Rozdział
2
Czy można nie znać kogoś i o nim myśleć? Czy można siedzieć na
brzegu jeziora, mocząc nogi w wodzie i czekać na kogoś, kto prawdopodobnie już
nie pamięta poprzedniego spotkania? Czy można mieć nadzieję na kolejne
spotkanie? Odpowiedź wydaje się taka prosta i banalna. Oczywiście, że można.
Nadzieję zawsze można mieć. Co z tego, że jest ona matką głupich? Nikt przecież
nie mówił, że ja jestem mądra, prawda?
Jestem głupia. Głupia i naiwna. Jak mogłam uwierzyć w to, że
ktoś taki jak on, blondyn spotkany kilka dni temu, zainteresuje się kimś takim
jak ja? Może w innym miejscu i czasie, w innej sytuacji... Ale ja przegrałam
już na starcie, odkrywając przed nim to, co najbardziej bolało. Teraz pewnie
śmieje się z tej Pauli, nie Pauliny, która, jak ta ostatnia debilka, w środku
nocy sama siedziała nad brzegiem jeziora i beczała...
Zupełnie tak jak dziś. Tyle że dziś jest jeszcze w miarę jasno.
Słońce powoli chowa się już za horyzontem, zmieniając barwę z jasnożółtej na
pomarańczowo-czerwoną. Romantyczna część mnie marzy teraz o tajemniczym
nieznajomym, który zwrócił mi wiarę w ludzi. Ta druga część natomiast zarzuca
tej pierwszej bezgraniczną głupotę.
Tak, myślenie o Wojtku pozwala mi nie myśleć o tym, co działo
się ostatnio w domu. Ojciec próbował przepraszać. Przygotował obiad, kupił
róże, wino… A matka w odpowiedzi na to spakowała jego walizki i wystawiła je na
korytarz. A gdy zapytałam dlaczego, stwierdziła, że z moimi może zaraz zrobić
to samo…
- Czułem, że dziś tu
będziesz – słyszę za sobą jego głos.
Przyszedł, zupełnie jakby wiedział, że dziś potrzebuję oparcia w
drugim człowieku tak bardzo, jak nigdy wcześniej.
- Powinnam tu zamieszkać
– uśmiecham się blado w odpowiedzi. Nie można tego uśmiechu jednak nazwać
szczerym.
- Znów coś się stało,
prawda? – siada obok, szturchając mnie ramieniem – Wygadaj się, może coś
poradzimy.
- Co mam ci powiedzieć?
- Coś nowego? Jakaś
poprawa?
- Poprawa? – prycham,
śmiejąc się ironicznie – Poprawy już nie będzie. Ojciec się wyprowadził. Matka
ubrała się jak… Jak… - kręcę głową. Znane wszystkim słowo na „k” nie chce
przejść mi przez gardło – Wyszła, rozumiesz? Tak po prostu, zaraz po tym, jak
wywaliła tatę z domu! Zupełnie, jakby jej to nie obeszło!
- A nie pomyślałaś o tym,
że może ona w taki sposób to wszystko odreagowuje?
- Odreagowuje?! Nie znasz
jej… Ja sama jej nie poznaję… Kiedyś była inna, aż pewnego dnia coś w nią
wstąpiło. Zupełnie, jakby ktoś ją podmienił.
- A może… Może twój
ojciec zrobił coś, co ją tak zmieniło? Może… No wiesz, może ma inną?
- Tato? Inną?! No proszę
cię! Nigdy w to nie uwierzę!
- A ona?
- W to byłabym bardziej
skłonna uwierzyć…
Kończę zdanie i nagle zdaję sobie sprawę, że tak jest naprawdę.
Czuję, że wiedziałam to od początku. Musiałam jednak powiedzieć to głośno, żeby
sens tego wszystkiego do mnie dotarł. Gdyby ojciec był winny, ona przyjęłaby
przeprosiny, spróbowałaby wybaczyć, albo chociaż odrobinę zmiękła... Przecież
tak się starał… Ale nie, ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi.
- Paula? Paula, wszystko
w porządku?
- Nie, do cholery! Nic
nie jest w porządku!! – podrywam się z miejsca, ochlapując go wodą – Moja matka
jest na imprezie! Na imprezie!! A ojciec… Ojciec pewnie przechowa się na noc
albo dwie u któregoś z kolegów. Na kanapie, bez rodziny… Beze mnie…
- To nie twoja wina,
maleńka – łapie mnie za ręce i przyciąga do siebie. Zaciska wokół mnie ramiona
i opiera brodę na czubku mojej głowy.
- Wiem, że nie… Przeraża
mnie tylko to, że nic nie mogę zrobić…
- Możesz wspierać ojca,
maleńka. Zadzwoń do niego. Albo napisz. Niech wie, że ma kogoś, kto z nim jest.
Niech czuje, że komuś na nim zależy.
- Dlaczego to robisz? –
przechylam głowę, uporczywie się w niego wpatrując – Dlaczego tak bardzo
przejmujesz się ot taką sobie Paulą, której w ogóle nie znasz?
- Sam nie wiem –
przyznaje z zakłopotaniem – Lubię, gdy się uśmiechasz. Nie chcę, żebyś była
smutna. Chodź, odprowadzę cię.
- Nie chcę wracać do
domu.
- Musisz. Przecież musisz
gdzieś spać.
- Mogę spać tutaj. Już mi
się zdarzyło…
- Co?!
- No tak… To… To było
zaraz na początku, jak oni… Nie mogłam wrócić do domu. Chciałam, ale nie
mogłam, rozumiesz? – kiwa głową, ale po jego spojrzeniu widzę, że nie
zrozumiał.
- Chodźmy – wyciąga rękę.
Wzdycham głęboko, wiedząc, że z nim nie wygram. Niechętnie łapię
wyciągniętą dłoń i wolno ruszam przed siebie. Nie puszczam jej, on nie mówi, że
przeszkadza mu to, że trzymamy się za ręce…
To dziwne, cholernie dziwne. Przecież spotkałam go dopiero drugi
raz, nic o nim nie wiem. No, może poza jego imieniem i tym, że lubi pomagać
głupim idiotkom, takim jak ja…
- O mój Boże! – szepcze
nagle, zatrzymując się gwałtownie. Wielkimi, przerażonymi oczyma wpatruje się w
idącą w naszą stronę parę ludzi.
- O mój Boże – powtarzam
jak echo, rozpoznając w kobiecie, uwieszonej na ramieniu wysokiego blondyna,
swoją matkę.
- To ma być to twoje
spotkanie biznesowe? – marszczę brwi, słysząc jak Wojtek się odzywa. Spoglądam
na niego i dopiero wtedy załapuję, o co chodzi.
- Jak mogłaś? No jak?!
Nienawidzę cię! – krzyczę, wyrywam rękę z uścisku towarzyszącego mi blondyna i
biegiem ruszam przed siebie.
Nie reaguję na to, że mnie woła. Nie chcę go teraz widzieć. Nie
mogłabym mu teraz spojrzeć w oczy. Moja matka… Opieram się plecami o drzewo,
pozwalając łzom swobodnie płynąć po policzkach. Moja matka popsuła nie tylko
naszą rodzinę. Przyczyniła się też zapewne, do rozpadu kolejnej rodziny… Jego
rodziny.
- Tu jesteś – dyszy,
stając przede mną.
- Zostaw mnie, proszę
cię. Przepraszam, Wojtek. Ja naprawdę… Wiedziałeś, że oni…?
- Nie zostawię cię. Nie
teraz. I nie przepraszaj, to oni powinni przepraszać… Powinni błagać, żebyśmy
im wybaczyli, maleńka.
- Ale wiedziałeś?
Nic nie mówi. Kiwa głową, uciekając wzrokiem.
- Czemu wcześniej nie
powiedziałeś? Czemu wciskałeś mi te kity o tym, że będzie lepiej?
- Może przekonując
ciebie, chciałem przekonać samego siebie? Nie wiem, naprawdę nie wiem… -
pierwszy raz widzę kogoś, kto jest w aż takiej rozsypce. Dopiero teraz zdaję
sobie sprawę z tego, że nie tylko moje życie jest do chrzanu. On ma tak samo
jak ja, tyle że do tej pory dobrze się z tym ukrywał.
- Chodź, odprowadzę cię
do domu – obejmuję go ramieniem i pociągam za sobą – Tylko powiedz, gdzie
mieszkasz.
- Trafię sam.
- Nie, maleńki. Nie
zostawię cię z tym samego. Nie powinniśmy być z tym sami. I ja… Ja naprawdę nie
chcę wracać do domu.
- Ja mam to szczęście, że
mieszkam z kolegą – prostuje się nagle i patrzy na mnie z góry – Mogłabyś…
Nie musi nawet kończyć. Kiwam ze zrozumieniem głową i zapewniam,
że nic mu nie powiem.
Nie wierzę, że to zrobił... Udusić to za mało.
To oni niech sobie gadają i nocują, a ja się kolegą zajmę ;D
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, nie zazdroszczę sytuacji. Na dodatek mama Pauli zadaje się z żonatym mężczyzną. Nie myśląc kompletnie o jego rodzinie.
I chyba teraz tylko Paula i Wojtek zrozumieją się naprawdę. Tak za sobą tęsknili, to niech teraz się nabędą ze sobą ;)
A brat to se może kij w oko wsadzić za ten transfer, o!
Pozdrawiam
Kurcze szkoda mi zarówno Wojtka jak i Pauli.. Prawie mojej imienniczki;( Szkoda, że rodzice nie rozumieją uczuć swoich dzieci w takich sytuacjach, a mama Pauli zdecydowanie przesadziła;/
OdpowiedzUsuńSzkoda mi ich ;/
OdpowiedzUsuńI fakt , mama Pauli zdecydowanie przesadziła ...
http://nieuchwytna-perwersja.blogspot.com/