sobota, 26 stycznia 2013

Dwa






Dwa


Lubię patrzeć, gdy gra. Zdecydowanie. Wtedy tak naprawdę mogę zobaczyć, jaki jest. Uwielbiam obserwować, jak walczy o każdą, nawet tą najtrudniejszą, piłkę, jak złości się, gdy coś nie pójdzie po jego myśli, jak cieszy się, gdy zdobędzie punkt z ataku czy zablokuje rywala. Jest dobry w tym co robi, cholernie dobry. Niestety, w Polsce na swojej pozycji ma wielką konkurencję. Gra w kadrze nie jest mu pisana. Jeszcze nie...
Zaciskam kciuki, gdy wchodzi na zagrywkę. Podrzuca piłkę, uderza... As serwisowy! Odwraca się i wlepia we mnie swoje spojrzenie. Nie widzę z tej odległości jego oczu, ale mogłabym przysiąc, że maluje się w nich wielkie zadowolenie i radość. Radość, bo do pokonania ZAKSY brakuje im tylko dwóch punktów. Tylko, albo aż...
Wygrywają. Łuczniczka powoli pustoszeje, na trybunach nie ma już nikogo. Siedzę tylko ja. Patrzę, jak wygłupia się z córką Marcina Wiki, szczęśliwy z wygranej. Ma się z czego cieszyć. W końcu to kędzierzynianie byli faworytem tego spotkania. Uśmiecham się i wstaję z krzesełka. Wolno ruszam w stronę wyjścia, ale zatrzymuję się, słysząc swoje imię.
 - Kaja! Czekaj na mnie! - odwracam się i widzę, jak biegnie w moją stronę, przeskakując rzędy krzesełek.
 - Spokojnie, bo jeszcze się połamiesz - uśmiecham się, gdy staje przede mną - Gratuluję.
 - A nagroda?
 - A co ja jestem? Jakaś fundacja czy co?
 - Moja jesteś - przyciąga mnie do siebie - To co z tą nagrodą?
Nie czekając na moją odpowiedź, łapie moją twarz i delikatnie przyciska swoje usta do moich. Zamykam oczy i wzdycham cicho. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nie ogarniam faktu, że on naprawdę jest mój. Że jest ze mną, bo tego chce. Bo przecież, gdyby nie chciał, nie byłoby go przy mnie. Gdyby nie chciał ze mną być, nie przytulałby mnie do siebie tak, jak mnie przytula. Gdyby nie chciał ze mną być, nie prowadziłby mnie na dół do swoich kolegów...
 - Nie! - zatrzymuję się, zdając sobie sprawę z tego, co on chce zrobić.
 - No przestań! Nie zjedzą cię!
 - Ale pomyślą sobie, że...
 - Nic nie pomyślą. Spokojnie - uśmiecha się. To wystarcza, by wszystkie wątpliwości zniknęły.

Siedzę wygodnie na tarasie domu Stefana, z uśmiechem na ustach obserwując jego dzieciaki, biegające w ogrodzie. Niedługo Joasia też będzie tak biegała… Joasia, albo Maciek. Nie chciałam wiedzieć, jakiej płci będzie maleństwo. Dla mnie ważne jest to, żeby było silne i zdrowe. Nic innego się nie liczy…
Zerkam kątem oka na rozmawiającego z kolegami z drużyny Andrzeja. Jest taki swobodny, radosny. Zupełnie, jakby nie miało dla niego znaczenia to, że za niecałe 3 miesiące kobieta, której prawie nie zna zostanie matką jego dziecka. Zachowuje się tak naturalnie, niby przez przypadek dotykając dłonią mojego ramienia, ocierając udem o moje udo czy od tak sobie pochylając się nade mną i całując w policzek. Zupełnie, jakbym coś dla niego znaczyła…
Bo znaczysz! – krzyczy jakiś głos w mojej głowie.
Ale ja wolę nie robić sobie złudnych nadziei. On mnie nie kocha. W każdej chwili może wyrzucić mnie ze swojego życia. Tak po prostu zapomnieć.
 - O czym myślisz? – spoglądam na niego, słysząc jego głos. Ze zdziwieniem odkrywam, że zostaliśmy zupełnie sami.
 - Gdzie reszta?
 - To duże dzieci. Poszli pobawić się klockami – szczerzy się.
 - Głupi – prycham pod nosem. Staram się być poważna, ale długo mi się to nie udaje – Ty też jesteś duży dzieciak. Dlaczego nie bawisz się z nimi?
 - Ślicznie wyglądasz, taka zapatrzona w dal – mruczy mi do ucha, kompletnie olewając moje pytanie.
Czuję, że się czerwienię. Jest mi gorąco, a dłonie stają się wilgotne. Moje serce robi jakieś dziwne fikołki, a żołądek zaciska się w supeł. Wiem co to oznacza…
 - Znów to robisz.
 - Co?
 - Patrzysz tym nieobecnym wzrokiem przed siebie i się uśmiechasz. O czym myślisz?
O tym, że się w tobie zakochałam, debilu! Jak możesz nie wiedzieć?!
 - O niczym szczególnym. Wyobrażam sobie, jak Joasia – urywam na chwilę i zerkam na niego kątem oka, po czym mówię dalej – Albo Maciek będzie kiedyś biegać, bawić się…
 - Łeee – wzdycha niepocieszony - A ja myślałem, że o mnie myślisz…
 - Dowiem się, gdzie podziała się reszta? – zmieniam temat. Boję się, że powiedziałabym za dużo, gdyby jeszcze kilka razy zrobił tę swoją niepocieszoną minę.

Wracamy do mieszkania, piechotą, bo przecież to tylko kilka ulic dalej. Nie chciałam, żeby wynajął taksówkę, Bydgoszcz to w końcu takie piękne miasto. I chociaż wcześniej nie zauważałam wielu rzeczy, teraz widzę je dokładnie. Może dlatego, ze jestem w ciąży, a może dlatego, że po raz pierwszy w życiu się zakochałam?
Uśmiecham się, gdy Andrzej splata swoje palce z moimi, przyciągając mnie bliżej siebie. Lubię, gdy jest tak blisko. Mam wtedy wrażenie, że mu na mnie zależy, że może kiedyś nadejdzie dzień, w którym powie mi, że mimo tego, jak się poznaliśmy, zakochał się we mnie…
 - Znów to robisz.
 - Ale co? Przecież tylko idę – uśmiecham się.
 - Jesteś nieobecna, zamyślona… Jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
Tak, Andrzej. Powinieneś wiedzieć, że kocham cię, jak ta ostatnia idiotka…
 - Nie, tak tylko sobie rozmyślam – zbywam go.

Gdy docieramy wreszcie do mieszkania, jak nieżywa padam na kanapę. Tak długie spacery z tak dużym brzuchem jak mój są raczej męczące. Dlaczego ja nie wpadłam na to, gdy opuszczaliśmy ten ich galeretkowy zlot?
 - Oddałabym wszystko za masaż stóp – mruczę, podkładając poduszkę pod plecy.
 - Mówisz? – słysząc ton jego głosu, podnoszę jedną powiekę. Andrzej szczerzy się wesoło, zapewne wymyślając już, czym może być owe „wszystko”.
 - Tylko…
 - Spokojnie – siada na fotelu naprzeciwko mnie i kładzie sobie moją nogę na kolanie. Delikatnie pozbawia mnie buta i zaczyna dotykać palcami mojej stopy.
 - Oooo taaak – mruczę zadowolona, odchylając głowę do tyłu.
 - Odwdzięczysz się później.
 - Co mam przez to rozumieć?
Nie odpowiada. Przesiada się z fotela na kanapę i kładzie dłoń na moim brzuchu. W tym właśnie momencie czuję, jak maleństwo się porusza.
 - Niesamowite! – cieszy się – No, Maciuś, przybij tatusiowi piątkę! – mówi z ustami tuż nad swoją dłonią.
 - Wrona – wzdycham załamana. No bo jak tak można?
 - Co? Przecież mówiłem, że to Maciuś!
 - Nie o to chodzi… Nie. Nie mam siły ci tego tłumaczyć… - burczę z zamkniętymi oczyma.
 - Moja księżniczka jest zmęczona – muska ustami mój policzek i bierze mnie na ręce, kierując się w stronę sypialni.
Jego księżniczka… Chciałabym nią być naprawdę. 



Taki tam Andrzej numer dwa.

4 komentarze:

  1. *przychodzi poobijana z krwawiącą ręką* yeah! przeczytałam! Zajebiste! :D ANdrzej, ale się podlizujesz xDDD czekam na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Taki tam Andrzej" mnie rozwala. Najlepsiejszy! Zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Znaczy, Wrona kupił moje serce już dawno, niczym na licytacji na Allegro... Ale to urocze, jak się zachowuje. Szkoda tylko, że jest kompletnie nieświadomy uczuć tej tutaj upartej panny, co to nie chce się przyznać.
    Ściskam mocno, Anna :**
    /Bądź/

    OdpowiedzUsuń
  3. w 100% popieram tą wyżej

    OdpowiedzUsuń
  4. Och tak, twój Andrzej jest świetny :D
    Wcale się nie dziwię, że ona się zakochała, bo nie było innej możliwości przy takim facecie :D takie wielkie serducho okazuje i troskę.
    I na moje to on chyba czeka, aż mu się Kaja przyzna do uczucia, ja ci to mówię :D
    Nadrobiłam, nie jestem taka zła :D

    OdpowiedzUsuń