środa, 15 maja 2013

~2~





Rozdział 2




Czy można nie znać kogoś i o nim myśleć? Czy można siedzieć na brzegu jeziora, mocząc nogi w wodzie i czekać na kogoś, kto prawdopodobnie już nie pamięta poprzedniego spotkania? Czy można mieć nadzieję na kolejne spotkanie? Odpowiedź wydaje się taka prosta i banalna. Oczywiście, że można. Nadzieję zawsze można mieć. Co z tego, że jest ona matką głupich? Nikt przecież nie mówił, że ja jestem mądra, prawda?
Jestem głupia. Głupia i naiwna. Jak mogłam uwierzyć w to, że ktoś taki jak on, blondyn spotkany kilka dni temu, zainteresuje się kimś takim jak ja? Może w innym miejscu i czasie, w innej sytuacji... Ale ja przegrałam już na starcie, odkrywając przed nim to, co najbardziej bolało. Teraz pewnie śmieje się z tej Pauli, nie Pauliny, która, jak ta ostatnia debilka, w środku nocy sama siedziała nad brzegiem jeziora i beczała...
Zupełnie tak jak dziś. Tyle że dziś jest jeszcze w miarę jasno. Słońce powoli chowa się już za horyzontem, zmieniając barwę z jasnożółtej na pomarańczowo-czerwoną. Romantyczna część mnie marzy teraz o tajemniczym nieznajomym, który zwrócił mi wiarę w ludzi. Ta druga część natomiast zarzuca tej pierwszej bezgraniczną głupotę.
Tak, myślenie o Wojtku pozwala mi nie myśleć o tym, co działo się ostatnio w domu. Ojciec próbował przepraszać. Przygotował obiad, kupił róże, wino… A matka w odpowiedzi na to spakowała jego walizki i wystawiła je na korytarz. A gdy zapytałam dlaczego, stwierdziła, że z moimi może zaraz zrobić to samo…
 - Czułem, że dziś tu będziesz – słyszę za sobą jego głos.
Przyszedł, zupełnie jakby wiedział, że dziś potrzebuję oparcia w drugim człowieku tak bardzo, jak nigdy wcześniej.
 - Powinnam tu zamieszkać – uśmiecham się blado w odpowiedzi. Nie można tego uśmiechu jednak nazwać szczerym.
 - Znów coś się stało, prawda? – siada obok, szturchając mnie ramieniem – Wygadaj się, może coś poradzimy.
 - Co mam ci powiedzieć?
 - Coś nowego? Jakaś poprawa?
 - Poprawa? – prycham, śmiejąc się ironicznie – Poprawy już nie będzie. Ojciec się wyprowadził. Matka ubrała się jak… Jak… - kręcę głową. Znane wszystkim słowo na „k” nie chce przejść mi przez gardło – Wyszła, rozumiesz? Tak po prostu, zaraz po tym, jak wywaliła tatę z domu! Zupełnie, jakby jej to nie obeszło!
 - A nie pomyślałaś o tym, że może ona w taki sposób to wszystko odreagowuje?
 - Odreagowuje?! Nie znasz jej… Ja sama jej nie poznaję… Kiedyś była inna, aż pewnego dnia coś w nią wstąpiło. Zupełnie, jakby ktoś ją podmienił.
 - A może… Może twój ojciec zrobił coś, co ją tak zmieniło? Może… No wiesz, może ma inną?
 - Tato? Inną?! No proszę cię! Nigdy w to nie uwierzę!
 - A ona?
 - W to byłabym bardziej skłonna uwierzyć…
Kończę zdanie i nagle zdaję sobie sprawę, że tak jest naprawdę. Czuję, że wiedziałam to od początku. Musiałam jednak powiedzieć to głośno, żeby sens tego wszystkiego do mnie dotarł. Gdyby ojciec był winny, ona przyjęłaby przeprosiny, spróbowałaby wybaczyć, albo chociaż odrobinę zmiękła... Przecież tak się starał… Ale nie, ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi.
 - Paula? Paula, wszystko w porządku?
 - Nie, do cholery! Nic nie jest w porządku!! – podrywam się z miejsca, ochlapując go wodą – Moja matka jest na imprezie! Na imprezie!! A ojciec… Ojciec pewnie przechowa się na noc albo dwie u któregoś z kolegów. Na kanapie, bez rodziny… Beze mnie…
 - To nie twoja wina, maleńka – łapie mnie za ręce i przyciąga do siebie. Zaciska wokół mnie ramiona i opiera brodę na czubku mojej głowy.
 - Wiem, że nie… Przeraża mnie tylko to, że nic nie mogę zrobić…
 - Możesz wspierać ojca, maleńka. Zadzwoń do niego. Albo napisz. Niech wie, że ma kogoś, kto z nim jest. Niech czuje, że komuś na nim zależy.
 - Dlaczego to robisz? – przechylam głowę, uporczywie się w niego wpatrując – Dlaczego tak bardzo przejmujesz się ot taką sobie Paulą, której w ogóle nie znasz?
 - Sam nie wiem – przyznaje z zakłopotaniem – Lubię, gdy się uśmiechasz. Nie chcę, żebyś była smutna. Chodź, odprowadzę cię.
 - Nie chcę wracać do domu.
 - Musisz. Przecież musisz gdzieś spać.
 - Mogę spać tutaj. Już mi się zdarzyło…
 - Co?!
 - No tak… To… To było zaraz na początku, jak oni… Nie mogłam wrócić do domu. Chciałam, ale nie mogłam, rozumiesz? – kiwa głową, ale po jego spojrzeniu widzę, że nie zrozumiał.
 - Chodźmy – wyciąga rękę.
Wzdycham głęboko, wiedząc, że z nim nie wygram. Niechętnie łapię wyciągniętą dłoń i wolno ruszam przed siebie. Nie puszczam jej, on nie mówi, że przeszkadza mu to, że trzymamy się za ręce…
To dziwne, cholernie dziwne. Przecież spotkałam go dopiero drugi raz, nic o nim nie wiem. No, może poza jego imieniem i tym, że lubi pomagać głupim idiotkom, takim jak ja…
 - O mój Boże! – szepcze nagle, zatrzymując się gwałtownie. Wielkimi, przerażonymi oczyma wpatruje się w idącą w naszą stronę parę ludzi.
 - O mój Boże – powtarzam jak echo, rozpoznając w kobiecie, uwieszonej na ramieniu wysokiego blondyna, swoją matkę.
 - To ma być to twoje spotkanie biznesowe? – marszczę brwi, słysząc jak Wojtek się odzywa. Spoglądam na niego i dopiero wtedy załapuję, o co chodzi.
 - Jak mogłaś? No jak?! Nienawidzę cię! – krzyczę, wyrywam rękę z uścisku towarzyszącego mi blondyna i biegiem ruszam przed siebie.
Nie reaguję na to, że mnie woła. Nie chcę go teraz widzieć. Nie mogłabym mu teraz spojrzeć w oczy. Moja matka… Opieram się plecami o drzewo, pozwalając łzom swobodnie płynąć po policzkach. Moja matka popsuła nie tylko naszą rodzinę. Przyczyniła się też zapewne, do rozpadu kolejnej rodziny… Jego rodziny.
 - Tu jesteś – dyszy, stając przede mną.
 - Zostaw mnie, proszę cię. Przepraszam, Wojtek. Ja naprawdę… Wiedziałeś, że oni…?
 - Nie zostawię cię. Nie teraz. I nie przepraszaj, to oni powinni przepraszać… Powinni błagać, żebyśmy im wybaczyli, maleńka.
 - Ale wiedziałeś?
Nic nie mówi. Kiwa głową, uciekając wzrokiem.
 - Czemu wcześniej nie powiedziałeś? Czemu wciskałeś mi te kity o tym, że będzie lepiej?
 - Może przekonując ciebie, chciałem przekonać samego siebie? Nie wiem, naprawdę nie wiem… - pierwszy raz widzę kogoś, kto jest w aż takiej rozsypce. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie tylko moje życie jest do chrzanu. On ma tak samo jak ja, tyle że do tej pory dobrze się z tym ukrywał.
 - Chodź, odprowadzę cię do domu – obejmuję go ramieniem i pociągam za sobą – Tylko powiedz, gdzie mieszkasz.
 - Trafię sam.
 - Nie, maleńki. Nie zostawię cię z tym samego. Nie powinniśmy być z tym sami. I ja… Ja naprawdę nie chcę wracać do domu.
 - Ja mam to szczęście, że mieszkam z kolegą – prostuje się nagle i patrzy na mnie z góry – Mogłabyś…
Nie musi nawet kończyć. Kiwam ze zrozumieniem głową i zapewniam, że nic mu nie powiem.




Nie wierzę, że to zrobił... Udusić to za mało.

3 komentarze:

  1. To oni niech sobie gadają i nocują, a ja się kolegą zajmę ;D
    Swoją drogą, nie zazdroszczę sytuacji. Na dodatek mama Pauli zadaje się z żonatym mężczyzną. Nie myśląc kompletnie o jego rodzinie.
    I chyba teraz tylko Paula i Wojtek zrozumieją się naprawdę. Tak za sobą tęsknili, to niech teraz się nabędą ze sobą ;)
    A brat to se może kij w oko wsadzić za ten transfer, o!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze szkoda mi zarówno Wojtka jak i Pauli.. Prawie mojej imienniczki;( Szkoda, że rodzice nie rozumieją uczuć swoich dzieci w takich sytuacjach, a mama Pauli zdecydowanie przesadziła;/

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda mi ich ;/
    I fakt , mama Pauli zdecydowanie przesadziła ...

    http://nieuchwytna-perwersja.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń