wtorek, 21 maja 2013

~3~





Rozdział 3



Mieszkanie z dwójką facetów jest męczące. Do takiego wniosku dochodzę, gdy w salonie po raz kolejny znajduję brudną koszulkę Wojtka, a w kuchni niepozmywane przez Piotrka naczynia z poprzedniego wieczora. Wzdychając cicho, zabieram się za sprzątanie. Chociaż tyle mogę dla nich zrobić w podziękowaniu za to, iż pozwalają mi ze sobą mieszkać. Bo od tamtego dnia, gdy spotkaliśmy z Wojtkiem naszych rodziców, nie widziałam się z matką. Nie tęsknię za nią. Mam wrażenie, ze jej nienawidzę. To dziwne uczucie... Przecież kochałam ją przez tyle lat, a ta jedna chwila, kilka sekund, wystarczyło, by wszystko się diametralnie odmieniło. Dobrze, że chociaż mam ojca, który stara się jak może, żeby było lepiej…
Gdy wszystko jest w miarę uporządkowane, siadam na kanapie z podręcznikiem w dłoni. Niedługo czeka mnie matura. Powiedziałabym, że nawet bardzo niedługo. Z matmy czy polskiego nie muszę się uczyć. Od zawsze jestem takim mieszańcem, pół umysłu ścisłego i pół humanistycznego. Gorzej jest u mnie z chemią i biologią. A te właśnie przedmioty dobrałam sobie jako dodatkowe. Muszę jakoś uzbierać punkty, jeśli naprawdę poważnie myślę o dostaniu się na weterynarię. A zapewniam, że myślę o tym bardzo poważnie.
Nie zauważam nawet, gdy chłopaki wracają z porannego treningu. Piotrek, jak to on, od razu kieruje się do kuchni. Zawsze jest głodny, zupełnie, jakby miał wielkiego tasiemca. Wojtek natomiast ląduje obok mnie na kanapie. Wciska głowę na moje kolana i patrzy na mnie z dołu.
 - Znów męczysz te mi... mio...
 - Chodzi ci o mitozę? Nie, dziś czas na chemię.
 - Kobieto... Chemia to zło, zapamiętaj!
 - Może i tak, ale muszę zdać tą maturę. Więc z łaski swojej zejdź ze mnie i idź jeść. W lodówce została jeszcze pizza od wczoraj. No chyba, że Piotrek już ją wchłonął.
 - Hain! Ta pizza jest moja! – drze się, próbując pozbierać swoje cielsko z kanapy.
 - Była, chciałeś powiedzieć! – słysząc z kuchni głos Piotrka, cicho chichoczę. Tasiemiec znów wygrał bitwę z Wojtkiem o zawartość lodówki.
 - Pauliś, a co robisz wieczorem?! – marszczę czoło, słysząc tę podejrzaną nutkę w głosie Haina.
 - A dlaczego pytasz?
 - Świetnie! Skoro nie miałaś planów, już je masz! Idziesz z nami, prawda? – wychyla się z kuchni, wlepiając we mnie te swoje wielkie oczyska.
 - Muszę się uczyć.
 - Nudziiiiisz – zza bruneta wychyla się blondyn – No nie daj się prosić!
 - Gdzie?
 - Karaoke u Krzyśka.
 - U Bartka?
 - U Krzyśka – próbuje postawić na swoim Piotrek.
 - Chciałem zauważyć, że Bartek i Krzysiek to ta sama osoba – wtrąca się Wojtek, a my mrozimy go wzrokiem.
 - Masz być gotowa na 20.
 - Ja się wyrobię. Na was jak zawsze będzie trzeba czekać. Bo pan gruby musi poprawić fryzurę, bo pan turecko-niemiecki musi dobrać koszulkę do butów…
 - Mała, nie przeginaj.
 - Wiem, że mnie uwielbiacie. Dlatego ja pierwsza zajmuję łazienkę! – podrywam się z kanapy, przeskakując przez fotel.
 - Nie!! – drą się jednocześnie, ale nie mają już szans mnie dogonić. Zatrzaskuję się w łazience na najbliższą godzinę.

U Krzyśka, jak to u Krzyśka, głośno, tłoczno i wesoło. Już na samym progu zostaję wessana w ten szalony tłum. Nie udaje mi się nawet kurtki na wieszak odwiesić, bo czyjaś wielka dłoń zaciska się na mojej, ciągnąc mnie do salonu.
 - Patrzcie, chłopaki! Pauliś przyszła! – drze się Mariański.
 - Bartuś, kochanie – przysuwam się bliżej – Przestań się tak wydzierać, bo ogłuchnę! – wrzeszczę mu do ucha, a on odsuwa się z przerażoną miną.
 - Przyprowadziłaś swoje zwierzątka? – z kuchni wychyla się głowa Krzyśka.
 - Oba. Całe i zdrowe, chociaż zalane litrami perfum – krzywię się, na co chłopcy wybuchają śmiechem. Uspokajają się już, gdy do salonu wchodzą wyżej wymienione zwierzaki. I całe olsztyńskie stado oraz ich znajomi znów wybucha szaloną radością.
 - Ej, ej! Śpiewamy!
 - My! My pierwsi! – wyrywa się Feru, ciągnąc mnie za sobą.
 - Bez Pitera nie śpiewam – mówię, dobrze wiedząc, że jego wycie mnie zagłuszy. Nie umiem śpiewać i w zasadzie to nawet nie lubię. No chyba, że pod prysznicem, ale to inna bajka…

 - Uszy mi zaraz odpadną – mruczę, opadając na podłogę obok Wojtka. Jakimś cudem udało nam się zwiać przed tymi śpiewającymi wariatami. Zdecydowanie źle działa na nich to śpiewanie. Albo to podobno bezalkoholowe piwo, które przytaszczyli Skup i Sobala.
 - Wiesz, to ich piwo wcale nie jest bez procentów.
 - Domyśliłam się – szczerzę się, wciąż mając przed oczami Piotrka i Mariana śpiewających do siebie: ‘Jak się masz kochanie’.
 - Tu jest ciszej. Ooo jak dobrze – jęczy, rozkładając się na moich kolanach.
 - Tobie to aż za dobrze - zauważam. W odpowiedzi posyła mi swój krzywy, zadowolony uśmiech. Kręcę z politowaniem głową i zamykam oczy. Dobrze tak przez jakiś czas posiedzieć w jako-takiej ciszy.
 - Ktoś idzie! Do szafy!
I nim się orientuję, stoimy już w ciemnej, ciasnej szafie, mocno do siebie przyciśnięci. W pokoju słychać jakieś podejrzane dźwięki, ale ja nie potrafię się na nich skupić. Czuję, że się duszę. Serce bije mi jak szalone, ręce drżą, oddech przyśpiesza.
 - Wojtek – szepczę z ustami przy jego policzku – Ja chyba mam klaustrofobię.
 - Masz co?
 - Boję się małych zamkniętych pomieszczeń, ciołku! Zrób coś!
 - Cała się trzęsiesz. Pauliś… Co ja mam zrobić?
 - Wyjdźmy stąd.
 - Niee. To nie jest najlepszy pomysł.
 - Dlaczego?
 - Tam… Tam Hain i jakaś…
 - Zrób cokolwiek. Bylebym tylko zapomniała. Możesz… Mmmmmm.
Wyswobadzam dłonie z jego uścisku i delikatnie opieram je na jego klatce piersiowej. Zamykam oczy i mocniej przyciskam usta do jego ust.
Serce dalej tłucze mi jak szalone, oddech ciągle jest zbyt szybki, czuję też, ze dalej cała drżę, ale to małe ciasne pomieszczenie już absolutnie nie ma z tym nic wspólnego. Mój dziwny stan powodują te niesamowite usta i wszędobylskie łapki Wojtka.
 - Lepiej ci?
 - Nie, nie. Jeszcze nie – kręcę głową, ponownie wpijając się w jego usta. Przesuwam dłońmi po jego karku, wplatam palce w jego włosy, próbując jednocześnie wtulić się w niego jeszcze bardziej.
Mój Boże! Nigdy nie pomyślałabym, że ot taki sobie Wojtek w ciasnej, ciemnej szafie Bartka Krzyśka, mógłby sprawić, iż zapragnęłabym zapomnieć o tym, jak skończył się związek moich rodziców i ot tak po prostu się zakochać. W nim zakochać.




Hmm. Szafy są fajne :D


środa, 15 maja 2013

~2~





Rozdział 2




Czy można nie znać kogoś i o nim myśleć? Czy można siedzieć na brzegu jeziora, mocząc nogi w wodzie i czekać na kogoś, kto prawdopodobnie już nie pamięta poprzedniego spotkania? Czy można mieć nadzieję na kolejne spotkanie? Odpowiedź wydaje się taka prosta i banalna. Oczywiście, że można. Nadzieję zawsze można mieć. Co z tego, że jest ona matką głupich? Nikt przecież nie mówił, że ja jestem mądra, prawda?
Jestem głupia. Głupia i naiwna. Jak mogłam uwierzyć w to, że ktoś taki jak on, blondyn spotkany kilka dni temu, zainteresuje się kimś takim jak ja? Może w innym miejscu i czasie, w innej sytuacji... Ale ja przegrałam już na starcie, odkrywając przed nim to, co najbardziej bolało. Teraz pewnie śmieje się z tej Pauli, nie Pauliny, która, jak ta ostatnia debilka, w środku nocy sama siedziała nad brzegiem jeziora i beczała...
Zupełnie tak jak dziś. Tyle że dziś jest jeszcze w miarę jasno. Słońce powoli chowa się już za horyzontem, zmieniając barwę z jasnożółtej na pomarańczowo-czerwoną. Romantyczna część mnie marzy teraz o tajemniczym nieznajomym, który zwrócił mi wiarę w ludzi. Ta druga część natomiast zarzuca tej pierwszej bezgraniczną głupotę.
Tak, myślenie o Wojtku pozwala mi nie myśleć o tym, co działo się ostatnio w domu. Ojciec próbował przepraszać. Przygotował obiad, kupił róże, wino… A matka w odpowiedzi na to spakowała jego walizki i wystawiła je na korytarz. A gdy zapytałam dlaczego, stwierdziła, że z moimi może zaraz zrobić to samo…
 - Czułem, że dziś tu będziesz – słyszę za sobą jego głos.
Przyszedł, zupełnie jakby wiedział, że dziś potrzebuję oparcia w drugim człowieku tak bardzo, jak nigdy wcześniej.
 - Powinnam tu zamieszkać – uśmiecham się blado w odpowiedzi. Nie można tego uśmiechu jednak nazwać szczerym.
 - Znów coś się stało, prawda? – siada obok, szturchając mnie ramieniem – Wygadaj się, może coś poradzimy.
 - Co mam ci powiedzieć?
 - Coś nowego? Jakaś poprawa?
 - Poprawa? – prycham, śmiejąc się ironicznie – Poprawy już nie będzie. Ojciec się wyprowadził. Matka ubrała się jak… Jak… - kręcę głową. Znane wszystkim słowo na „k” nie chce przejść mi przez gardło – Wyszła, rozumiesz? Tak po prostu, zaraz po tym, jak wywaliła tatę z domu! Zupełnie, jakby jej to nie obeszło!
 - A nie pomyślałaś o tym, że może ona w taki sposób to wszystko odreagowuje?
 - Odreagowuje?! Nie znasz jej… Ja sama jej nie poznaję… Kiedyś była inna, aż pewnego dnia coś w nią wstąpiło. Zupełnie, jakby ktoś ją podmienił.
 - A może… Może twój ojciec zrobił coś, co ją tak zmieniło? Może… No wiesz, może ma inną?
 - Tato? Inną?! No proszę cię! Nigdy w to nie uwierzę!
 - A ona?
 - W to byłabym bardziej skłonna uwierzyć…
Kończę zdanie i nagle zdaję sobie sprawę, że tak jest naprawdę. Czuję, że wiedziałam to od początku. Musiałam jednak powiedzieć to głośno, żeby sens tego wszystkiego do mnie dotarł. Gdyby ojciec był winny, ona przyjęłaby przeprosiny, spróbowałaby wybaczyć, albo chociaż odrobinę zmiękła... Przecież tak się starał… Ale nie, ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi.
 - Paula? Paula, wszystko w porządku?
 - Nie, do cholery! Nic nie jest w porządku!! – podrywam się z miejsca, ochlapując go wodą – Moja matka jest na imprezie! Na imprezie!! A ojciec… Ojciec pewnie przechowa się na noc albo dwie u któregoś z kolegów. Na kanapie, bez rodziny… Beze mnie…
 - To nie twoja wina, maleńka – łapie mnie za ręce i przyciąga do siebie. Zaciska wokół mnie ramiona i opiera brodę na czubku mojej głowy.
 - Wiem, że nie… Przeraża mnie tylko to, że nic nie mogę zrobić…
 - Możesz wspierać ojca, maleńka. Zadzwoń do niego. Albo napisz. Niech wie, że ma kogoś, kto z nim jest. Niech czuje, że komuś na nim zależy.
 - Dlaczego to robisz? – przechylam głowę, uporczywie się w niego wpatrując – Dlaczego tak bardzo przejmujesz się ot taką sobie Paulą, której w ogóle nie znasz?
 - Sam nie wiem – przyznaje z zakłopotaniem – Lubię, gdy się uśmiechasz. Nie chcę, żebyś była smutna. Chodź, odprowadzę cię.
 - Nie chcę wracać do domu.
 - Musisz. Przecież musisz gdzieś spać.
 - Mogę spać tutaj. Już mi się zdarzyło…
 - Co?!
 - No tak… To… To było zaraz na początku, jak oni… Nie mogłam wrócić do domu. Chciałam, ale nie mogłam, rozumiesz? – kiwa głową, ale po jego spojrzeniu widzę, że nie zrozumiał.
 - Chodźmy – wyciąga rękę.
Wzdycham głęboko, wiedząc, że z nim nie wygram. Niechętnie łapię wyciągniętą dłoń i wolno ruszam przed siebie. Nie puszczam jej, on nie mówi, że przeszkadza mu to, że trzymamy się za ręce…
To dziwne, cholernie dziwne. Przecież spotkałam go dopiero drugi raz, nic o nim nie wiem. No, może poza jego imieniem i tym, że lubi pomagać głupim idiotkom, takim jak ja…
 - O mój Boże! – szepcze nagle, zatrzymując się gwałtownie. Wielkimi, przerażonymi oczyma wpatruje się w idącą w naszą stronę parę ludzi.
 - O mój Boże – powtarzam jak echo, rozpoznając w kobiecie, uwieszonej na ramieniu wysokiego blondyna, swoją matkę.
 - To ma być to twoje spotkanie biznesowe? – marszczę brwi, słysząc jak Wojtek się odzywa. Spoglądam na niego i dopiero wtedy załapuję, o co chodzi.
 - Jak mogłaś? No jak?! Nienawidzę cię! – krzyczę, wyrywam rękę z uścisku towarzyszącego mi blondyna i biegiem ruszam przed siebie.
Nie reaguję na to, że mnie woła. Nie chcę go teraz widzieć. Nie mogłabym mu teraz spojrzeć w oczy. Moja matka… Opieram się plecami o drzewo, pozwalając łzom swobodnie płynąć po policzkach. Moja matka popsuła nie tylko naszą rodzinę. Przyczyniła się też zapewne, do rozpadu kolejnej rodziny… Jego rodziny.
 - Tu jesteś – dyszy, stając przede mną.
 - Zostaw mnie, proszę cię. Przepraszam, Wojtek. Ja naprawdę… Wiedziałeś, że oni…?
 - Nie zostawię cię. Nie teraz. I nie przepraszaj, to oni powinni przepraszać… Powinni błagać, żebyśmy im wybaczyli, maleńka.
 - Ale wiedziałeś?
Nic nie mówi. Kiwa głową, uciekając wzrokiem.
 - Czemu wcześniej nie powiedziałeś? Czemu wciskałeś mi te kity o tym, że będzie lepiej?
 - Może przekonując ciebie, chciałem przekonać samego siebie? Nie wiem, naprawdę nie wiem… - pierwszy raz widzę kogoś, kto jest w aż takiej rozsypce. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie tylko moje życie jest do chrzanu. On ma tak samo jak ja, tyle że do tej pory dobrze się z tym ukrywał.
 - Chodź, odprowadzę cię do domu – obejmuję go ramieniem i pociągam za sobą – Tylko powiedz, gdzie mieszkasz.
 - Trafię sam.
 - Nie, maleńki. Nie zostawię cię z tym samego. Nie powinniśmy być z tym sami. I ja… Ja naprawdę nie chcę wracać do domu.
 - Ja mam to szczęście, że mieszkam z kolegą – prostuje się nagle i patrzy na mnie z góry – Mogłabyś…
Nie musi nawet kończyć. Kiwam ze zrozumieniem głową i zapewniam, że nic mu nie powiem.




Nie wierzę, że to zrobił... Udusić to za mało.

środa, 8 maja 2013

~1~




Rozdział 1



Jest późny wieczór, można by powiedzieć nawet, że już noc. Nie mam pojęcia, która godzina. Już dawno straciłam poczucie czasu. Bezmyślnie wpatruję się w odbijający się od tafli Jeziora Kortowskiego księżyc. Jestem tu, siedzę na trawie, oddycham, ale czuję, jakby mnie nie było. Chciałabym, żeby mnie nie było...
Od dziecka przychodzę zawsze w to samo miejsce. Tu zawsze potrafiłam dojrzeć światełko w tunelu. Potrafiłam znaleźć rozwiązanie nawet tych trudnych i wielkich problemów. Teraz nie potrafię. Może dlatego, że życie dziecka było łatwiejsze? Życie nastolatki w porównaniu z tym, co było, to tragedia...
Kiedyś potrafiłam się uśmiechać, już nie potrafię. Kiedyś miałam przyjaciółki, odeszły. Kiedyś miałam szczęśliwą rodzinę, kochających rodziców, dziś w domu toczy się wojna o wszystko. A ja nie potrafię pojąć, jak dwoje ludzi, którzy żyli ze sobą blisko 20 lat, może od tak po prostu przestać się kochać...
Pociągam nosem i ocieram rękawem swetra płynące po policzkach łzy. Obiecałam sobie, że nie będę już przez nich płakać. Ale to trudne. Jest cholernie ciężko, gdy dwie najważniejsze osoby w twoim życiu, ludzie, których kochasz bezgranicznie, kłócą się nawet o ciebie i o to, kto ma do ciebie większe prawo.
 - Hej - słyszę za sobą czyjś głos. Przerażona, zrywam się z miejsca i zaczynam cofać.
 - Nie podchodź! - mówię. Nie poznaję własnego głosu.
 - Spokojnie, nic ci nie zrobię - zatrzymuje się i wyciąga przed siebie ręce, chcąc mnie uspokoić. Wychodzi z cienia, żebym lepiej mogła go widzieć - Zobaczyłem, że tu siedzisz i pomyślałem, że coś ci się stało.
 - Jak widzisz wszystko ze mną w porządku. Możesz iść - wzruszam obojętnie ramionami. W środku jednak tej obojętności wcale nie czuję. Bo ten tajemniczy nieznajomy zainteresował się mną bardziej, niż rodzice w ciągu ostatniego miesiąca.
 - Nie powinnaś wracać do domu?
 - Nie chcę wracać do domu - mówię, po czym zatykam ręką usta.
 - Więc jednak nie jest w porządku - wolno rusza w moją stronę - Powiedz, dlaczego nie chcesz wracać?
Staje tuż przede mną. Muszę zadrzeć głowę do góry, żeby móc patrzeć mu w oczy. Mimo panującego dookoła mroku, dostrzegam w nich coś, co powoduje, że mam ochotę opowiedzieć mu wszystko to, co najbardziej mnie boli. Milczę jednak, pozwalając mu posadzić się na trawie. On siada obok mnie, ocierając ramieniem o moje ramię.
Milczymy. Nie jest to jednak przytłaczające nic niemówienie. W jego towarzystwie milczy się całkiem przyjemnie. Trochę dziwnie się czuję, siedząc tak blisko niego. W końcu go nie znam, widzę go po raz pierwszy w życiu. Jestem z nim sama w środku nocy, gdyby chciał, mógłby ze mną tu zrobić, co by tylko chciał. Nikt by nic nie usłyszał.
 - Nic ci nie zrobię – powtarza po raz kolejny.
 - Oni się kłócą – szepczę, wlepiając w niego błyszczące od łez oczy – Kłócą się nawet o to, kto ma do mnie większe prawo. Jakbym była rzeczą, nie człowiekiem. A ja żyję! Czuję! I mam tego wszystkiego powyżej uszu! – z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem, mój głos się podnosi.
 - Przykro mi – mruczy, uśmiechając się delikatnie – Musisz być silna, maleńka. Po burzy zawsze wschodzi słońce.
Wypowiedziane przez niego słowa wydają się banalne, a jednak mają w sobie coś, co pozwala mi uwierzyć, że jednak kiedyś może będzie lepiej. Może już niedługo przestaną się kłócić, może znów będzie jak dawniej… Nadzieja na lepsze jutro i to, jak mnie nazwał sprawia, że w moich oczach ponownie pojawiają się łzy. Nie są to jednak łzy smutku. Po raz pierwszy od dawna wierzę, że będzie lepiej.
 - Dziękuję – szepczę, opierając głowę na ramieniu nieznajomego. Ten gest wydaje mi się taki dobry, odpowiedni do chwili, która trwa.
 - A teraz odprowadzę cię do domu, dobrze? Nie możesz spędzić nocy nad jeziorem. Chociaż nie powiem, całkiem miło by było spać tak pod gwiazdami.
 - Kozaczysz, czy próbujesz grać romantyka?
 - Jestem romantykiem. No i może trochę kozaczę – szczerzy się wesoło.
Też się uśmiecham. Pierwszy raz od dawna na moich ustach pojawia się szczery uśmiech. I to przez kogo? Przez chłopaka, którego znam od kilkudziesięciu minut, o którym kompletnie nic nie wiem. Przyłapuję się nawet na rozmyślaniu o tym, czy jeszcze kiedykolwiek go spotkam.
 - Więc chodźmy – oddycham głęboko. Zanim jednak udaje mi się choćby zacząć wstawać, nieznajomy zrywa się z miejsca i wyciąga do mnie dłoń.
Łapię ja trochę niepewnie. Jest duża. I ciepła. Jednocześnie silna i delikatna. Potrząsam głową, chcąc sprowadzić się z powrotem na ziemię. Ruszam przed siebie, nieznajomy rusza za mną.
 - Nawet nie wiem, jak masz na imię – mówi, doganiając mnie.
 - Paula.
 - Paulina.
 - Nie, nie Paulina. Paula – tłumaczę - Nie pytaj, ojciec się uparł… A ty? Poczekaj! Spróbuję zgadnąć!
 - Proszę bardzo – wzrusza ramionami, uśmiechając się. Wygląda, jakby się cieszył z powrotu mojego w miarę dobrego humoru.
 - Hmmm… - mruczę, obserwując go – Na Zdziśka to ty mi nie wyglądasz, na Edzia raczej też nie… Może… Wiktor?
 - Blisko. Też na W.
 - Naprawdę?! – wołam zdziwiona. Nie podejrzewałam, że uda mi się trafić w pierwszą literę jego imienia za pierwszym podejściem.
 - Imię na w… - przechylam głowę, szukając w głowie imienia – Wacek raczej nie.
 - No nie, nie Wacek.
 - Witek?
 - Nie – szczerzy się, dumny z mojej niecelności.
 - Więc musisz być Wojtek!
 - Niekoniecznie muszę, przecież mogę być Władkiem. Ale zgadłaś, jestem Wojtek.
 - Wiesz… – zatrzymuję się nagle – Dalej pójdę już sama. Nie chcę, żeby oni widzieli mnie z… No wiesz.
 - Jasne – uśmiecha się ze zrozumieniem.
Kiwam głową i ruszam przed siebie.
 - Paula?!
 - Tak?
 - Spotkamy się jeszcze kiedyś?
 - Wiesz, gdzie mnie znaleźć – mówię, spoglądając w kierunku, z którego przyszliśmy – Cześć.
 - Do zobaczenia – mówi. Wciska ręce do kieszeni i rusza przed siebie. Ja robię to samo.
Cicho otwieram drzwi i wślizguję się do mieszkania. Pozbywam się butów i wchodzę do salonu. Ojciec znów śpi na niewygodnej kanapie, bo matka wyrzuciła go z sypialni. Poprawiam koc, którym jest okryty i ruszam do siebie. Mimo tych wszystkich kłótni o każdą błahostkę, nadal go kocham. Nadal ich kocham…




Chłop z Mazur nr 1. 
:)