Biegnij za
miłością,
A z pewnością ci
ucieknie
Uciekaj przed
miłością,
A ona pobiegnie za
tobą.
CZĘŚĆ PIERWSZA
POLSKA
ona
Carol
Jaworska, amerykanka polskiego pochodzenia, przechodziła właśnie przez pasy,
gdy coś ją tknęło. Nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających ją ludzi,
zatrzymała się i spojrzała na siedzącego w czarnym audi bruneta. Też się w nią
wpatrywał. I to tak się wpatrywał, iż zaczynała zastanawiać się, czy ciągle ma
na sobie ubranie, czy może ów brunet pozbawił jej go tą magnetyczną siłą
spojrzenia. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby jej dopasowane dżinsy w strzępach
leżały koło jej stóp, a kurtka wisiała gdzieś na drzewie.
Ale
ciągle była ubrana. Niestety.
- Paniusiu! Rusz ten tyłek, ruch tamujesz!
Usta
bruneta rozciągnęły się w krzywym, kpiącym uśmieszku. Pewnie uważał ją za
totalną idiotkę. Ona jednak miała inne zdanie na ten temat. Nie czuła się
idiotką. Odwzajemniła się mężczyźnie podobnym uśmiechem, po czym najnormalniej
w świecie ruszyła przed siebie, miarowo stukając w podłoże wysokimi obcasami. W
głowie ciągle jednak miała nieznajomego bruneta. Jeszcze nieznajomego. Dla
Carol nie było rzeczy niemożliwych i niewykonalnych. Postanawiała coś sobie i
zawsze tego postanowienia dotrzymywała. A teraz postanowiła, że ów brunet musi
wylądować w jej łóżku. Na godzinę, noc, dwie… Nieważne. Chciała go mieć i tyle.
Ale
jeszcze nie teraz. Nie dziś i prawdopodobnie nie jutro. Dziś była zajęta kimś
innym. Zielonooki brunet, wysoki i dobrze zbudowany, czekał już na nią w swoim
mieszkaniu. Nie zamierzała marnować już ani chwili dłużej, na głupie
rozmyślania o przyszłości. Przyszłości związanej z kimś zupełnie innym.
Przyszłości, która jak zwykle, zakończy się po kilkunastu godzinach.
Wjeżdżając
windą na 6 piętro, rozpięła guziki kurtki i poprawiła niebieską bluzkę, którą
miała na sobie. Zawsze lubiła ten kolor, najmniejszej uwagi nie zwracała na to,
że jej obecny „chłopak” zdecydowanie wolałby widzieć ją w czymś czerwonym. Albo
różowym. Tak. On zdecydowanie miał słabość do różu. Ale czego innego można
spodziewać się po facecie, którego domowym zwierzakiem jest York?
- Karolina! – ucieszył się wyraźnie, widząc ją
w drzwiach. Skrzywiła się lekko, słysząc polską wersję własnego imienia, ale
postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. Nie w takiej chwili.
Brunet
wciągnął ją do środka, wpijając się w jej usta. Tak, to zdecydowanie wychodziło
mu dobrze. Właśnie dlatego odwiedzała go już kolejny raz. Umiał zatroszczyć się
o kobietę i jej potrzeby. Zdecydowanie. I chociaż dobrze wiedział, że dziewczyna
niedługo będzie musiała wracać do Stanów, zupełnie się tym nie przejmował. W
pewnym sensie był taki, jak ona. Nie szukał stałego związku, związywał się z
kimś na kilka dni, a potem mówił „cześć” i odchodził. Tak po prostu.
Zrzucając
z siebie ubrania, przemierzyli drogę do sypialni. Nie obyło się bez kilku
małych wypadków, w których ucierpiał wazon i leżący na stoliku plik gazet. To
jednak nie miało znaczenia. Liczyło się zupełnie co innego.
On
Przesuwając
szklankę po wypolerowanym stoliku, wpatrywał się w poruszający się w niej
brązowy płyn. Ten brąz, lekko złocisty, błyszczący, przypominał mu oczy rudzielca,
którego widział kilka dni wcześniej na przejściu dla pieszych. Była daleko, ale
nie mógł nie zauważyć koloru i wyrazu jej oczu. Dobrze wiedział, o czym
myślała, patrząc na niego. On myślał dokładnie o tym samym.
- Halo! Tu Ziemia! – jego rozmyślania przerwał
brunet, wracający do stolika – Coś ty taki zadumany?
Brunet przyjrzał się koledze z przechyloną w
bok głową. Zibi był jaki był, ale zdecydowanie potrafił doradzić. Zwłaszcza w
sprawach związanych z kobietami. Uważał się za eksperta, co dla Paula było
lekką przesadą. Kobiet przecież zrozumieć się nie da…
- O oczach myślałem – przyznał się.
- O oczach – powtórzył jak echo Zibi – To
ciekawe. Co z tymi oczami?
- Duże, brązowe…
- Była Murzynką?! – oczy bruneta stały się
wręcz okrągłe ze zdziwienia.
- Murzynką? Co ty…? - zaczął Paul, ale urwał. Spojrzał na
przyjaciela i pokiwał z politowaniem głową – Mówię o oczach, nie o jej cyckach,
Bartman!
- A to nic ciekawego – machnął od niechcenia
ręką.
- Gdybyś widział jak tymi oczyma na mnie
patrzyła, zmieniłbyś zdanie, stary.
- Ty zmieniłbyś zdanie co do cycków, gdybyś
widział te, które ja oglądałem kilka dni temu – wyszczerzył się głupkowato
Zbyszek, na co jego towarzysz ponownie z politowaniem pokręcił głową.
Lubił
się zabawić, to prawda. W końcu był młody, wolny, kobiety zawsze do niego
lgnęły. On też je uwielbiał, ale nigdy nie traktował ich przedmiotowo. W pewnym
sensie był podobny do Bartmana, a jednak tak wiele ich różniło.
- O proszę! Czułem, że dziś tu będziesz – jego
rozmyślania przerwał głos Zibiego.
Paul
podniósł głowę i zamarł. Tuż przed nim stała ona. Właścicielka najbardziej
niesamowitych, brązowych oczu, jakie w życiu widział. Biust też miała niezły,
tu musiał przyznać Bartmanowi rację.
- Paul, to właśnie Karolina.
I
tyle z bliższej znajomości z rudą – przebiegło mu przez myśl. Skoro była
zainteresowana Zbyszkiem, on nie miał u niej żadnych szans.
- Paul – mruknęła, ani na sekundę nie
odrywając od niego spojrzenia. Zupełnie, jakby byli sami. Usiadła obok,
ocierając się o niego ramieniem. Przycisnęła udo do jego uda, a on przepadł z
kretesem. Wiedział już, ze zrobi dla niej absolutnie wszystko.
Oni
Najwięcej
kłopotu sprawiło jej dowiedzenie się, kim jest ów tajemniczy brunet z czarnego
auta. Potem poszło już lekko, łatwo i przyjemnie. Zibi nawet nie zorientował
się kiedy wyciągnęła z niego wszystkie interesujące informacje o jego
przyjacielu. Włącznie z miejscem i godziną ich spotkania. A gdy już siedziała
tak blisko niego, że czuła każdy poruszający się mięsień jego ciała, poczuła,
że odczucia całkowicie ją pochłaniają. Zniknął Zbyszek, zniknęli też wszyscy
inni otaczający ich ludzie. Byli tylko oni.
I
jedno i drugie dobrze wiedziało, jak skończy się ten wieczór. Chemia pomiędzy
nimi była prawie widoczna, powietrze dookoła było jakby naładowane
elektrycznością, każde wypowiedziane słowo zdawało się mieć drugie dno,
zmysłowy podtekst, który rozumieli tylko oni.
Nawet
nie zauważyli, kiedy zostali sami. Dziwił ich trochę fakt, że potrafili
porozumieć się bez zbędnych słów, wystarczyło spojrzenie. Oboje, jak na
komendę, podnieśli się z kanapy i mocno trzymając się za ręce, ruszyli do
wyjścia.
Padało.
Ciepły, wiosenny deszcz jednak ani odrobinę im nie przeszkadzał. Nucąc pod
nosem deszczową piosenkę, szli obok
siebie po opustoszałym chodniku.
- Wiedziałam jak to się skończy już wtedy,
stojąc na środku ulicy – odezwała się, gdy otwierał przed nią drzwi mieszkania.
- I dlatego mnie znalazłaś?
- Tak to wygląda, prawda? – uśmiechnęła się,
popychając go na zamknięte drzwi – Może to tylko sen?
- Bardzo rzeczywisty – mruknął, jednym,
zwinnym ruchem zamieniając się z nią na miejsca.
- Lubię takie sny – wymruczała mu do ucha,
drażniąc je gorącym oddechem.
Jej
małe dłonie wolno przesuwały się po jego torsie i ramionach, odpinały małe,
przeźroczyste guziki koszuli, drażniły, bawiły się z nim. Ale on nie zamierzał
długo pozwalać jej na takie zabawy. Przycisnął ją do drzwi swoim ciałem i
pochylił się do jej ust.
Oszalała.
Po raz pierwszy to nie ona dyktowała warunki, nigdy dotąd nie dała się
zdominować. Ze zdziwieniem stwierdziła, ze nawet jej się to podoba. Uwielbiała
jego dłonie, które z każdą kolejną minutą stawały się coraz śmielsze, coraz
gorętsze.
Oderwał
się od jej ust i patrząc jej w oczy, pozbawił ją po kolei wszystkich części
garderoby. Uśmiechnął się z samozadowoleniem, widząc, jaką ma nad nią władzę.
Wiedział, że w tej chwili byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko.
Czując
jego usta na dekolcie, wbiła mu paznokcie w plecy. Przesunęła ręce od jego łopatek,
aż do paska spodni, zostawiając piekące, czerwone ślady. Nie zwrócił na to
uwagi. Odpięła pasek i spojrzała w jego czarne oczy.
Chwycił
ją za biodra i uniósł tak, że oplotła go nogami w pasie, oparł plecami o zimne,
mahoniowe drzwi i wolno na siebie opuścił. Wbiła zęby w jego ramię, głośno
jęknęła i poddała się wszechogarniającemu uczuciu rozkoszy.
Gdy
się obudziła, on jeszcze spał. Pozbierała swoje rzeczy, ubrała się i wyszła.
Nie mogła zostać, chociaż może i by chciała. Wieczorem wracała do Stanów, a
przecież musiała się jeszcze spakować i załatwić kilka spraw. Nie miała
wyjścia, musiała go zostawić, licząc na to, że może kiedyś jeszcze będzie jej
dane go spotkać.
Otworzył
oczy i przesunął rękę na drugą stronę łóżka, gdzie powinna spać Karolina. Jednak
jej nie było. Pościel była zimna, na poduszce nie zostało nawet wgniecenie.
Jedynie lekki kwiatowy zapach jej perfum mówił mu, że ostatnia noc nie była
snem. Zapach perfum i mały, złoty kolczyk w kształcie gwiazdy, który znalazł
pod poduszką.
To jeszcze nie koniec, o nie... :P
Smunto...