sobota, 26 stycznia 2013

Dwa






Dwa


Lubię patrzeć, gdy gra. Zdecydowanie. Wtedy tak naprawdę mogę zobaczyć, jaki jest. Uwielbiam obserwować, jak walczy o każdą, nawet tą najtrudniejszą, piłkę, jak złości się, gdy coś nie pójdzie po jego myśli, jak cieszy się, gdy zdobędzie punkt z ataku czy zablokuje rywala. Jest dobry w tym co robi, cholernie dobry. Niestety, w Polsce na swojej pozycji ma wielką konkurencję. Gra w kadrze nie jest mu pisana. Jeszcze nie...
Zaciskam kciuki, gdy wchodzi na zagrywkę. Podrzuca piłkę, uderza... As serwisowy! Odwraca się i wlepia we mnie swoje spojrzenie. Nie widzę z tej odległości jego oczu, ale mogłabym przysiąc, że maluje się w nich wielkie zadowolenie i radość. Radość, bo do pokonania ZAKSY brakuje im tylko dwóch punktów. Tylko, albo aż...
Wygrywają. Łuczniczka powoli pustoszeje, na trybunach nie ma już nikogo. Siedzę tylko ja. Patrzę, jak wygłupia się z córką Marcina Wiki, szczęśliwy z wygranej. Ma się z czego cieszyć. W końcu to kędzierzynianie byli faworytem tego spotkania. Uśmiecham się i wstaję z krzesełka. Wolno ruszam w stronę wyjścia, ale zatrzymuję się, słysząc swoje imię.
 - Kaja! Czekaj na mnie! - odwracam się i widzę, jak biegnie w moją stronę, przeskakując rzędy krzesełek.
 - Spokojnie, bo jeszcze się połamiesz - uśmiecham się, gdy staje przede mną - Gratuluję.
 - A nagroda?
 - A co ja jestem? Jakaś fundacja czy co?
 - Moja jesteś - przyciąga mnie do siebie - To co z tą nagrodą?
Nie czekając na moją odpowiedź, łapie moją twarz i delikatnie przyciska swoje usta do moich. Zamykam oczy i wzdycham cicho. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nie ogarniam faktu, że on naprawdę jest mój. Że jest ze mną, bo tego chce. Bo przecież, gdyby nie chciał, nie byłoby go przy mnie. Gdyby nie chciał ze mną być, nie przytulałby mnie do siebie tak, jak mnie przytula. Gdyby nie chciał ze mną być, nie prowadziłby mnie na dół do swoich kolegów...
 - Nie! - zatrzymuję się, zdając sobie sprawę z tego, co on chce zrobić.
 - No przestań! Nie zjedzą cię!
 - Ale pomyślą sobie, że...
 - Nic nie pomyślą. Spokojnie - uśmiecha się. To wystarcza, by wszystkie wątpliwości zniknęły.

Siedzę wygodnie na tarasie domu Stefana, z uśmiechem na ustach obserwując jego dzieciaki, biegające w ogrodzie. Niedługo Joasia też będzie tak biegała… Joasia, albo Maciek. Nie chciałam wiedzieć, jakiej płci będzie maleństwo. Dla mnie ważne jest to, żeby było silne i zdrowe. Nic innego się nie liczy…
Zerkam kątem oka na rozmawiającego z kolegami z drużyny Andrzeja. Jest taki swobodny, radosny. Zupełnie, jakby nie miało dla niego znaczenia to, że za niecałe 3 miesiące kobieta, której prawie nie zna zostanie matką jego dziecka. Zachowuje się tak naturalnie, niby przez przypadek dotykając dłonią mojego ramienia, ocierając udem o moje udo czy od tak sobie pochylając się nade mną i całując w policzek. Zupełnie, jakbym coś dla niego znaczyła…
Bo znaczysz! – krzyczy jakiś głos w mojej głowie.
Ale ja wolę nie robić sobie złudnych nadziei. On mnie nie kocha. W każdej chwili może wyrzucić mnie ze swojego życia. Tak po prostu zapomnieć.
 - O czym myślisz? – spoglądam na niego, słysząc jego głos. Ze zdziwieniem odkrywam, że zostaliśmy zupełnie sami.
 - Gdzie reszta?
 - To duże dzieci. Poszli pobawić się klockami – szczerzy się.
 - Głupi – prycham pod nosem. Staram się być poważna, ale długo mi się to nie udaje – Ty też jesteś duży dzieciak. Dlaczego nie bawisz się z nimi?
 - Ślicznie wyglądasz, taka zapatrzona w dal – mruczy mi do ucha, kompletnie olewając moje pytanie.
Czuję, że się czerwienię. Jest mi gorąco, a dłonie stają się wilgotne. Moje serce robi jakieś dziwne fikołki, a żołądek zaciska się w supeł. Wiem co to oznacza…
 - Znów to robisz.
 - Co?
 - Patrzysz tym nieobecnym wzrokiem przed siebie i się uśmiechasz. O czym myślisz?
O tym, że się w tobie zakochałam, debilu! Jak możesz nie wiedzieć?!
 - O niczym szczególnym. Wyobrażam sobie, jak Joasia – urywam na chwilę i zerkam na niego kątem oka, po czym mówię dalej – Albo Maciek będzie kiedyś biegać, bawić się…
 - Łeee – wzdycha niepocieszony - A ja myślałem, że o mnie myślisz…
 - Dowiem się, gdzie podziała się reszta? – zmieniam temat. Boję się, że powiedziałabym za dużo, gdyby jeszcze kilka razy zrobił tę swoją niepocieszoną minę.

Wracamy do mieszkania, piechotą, bo przecież to tylko kilka ulic dalej. Nie chciałam, żeby wynajął taksówkę, Bydgoszcz to w końcu takie piękne miasto. I chociaż wcześniej nie zauważałam wielu rzeczy, teraz widzę je dokładnie. Może dlatego, ze jestem w ciąży, a może dlatego, że po raz pierwszy w życiu się zakochałam?
Uśmiecham się, gdy Andrzej splata swoje palce z moimi, przyciągając mnie bliżej siebie. Lubię, gdy jest tak blisko. Mam wtedy wrażenie, że mu na mnie zależy, że może kiedyś nadejdzie dzień, w którym powie mi, że mimo tego, jak się poznaliśmy, zakochał się we mnie…
 - Znów to robisz.
 - Ale co? Przecież tylko idę – uśmiecham się.
 - Jesteś nieobecna, zamyślona… Jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
Tak, Andrzej. Powinieneś wiedzieć, że kocham cię, jak ta ostatnia idiotka…
 - Nie, tak tylko sobie rozmyślam – zbywam go.

Gdy docieramy wreszcie do mieszkania, jak nieżywa padam na kanapę. Tak długie spacery z tak dużym brzuchem jak mój są raczej męczące. Dlaczego ja nie wpadłam na to, gdy opuszczaliśmy ten ich galeretkowy zlot?
 - Oddałabym wszystko za masaż stóp – mruczę, podkładając poduszkę pod plecy.
 - Mówisz? – słysząc ton jego głosu, podnoszę jedną powiekę. Andrzej szczerzy się wesoło, zapewne wymyślając już, czym może być owe „wszystko”.
 - Tylko…
 - Spokojnie – siada na fotelu naprzeciwko mnie i kładzie sobie moją nogę na kolanie. Delikatnie pozbawia mnie buta i zaczyna dotykać palcami mojej stopy.
 - Oooo taaak – mruczę zadowolona, odchylając głowę do tyłu.
 - Odwdzięczysz się później.
 - Co mam przez to rozumieć?
Nie odpowiada. Przesiada się z fotela na kanapę i kładzie dłoń na moim brzuchu. W tym właśnie momencie czuję, jak maleństwo się porusza.
 - Niesamowite! – cieszy się – No, Maciuś, przybij tatusiowi piątkę! – mówi z ustami tuż nad swoją dłonią.
 - Wrona – wzdycham załamana. No bo jak tak można?
 - Co? Przecież mówiłem, że to Maciuś!
 - Nie o to chodzi… Nie. Nie mam siły ci tego tłumaczyć… - burczę z zamkniętymi oczyma.
 - Moja księżniczka jest zmęczona – muska ustami mój policzek i bierze mnie na ręce, kierując się w stronę sypialni.
Jego księżniczka… Chciałabym nią być naprawdę. 



Taki tam Andrzej numer dwa.

sobota, 19 stycznia 2013

Jeden






Jeden



Zawsze robię coś, czego później żałuję. Tamten dzień nie był wyjątkiem, chociaż na taki się zapowiadał. Był już późny wieczór, a ja nie zrobiłam nic głupiego. Wtedy pojawił się on, a ja...
Ale tak to już jest, gdy postrzelona Kaja na imprezie spotyka nie mniej postrzelonego Andrzeja. Ze wspólnej zabawy dwóch postrzelonych osób nie może wyjść nic dobrego...
 - Kaja, chodź spać.
Odwracam się i patrzę na niego. Siedzi na łóżku i wyciąga do mnie rękę. Ociągając się, złażę z parapetu, próbując zakryć jego krótką koszulką tyle, ile się da.
 - To nie może się udać - szepczę, siadając obok niego.
 - Będzie dobrze - obejmuje mnie ramieniem i mocno do siebie przytula, przyciskając usta do mojego czoła.
 - Jak ma być dobrze? - mruczę niewyraźnie - Mam 20 lat i jestem w ciąży z facetem, którego praktycznie nie znam!
 - Jesteś w ciąży ze mną - łapie moją twarz w dłonie i zmusza mnie do patrzenia mu w oczy - Mamy przed sobą całe życie, Kaja. Cieszę się, że cię poznałem. Cieszę się, że cię mam...
Ale mnie nie kochasz! A związek bez miłości nie ma szans przetrwać.
 - Dziękuję, że starasz się mnie pocieszyć. - głaszczę go po policzku. Uśmiecha się.
 - Wiesz, że gdyby nie to, że za ścianą śpi moja matka, pocieszyłbym cię inaczej?
 - A tobie tylko jedno w głowie! A co, jeżeli zrobisz krzywdę Joasi?
 - Żartujesz?! To będzie synek tatusia! Maciuś!
 - Nie rozmawiajmy o tym teraz. Powinieneś spać, jutro masz trening.
 - I to mówi przyszła mama o 3 w nocy - szczerzy się.
 - Śpij i nie marudź!
Kładę się pod ciepłą kołdrą i zamykam oczy. Po chwili czuję, jak Andrzej przytula się do moich pleców, kładąc rękę na moim zaokrąglonym brzuchu.
Jest taki kochany... Opiekuje się mną, dba o to, żeby niczego mi nie brakowało. Czasami mam wrażenie, że nawet mnie kocha. Ale to tylko wrażenie. Jest ze mną z obowiązku. Pół roku temu popełniliśmy błąd i teraz oboje musimy za niego płacić.

Budzę się rano, gdy on wychodzi z łazienki. Po jego klatce piersiowej spływają strużki wody, ginąc w ręczniku zawiniętym na biodrach. Nie wie, że go obserwuję, nie ma pojęcia, że już nie śpię, więc stara się zachowywać cicho. I nawet nieźle mu to wychodzi. Do momentu, w którym zaplątuje się we własne nogi i ląduje pomiędzy łóżkiem a szafą z wielkim hukiem.
Parskam szalonym chichotem, a on podnosi głowę i morduje mnie wzrokiem. Ale ja się nie boję. Przez te trzy miesiące, od kiedy razem mieszkamy, zdążyłam się przekonać, że on tylko patrzy tak mrocznie. W rzeczywistości muchy by nie skrzywdził, chociaż czasami zdarza mu się wybuchnąć.
 - Śmiej się, śmiej – burczy, zbierając się z podłogi – To wszystko twoja wina!
 - Tak, Wrona, bo ja ci sznurówki związałam! Ach, zapomniałam! Ty nie masz na sobie butów – ironizuję, a on wpełza na łóżko.
 - Wredna – cieszy się, chyba sam nie wie z czego – Śpij jeszcze. Maciuś musi być silny i zdrowy. Jak jego tatuś.
 - To jest Joasia! I nie kłóć się ze mną! – przykładam mu palec do ust, by nie dopuścić go do głosu.
 - Fajnie wyglądasz, gdy się tak wściekasz. Robi ci się taka zmarszczka, o tu – przesuwa palcem po moim czole.
 - Spadaj! Ja nie mam żadnych zmarszczek. Dobranoc – mruczę, chowając głowę pod kołdrą.
 - Śpij słodko, maleństwo – szepcze, przyciskając policzek do mojego brzucha.
 - A ty nie połam się na treningu – bełkoczę spod kołdry.
 - A jednak się o mnie martwisz!
 - Wcale nie!
 - Wcale tak – nie widzę go, ale wiem, że głupkowato się uśmiecha.
 - Zamknij się, bo zacznę rodzić i będziesz sam musiał poród odbierać!
 - Już mnie tu nie ma – miauczy. Moment później słyszę, jak opuszcza sypialnię.
Powinnam się cieszyć, że tamtej nocy trafiłam właśnie na niego. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że będzie wspaniałym ojcem… Ja jednak nie potrafię. Czuję, że przez tamtą jedną głupią noc, zmarnowałam mu życie. Przecież on ma 24 lata, jest młody, przystojny. Mógłby mieć każdą. Mógłby się zakochać…
Teraz też może, oczywiście, że tak. Wiem jednak, że będzie starał się odepchnąć od siebie to uczucie. Czuje się za mnie odpowiedzialny. Odpowiedzialny za to, co wydarzyło się tamtej nocy. Uważa, że do jego obowiązków należy opieka nade mną i maleństwem… A ja… Nie chciałam. Nie chciałam zwalać mu się na głowę. Niestety nie miałam innego wyjścia. Nie miałam gdzie się podziać, gdy ojczym wyrzucił mnie z domu. Z mojego własnego domu…

Budzę się po raz kolejny tego dnia, czując, że pieką mnie oczy. Płakałam. Za każdym razem rozklejam się, gdy myślę o domu. Ale to już przeszłość. Trzy miesiące temu zaczęłam nowe życie. Życie z nim.
 - A ty jeszcze w łóżku? – wpada do sypialni jak tornado – Ja już nawet zakupy zdążyłem zrobić! I mamę na dworzec odwieźć!
 - Ojej! Zapomniałam, że dziś wyjeżdża! Czemu mnie nie obudziłeś?!
 - Kaja, nie denerwuj się – siada obok mnie – Mama mówiła, że masz się tym nie przejmować. A i kazała cię od siebie ucałować.
Zanim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, on sadza mnie na swoich kolanach. Patrzy mi w oczy tym swoim dzikim spojrzeniem. W jego niebiesko-zielonych oczach skrzą się iskierki, które dodają jego spojrzeniu tej drapieżności, której uległam pół roku temu. Teraz dzieje się ze mną to samo, co wtedy. Przestaję myśleć, po prostu się wyłączam, a on nie ma zamiaru tego marnować. Muska ustami mój podbródek, wędruje wzdłuż linii szczęki, potem wraca do podbródka. Wreszcie dotyka moich ust, chwytając zębami dolną wargę. Przesuwa po niej językiem, po czym przyciąga mnie bliżej siebie i namiętnie wpija się w moje usta.
 - Mam nadzieję… - dyszę, gdy się ode mnie odsuwa – Że twoja mama nie kazała ci mnie tak całować.
 - Nie, Słońce. To była moja własna inicjatywa.
 - To dobrze… - mruczę. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Przecież nie powinnam siedzieć na jego kolanach, nie powinnam go całować… Przecież go nie kocham!
Ale czy aby na pewno?
 - O czym myślisz?
 - Co?
 - Pytałem, o czym myślisz.
 - O tym, że głupio się czuję, siedząc ci na kolanach – mówię, zgodnie z prawdą – Przecież my się nie kochamy! I pewnie nigdy się w sobie nie zakochamy! To bez sensu…
 - Kajuś, spójrz na mnie – łapie moją twarz w dłonie – Ważne, że się staramy, rozumiesz? Musimy nauczyć się sobie ufać, a miłość… Miłość może przyjdzie z czasem. No i Joasia musi mieć pełną rodzinę.
 - Joasia? Już nie Maciuś? – patrzę na niego podejrzliwie – Specjalnie to powiedziałeś! Żeby mnie przekabacić!
 - Chodź na śniadanie – zmienia temat – A raczej na obiad. Już prawie 13. Na co masz ochotę?
 - Na ciebie! – ciśnie się na moje usta - Nie wiem – mruczę zamiast tego – Taki twórczy dziś jesteś, to coś wymyśl.
 - Mądrala od siedmiu boleści – cmoka mnie w nos – Ubierz się, a ja poszperam w szafkach. Razem coś ugotujemy, co ty na to?
 - A przeżyję? – zaczynam cicho chichotać.
 - No bardzo śmieszne! Bardzo!
 - No już się tak nie spinaj, przecież żartowałam. W końcu to ty jesteś bydgoskim Pascalem, co nie?
 - Wolę być Ewą Wachowicz – szczerzy się.
 - A co ty? Transik?
 - Dupa, nie transik.
 - Chyba Wrona.
 - Nie da się ciebie przegadać, co nie? Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? – pyta, a ja z zadowoloną mina kiwam głową – No niech ci będzie. Tym razem.




Mam zaszczyt - albo nieszczęście- przedstawić Andrzeja :)
Pozdrawiam;*


poniedziałek, 7 stycznia 2013

CZĘŚĆ DRUGA



CZĘŚĆ DRUGA


oczami Izabeli

Może i byłam bardzo zajęta rozmową z Andrzejem, ale tego, co zrobił Misiek nie mogłam nie zauważyć. Wprost nie wierzyłam własnym oczom. Całował ją. I to jak całował! Tak, ta sytuacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że idealna byłaby z tej dwójki para.
 - Coś tam wypatrzyła takiego ciekawego? – pyta mnie mój towarzysz, sprowadzając mnie z powrotem na ziemię. Jak ja w ogóle mogłam stracić kontakt z rzeczywistością, rozmawiając z nim? Nie mam pojęcia, chyba po prostu zdolna jestem. W końcu nazywam się Kubiak.
 - Mojego brata. I moją przyjaciółkę, która miała udawać jego nową dziewczynę. Jakoś przed chwilą nie wyglądało mi to na udawanie… Ale mniejsza z tym. Długo jeszcze zostaniecie w Jastrzębiu?
 - Wyjeżdżamy, jak już wszyscy się ogarną. Niestety – mówi, posyłając mi ten swój czarujący uśmiech, od którego miękną kolana.
 - Niestety – powtarzam, odwzajemniając się podobnym uśmiechem.
Andrzej podoba mi się odkąd pamiętam. Wcześniej jednak nie mogłam wypróbować na nim swoich sztuczek. Nie publicznie. Miałam chłopako-brata, który by mnie zabił, gdybym zniszczyła jego misterny plan. Teraz jednak Misiek ma Celcię, a ja… A ja mam duże pole do popisu.
 - A może… - zaczyna, ale urywa, machając ręką – Nie, to głupie.
 - Jak już zacząłeś, to dokończ.
 - Pomyślałem, że mogłabyś wpaść kiedyś na mecz do Bydgoszczy.
 - Hmm… - udaję głębokie zamyślenie, chociaż w środku cała podskakuję z radości – Dobrze myślisz.
 - Mogłabyś zostać kilka dni… Wiesz, mam duże i wygodne łóżko – szczerzy się.
 - Zastanowię się – wykręcam się, chociaż cholernie dobrze wiem, że pojechałbym z nim nawet dziś – Muszę już wracać. Boję się, że Michał po tym meczu rozwali całe mieszkanie.
 - Więc do zobaczenia, Izabelo.
 - No cześć – mruczę, chcąc się odwrócić i odejść. Powstrzymuje mnie jednak duża dłoń zaciskająca się na moim nadgarstku.
 - Mam nadzieję, że wpadniesz jak najszybciej – szepcze mi do ucha, muska ustami mój policzek i zostawia samą, całkowicie rozdygotaną i skołowaną.

~***~

Wchodzę do mieszkania, nucąc pod nosem coś niezrozumiałego. Michał jest w salonie. Widzę jego stopy, leżące na oparciu kanapy. Nie wiem, jak on może tak leżeć z nogami u góry. Ale nie wnikam. U koali to chyba normalne. Bo kiedyś ktoś mi powiedział, że Michał to wygląda, jak taka słodka koala… A ja się pytam: z której, kurna, strony on słodki jest?
 - I jak tam przegrańcu? – skaczę przez oparcie, lądując na jego kolanach. Wiem, że to uwielbia.
 - Powinnaś mnie pocieszać, a nie dołować – burczy.
 - Pocieszyła to cię Cecylia. I to wzorowo, z tego co zauważyłam. Mam tylko nadzieję, że tego nie spieprzysz.
 - Ale czego? – pyta, siadając i świdrując mnie wzrokiem.
 - No nie mów, że nie wiesz! Kubiak, jako mój brat powinieneś być bardziej kumaty! A ty, to widzę, rozgarnięty jesteś, jak kupa liści.
 - Ty lepiej leć do Wrony, a nie pyskujesz, gówniaro – pokazuje mi jęzor, jak na dorosłego faceta przystało.
 - Słuchaj Michał, może ty jeszcze tego nie wiesz, ale ja już wiem. Celcia jest dla ciebie wprost idealna. I nie mówię tego tylko dlatego, że jest moją najlepszą przyjaciółką. Mówię to, bo tak czuję. Gotuje ci już od dawna, karmi twoją grubą dupę, dzielnie wytrzymuje twoje chamskie odzywki, chociaż ja na jej miejscu już dawno przywaliłabym ci patelnią, słowo! Albo chociaż zalała jakimś sosem czy zupą…
 - Przecież ona mnie nawet nie lubi.
 - Kurwa Kubiak, czy ty mnie słuchasz?!
 - Noo… Tak?
 - Dobra – oddycham głęboko kilka razy, żeby się uspokoić – Powiem to dużymi literami, żebyś dobrze zrozumiał. Gdyby Cecylia cię nie lubiła, nie poszłaby z tobą na mecz i nie pozwoliłaby się TAK pocałować. Jestem pewna, że porządnie byś oberwał, gdyby cię nie lubiła… A, no i nie otruła cię, chociaż jesteś nadzwyczaj chamski.
 - Tak myślisz?
 - Myślę! Braciszku kochany, ja to wiem! No i wiesz… Ktoś będzie musiał się tobą zająć, gdy ja będę w Bydgoszczy – mówię i zamykam oczy, żeby nie widzieć jego głupiej miny.
 - Do… GDZIEE?!!
 - Wiesz, wolę tych, co wygrywają – szczerzę się i zwiewam do swojego pokoju. I nie odzywam się, chociaż on dobija się do mnie przez dobry kwadrans.
 - Michał?
 - Tak?
 - Ja to się nad jednym zastanawiam…
 - Nad czym?
 - Nad tym, co ty tu ciągle robisz? Powinieneś wieźć swoją grubą dupę do Celci. Pewnie chętnie poszłaby z tobą na jakieś ciacho. Może sernik?
 - Jej sernik i tak jest najlepszy.
 - Więc idź i jej to powiedz, gamoniu!

oczami Michała

Rozmowa z siostrą dała mi wiele do myślenia. Izka może była młodsza i miała milion głupich pomysłów na minutę, ale to, co wymyśliła dziś, miało sens. Jakby się dłużej nad tym wszystkim zastanowić, doszłoby się do tego samego wniosku. Celka musiała jednak lubić mnie chociaż odrobinę, inaczej byłbym już martwy.
Zebrałem się w sobie, kupiłem w pobliskiej kwiaciarni jedną herbacianą różę i ruszyłem do mieszkania Cecylii. Z każdą kolejną mijającą minutą odwaga jednak mnie opuszczała. A co, jeśli Iza nie miała racji? Co, jeśli Celka toleruje mnie tylko ze względu na Izę właśnie? Nie rozumiałem tego, co się ze mną działo. Przecież nigdy nie miałem problemów z umawianiem się z dziewczynami… A tu pojawia się od taka Cecylia, a ja zupełnie tracę głowę.
 - Nie idę! – mruczę do siebie pod nosem i odwracam się na pięcie.
I wtedy właśnie ją zauważam, chociaż ona jeszcze mnie nie widzi. Nie jest sama, towarzyszy jej jakiś chłopak. Śmieją się, szturchają. Najwyraźniej dobrze się bawią. Ona dobrze się bawi. Beze mnie. Wrzucam kwiat do pobliskiego śmietnika i chcę odejść. Niestety, Cecylia mnie zauważa.
 - Michał? A co ty tu robisz? – pyta, podchodząc do mnie.
Nie odpowiadam od razu. Nie wiem, co powiedzieć. Przyznać się? Żeby mnie później wyśmiała? Nie, bezpieczniej będzie po prostu ja okłamać.
 - Chciałem tylko zapytać, czy zgodziłabyś się przyjść na następny mecz. To ważne, bo gramy u siebie z ZAKSĄ, więc hala będzie wypełniona piszczałkami. Nie musisz odpowiadać od razu. Zastanów się na spokojnie.
 - Jasne – mruczy, lekko zbita z tropu. Wcale mnie to nie dziwi. Też bym nie wiedział co zrobić, gdyby nagle ktoś, kto warczał na mnie przy każdej okazji, nagle od tak zaczął ze mną normalnie rozmawiać – Może wejdziesz? Mam sernik.
 - Nie, nie. Nie będę wam przeszkadzał. To do zobaczenia na hali, mam nadzieję – uśmiecham się i odchodzę.
 - Przyjdę! – woła za mną, ale ja udaję, że jej nie słyszę. Wolałbym nie oglądać jej z tym facetem.

~***~

Gdy wracam do mieszkania, Izka czeka na mnie w salonie. Patrzy na mnie z wyczekiwaniem, ma nadzieję, że streszczę jej przebieg mojego spotkania z Cecylią.
 - I jak było? – pyta w końcu, doskakując do mnie.
 - Nic nie było!
 - Nie poszedłeś?! No Misieek! Padalcu!
 - Nie była sama.
 - Jak to nie była sama? – pyta, marszcząc czoło.
 - Miała przy sobie jakiegoś…
 - Brunet? Taki trochę rozczochrany?
 - Właśnie on! Wiedziałaś, że ona kogoś ma? Wiedziałaś i mimo to kazałaś mi do niej iść? Iza… - nie kończę. Kręcę głową i znikam za drzwiami własnego pokoju, nie dając jej dojść do słowa. Nie miałem ochoty słuchać jej pokręconych wyjaśnień.

oczami Cecylii

Uświadomiona przez Izę, czekałam na Michała przed ich mieszkaniem. Jej nie było, szalała gdzieś w Bydgoszczy. A ja sama musiałam sprawić, żeby Michał powiedział mi to, co był gotowy powiedzieć mi wtedy, gdy zobaczył mnie z Maćkiem. Denerwowałam się bardziej, niż przed maturą. Gdy go w końcu zobaczyłam, o mało nie zeszłam na zawał. I wtedy usłyszałam w głowie radosny głos przyjaciółki.
 ~ I pamiętaj! Jak wrócę, chcę móc nazywać cię bratową!
Tak, Iza na swój szalony i pokręcony sposób zawsze potrafiła dodać mi otuchy. Potrafiła powiedzieć coś, co przypominało mi się potem przez dłuższy czas i dawało siłę do działania. Tak było właśnie teraz.
 - Cześć – uśmiechnęłam się do Kubiaka – Gotowy?
 - Od urodzenia – wyszczerzył się – A ty?
 - Ja też – mrugnęłam do niego i wsiadłam do auta.
Jechaliśmy przez miasto, nie odzywając się do siebie ani słowem. Ja zajęta byłam obserwowaniem go kątem oka, on natomiast wyglądał, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Gdy tak myślał, wyglądał niesamowicie pociągająco. Miałam ochotę zmusić go, żeby zatrzymał samochód i…
 - Hej! Cela, wysiadasz?
 - Co? A, tak, już – pokręciłam głową i wysiadałam, prawie zabijając się o własne nogi. Na szczęście Michał bym blisko.
 - Lecisz na mnie? – pyta pół żartem pół serio.
 - A gdyby nawet? – podnoszę głowę, chcąc zobaczyć jego reakcję.
Jest zaskoczony. Po pierwsze chyba nie spodziewał się takich słów z mojej strony, a po drugie i chyba ważniejsze, jest pewien, że mam chłopaka.
 - Chodź już, bo się na własny mecz spóźnisz – wyswobadzam się z jego uścisku i ruszam przodem. Odwracam się przez ramię, a on nadal tam stoi – Michał!
 - Co? – pyta, ale widząc moją wyciągniętą rękę i zniecierpliwione spojrzenie, wraca na ziemię i chwyta moją dłoń w swoją – Cela, a co z tym… Tym…
 - Z Maćkiem? To nic takiego, po prostu był miły i odprowadził mnie do domu. Idź już, bo zaraz mnie twój trener zabije. – nie dopuszczam go do głosu. Popycham go w kierunku szatni, sama zaś ruszam na swoje miejsce.

~***~

Michał gra jak natchniony. Zagrywa, przyjmuje, blokuje, atakuje. Wszędzie go pełno. Mam wrażenie, że dziś byłby w stanie sam roznieść ZAKSĘ w pył. ZAKSA jednak dobrze się broni, co doprowadza mnie do palpitacji serca. Pięć setów to zdecydowanie za dużo jak dla mnie, a już na pewno wtedy, gdy ten piąty, najważniejszy, jest przegrany.
 - Dobrze było – mówię, gdy do mnie podchodzi.
 - Przegraliśmy!
 - Misiek… To ZAKSA. Nie wy pierwsi i nie ostatni z nimi przegrywacie.
 - Chciałem dziś wygrać, żebyś nie myślała, że taka ze mnie ofiara…
 - Idź się ogarnij i wróć. Wygląda na to, że chciałbyś mi coś powiedzieć.
 - Więc myślisz, że jestem ofiarą?
 - Nie Misiek, myślę, że dałeś z siebie wszystko, a nawet więcej. Po prostu zabrakło wam trochę szczęścia.
Wzdycha głośno i wychodzi, nie odwracając się za siebie. Kilka dziewczyn mrozi mnie wzrokiem, ale ja nic sobie z tego nie robię. Opieram się o ścianę i czekam.
 - Jestem! Celka, ja… - zaczyna, ale nagle urywa. Wpatruje się we mnie jak w obrazek, z każdą mijającą sekundą przysuwając się coraz bliżej.
 - Dobrze się czujesz?
 - Nie otrułaś mnie. Nie oberwałem patelnią, garnkiem, ani talerzem. Karmiłaś moją grubą dupę, a ja byłem taką świnią – gada zupełnie od rzeczy, ale staram się mu nie przerywać – A ty niczym mnie nie walnęłaś, chociaż nawet nie spytałem, czy mogę cię pocałować.
 - Dziś jeszcze mnie nie całowałeś – odzywam się, gdy jest już dosłownie o centymetry ode mnie.
 - Iza miała rację – mówimy jednocześnie.
Michał uśmiecha się, kiwając głową. A potem pochyla się i mnie całuje. Po raz pierwszy tego dnia. Po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni.



Bo matka kazała :D
Pozdrawiam;**