Jeden
Zawsze robię coś, czego później żałuję. Tamten dzień nie był
wyjątkiem, chociaż na taki się zapowiadał. Był już późny wieczór, a ja nie
zrobiłam nic głupiego. Wtedy pojawił się on, a ja...
Ale tak to już jest, gdy postrzelona Kaja na imprezie spotyka
nie mniej postrzelonego Andrzeja. Ze wspólnej zabawy dwóch postrzelonych osób
nie może wyjść nic dobrego...
- Kaja, chodź spać.
Odwracam się i patrzę na niego. Siedzi na łóżku i wyciąga do
mnie rękę. Ociągając się, złażę z parapetu, próbując zakryć jego krótką
koszulką tyle, ile się da.
- To nie może się udać -
szepczę, siadając obok niego.
- Będzie dobrze -
obejmuje mnie ramieniem i mocno do siebie przytula, przyciskając usta do mojego
czoła.
- Jak ma być dobrze? -
mruczę niewyraźnie - Mam 20 lat i jestem w ciąży z facetem, którego praktycznie
nie znam!
- Jesteś w ciąży ze mną -
łapie moją twarz w dłonie i zmusza mnie do patrzenia mu w oczy - Mamy przed
sobą całe życie, Kaja. Cieszę się, że cię poznałem. Cieszę się, że cię mam...
Ale
mnie nie kochasz! A związek bez miłości nie ma szans przetrwać.
- Dziękuję, że starasz
się mnie pocieszyć. - głaszczę go po policzku. Uśmiecha się.
- Wiesz, że gdyby nie to,
że za ścianą śpi moja matka, pocieszyłbym cię inaczej?
- A tobie tylko jedno w
głowie! A co, jeżeli zrobisz krzywdę Joasi?
- Żartujesz?! To będzie
synek tatusia! Maciuś!
- Nie rozmawiajmy o tym
teraz. Powinieneś spać, jutro masz trening.
- I to mówi przyszła mama
o 3 w nocy - szczerzy się.
- Śpij i nie marudź!
Kładę się pod ciepłą kołdrą i zamykam oczy. Po chwili czuję, jak
Andrzej przytula się do moich pleców, kładąc rękę na moim zaokrąglonym brzuchu.
Jest taki kochany... Opiekuje się mną, dba o to, żeby niczego mi
nie brakowało. Czasami mam wrażenie, że nawet mnie kocha. Ale to tylko
wrażenie. Jest ze mną z obowiązku. Pół roku temu popełniliśmy błąd i teraz
oboje musimy za niego płacić.
Budzę się rano, gdy on wychodzi z łazienki. Po jego
klatce piersiowej spływają strużki wody, ginąc w ręczniku zawiniętym na
biodrach. Nie wie, że go obserwuję, nie ma pojęcia, że już nie śpię, więc stara
się zachowywać cicho. I nawet nieźle mu to wychodzi. Do momentu, w którym
zaplątuje się we własne nogi i ląduje pomiędzy łóżkiem a szafą z wielkim
hukiem.
Parskam szalonym chichotem, a on podnosi głowę i
morduje mnie wzrokiem. Ale ja się nie boję. Przez te trzy miesiące, od kiedy
razem mieszkamy, zdążyłam się przekonać, że on tylko patrzy tak mrocznie. W
rzeczywistości muchy by nie skrzywdził, chociaż czasami zdarza mu się
wybuchnąć.
- Śmiej się,
śmiej – burczy, zbierając się z podłogi – To wszystko twoja wina!
- Tak, Wrona,
bo ja ci sznurówki związałam! Ach, zapomniałam! Ty nie masz na sobie butów –
ironizuję, a on wpełza na łóżko.
- Wredna –
cieszy się, chyba sam nie wie z czego – Śpij jeszcze. Maciuś musi być silny i
zdrowy. Jak jego tatuś.
- To jest
Joasia! I nie kłóć się ze mną! – przykładam mu palec do ust, by nie dopuścić go
do głosu.
- Fajnie
wyglądasz, gdy się tak wściekasz. Robi ci się taka zmarszczka, o tu – przesuwa
palcem po moim czole.
- Spadaj! Ja
nie mam żadnych zmarszczek. Dobranoc – mruczę, chowając głowę pod kołdrą.
- Śpij
słodko, maleństwo – szepcze, przyciskając policzek do mojego brzucha.
- A ty nie
połam się na treningu – bełkoczę spod kołdry.
- A jednak
się o mnie martwisz!
- Wcale nie!
- Wcale tak –
nie widzę go, ale wiem, że głupkowato się uśmiecha.
- Zamknij
się, bo zacznę rodzić i będziesz sam musiał poród odbierać!
- Już mnie tu
nie ma – miauczy. Moment później słyszę, jak opuszcza sypialnię.
Powinnam się cieszyć, że tamtej nocy trafiłam
właśnie na niego. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że będzie
wspaniałym ojcem… Ja jednak nie potrafię. Czuję, że przez tamtą jedną głupią
noc, zmarnowałam mu życie. Przecież on ma 24 lata, jest młody, przystojny.
Mógłby mieć każdą. Mógłby się zakochać…
Teraz też może, oczywiście, że tak. Wiem jednak, że
będzie starał się odepchnąć od siebie to uczucie. Czuje się za mnie
odpowiedzialny. Odpowiedzialny za to, co wydarzyło się tamtej nocy. Uważa, że
do jego obowiązków należy opieka nade mną i maleństwem… A ja… Nie chciałam. Nie
chciałam zwalać mu się na głowę. Niestety nie miałam innego wyjścia. Nie miałam
gdzie się podziać, gdy ojczym wyrzucił mnie z domu. Z mojego własnego domu…
Budzę się po raz kolejny tego dnia, czując, że pieką
mnie oczy. Płakałam. Za każdym razem rozklejam się, gdy myślę o domu. Ale to
już przeszłość. Trzy miesiące temu zaczęłam nowe życie. Życie z nim.
- A ty
jeszcze w łóżku? – wpada do sypialni jak tornado – Ja już nawet zakupy zdążyłem
zrobić! I mamę na dworzec odwieźć!
- Ojej!
Zapomniałam, że dziś wyjeżdża! Czemu mnie nie obudziłeś?!
- Kaja, nie
denerwuj się – siada obok mnie – Mama mówiła, że masz się tym nie przejmować. A
i kazała cię od siebie ucałować.
Zanim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, on sadza
mnie na swoich kolanach. Patrzy mi w oczy tym swoim dzikim spojrzeniem. W jego
niebiesko-zielonych oczach skrzą się iskierki, które dodają jego spojrzeniu tej
drapieżności, której uległam pół roku temu. Teraz dzieje się ze mną to samo, co
wtedy. Przestaję myśleć, po prostu się wyłączam, a on nie ma zamiaru tego
marnować. Muska ustami mój podbródek, wędruje wzdłuż linii szczęki, potem wraca
do podbródka. Wreszcie dotyka moich ust, chwytając zębami dolną wargę. Przesuwa
po niej językiem, po czym przyciąga mnie bliżej siebie i namiętnie wpija się w
moje usta.
- Mam
nadzieję… - dyszę, gdy się ode mnie odsuwa – Że twoja mama nie kazała ci mnie
tak całować.
- Nie,
Słońce. To była moja własna inicjatywa.
- To dobrze…
- mruczę. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Przecież nie powinnam siedzieć na jego
kolanach, nie powinnam go całować… Przecież go nie kocham!
Ale
czy aby na pewno?
- O czym
myślisz?
- Co?
- Pytałem, o
czym myślisz.
- O tym, że
głupio się czuję, siedząc ci na kolanach – mówię, zgodnie z prawdą – Przecież
my się nie kochamy! I pewnie nigdy się w sobie nie zakochamy! To bez sensu…
- Kajuś,
spójrz na mnie – łapie moją twarz w dłonie – Ważne, że się staramy, rozumiesz?
Musimy nauczyć się sobie ufać, a miłość… Miłość może przyjdzie z czasem. No i
Joasia musi mieć pełną rodzinę.
- Joasia? Już
nie Maciuś? – patrzę na niego podejrzliwie – Specjalnie to powiedziałeś! Żeby
mnie przekabacić!
- Chodź na
śniadanie – zmienia temat – A raczej na obiad. Już prawie 13. Na co masz
ochotę?
- Na ciebie! – ciśnie
się na moje usta - Nie wiem – mruczę zamiast tego – Taki twórczy dziś jesteś,
to coś wymyśl.
- Mądrala od
siedmiu boleści – cmoka mnie w nos – Ubierz się, a ja poszperam w szafkach.
Razem coś ugotujemy, co ty na to?
- A przeżyję?
– zaczynam cicho chichotać.
- No bardzo
śmieszne! Bardzo!
- No już się
tak nie spinaj, przecież żartowałam. W końcu to ty jesteś bydgoskim Pascalem,
co nie?
- Wolę być
Ewą Wachowicz – szczerzy się.
- A co ty?
Transik?
- Dupa, nie
transik.
- Chyba
Wrona.
- Nie da się
ciebie przegadać, co nie? Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? – pyta, a ja z
zadowoloną mina kiwam głową – No niech ci będzie. Tym razem.
Mam zaszczyt - albo nieszczęście- przedstawić Andrzeja :)
Pozdrawiam;*
Ooo tak, lubię tego Andrzeja, uwielbiam :D Jak go opisujesz, to jakbym go widziała na własne oczy, tak idealnie i plastycznie to zrobiłaś ;)
OdpowiedzUsuńWidzisz, nie jest taki sztywny ;p
Kai dobrze się trafiło, Wrona porządne stworzenie. Jak tak czytam, tak patrzę, to mi się wydaję, że chyba nie nie kochają się tak bardzo ;p ewidentnie coś jest na rzeczy, o tak :D
Pozdrawiam
Cześć, Andrzej :D
OdpowiedzUsuńOd razu mówię, imię Andrzej kojarzy mi się ze znajomym - kompletną łajzą :P Już mi się podoba Wrona - odpowiedzialny tatuś. ^^ Czekam :*
Dobry wieczór ^^
OdpowiedzUsuńWiesz, kupiłaś mnie Andrzejem. Od dawna chciałam o nim poczytać, a nie umiałam nic znaleźć. I teraz bum. Zapowiada się całkiem ciekawie. Miło, że Wrona okazał się być odpowiedzialnym facetem. Miłość przyjdzie z czasem... Ale to dopiero początek. Boję się więc, co możesz wykombinować ;)
Pozdrawiam serdecznie, Anna.
/Bądź/
Wcale nie sa w sobie zakochani. wcale -.-
OdpowiedzUsuń