieszony był jedynie kot Matta, który trafił pod opiekę jednej z jego kuzynek.
 - Wiesz, nigdy nie pomyślałabym, że spotkam kiedyś kogoś, dla kogo gotowa będę poświęcić i zaryzykować tak dużo – szepnęła, siedząc obok niego w samolocie.
 - Sam do niedawna byłem pewien, że to niemożliwe. Po tym, jak mnie potraktowałaś… A potem na siłowni…
 - Kochanie, ze mną przynajmniej nie będziesz się nudził.
 - To fakt – potwierdził i zamyślił się na moment – Carol? A co z Zibim? Przecież wy…
 - To nie w nim się zakochałam, Paul. Na całe swoje cholerne szczęście – mruknęła, po czym wzdrygnęła się teatralnie, wywołując tym uśmiech na jego twarzy.
 - Jesteś niemożliwa, wiesz? – przytulił ją i dotknął ustami jej ucha.
 - Tygrysie… - zamruczała, rzucając mu wymowne spojrzenie spod na wpół przymkniętych powiek.
 - W samolocie? – próbował grać przerażonego, ale nie bardzo mu to wyszło.
 - W toalecie – wstała i przecisnęła się pomiędzy nim a fotelem do przejścia – Czekam.
Oparł się wygodnie i westchnął głęboko. Zamknął oczy, ale szybko je otworzył. Jego wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, pokazując mu obrazy z lekka niecenzuralne. Uśmiechnął się pod nosem, dziękując Bogu, że postawił na jego drodze tego szalonego rudzielca. Dla niego była ideałem. Wiedział, że innej nigdy nie pokochałby tak, jak pokochał właśnie ją.
Wstał z miejsca i wolno ruszył w stronę toalety. Oparł się o drzwi i chrząknął cicho, po chwili został wciągnięty do środka. Carol przyparła go do drzwi, namiętnie wpijając się w jego usta. Nie dała mu dojść do słowa, w mig poradziła sobie z rozporkiem jego spodni.
 - Kocham cię, Paul – szepnęła, a on posadził ją na umywalce.
 - Ja ciebie też – odpowiedział, wolno rozsuwając jej nogi. Moment później już był w niej, tłumiąc jej jęki własnymi ustami…
 - Wtedy na ulicy… Pomyślałam sobie, że chciałabym cię mieć – szepnęła, wtulając twarz w jego szyję.
 - I masz. Całego. I na zawsze.




Tyśś chciała, Tyśś ma :)


3 komentarze:

  1. Jejciu, jak słodziutko :)
    Miło, że się w sobie zakochali. I ostatnie zdanie - Awwwwwwwww do potęgi Lotmanowej ;D
    Dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń
  2. trafiłam na twojego bloga przypadkowo od martitty i justyny no i strasznie się cieszę, że w końcu ktoś 'znajomy' - z tej strony honey ;)) po bardzo baaaaaardzo długiiej przerwie wracam do świata siatkówki i blogów :DD zaraz nadrobie od początku twoje rozdzialiki :D pozdrawiam i zapraszam do mnie http://turnthislove.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. zapraszam na kolejną część :) http://turnthislove.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń