środa, 25 września 2013

CZĘŚĆ PIERWSZA





Biegnij za miłością,
A z pewnością ci ucieknie
Uciekaj przed miłością,
A ona pobiegnie za tobą.


CZĘŚĆ PIERWSZA
POLSKA


ona


Carol Jaworska, amerykanka polskiego pochodzenia, przechodziła właśnie przez pasy, gdy coś ją tknęło. Nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających ją ludzi, zatrzymała się i spojrzała na siedzącego w czarnym audi bruneta. Też się w nią wpatrywał. I to tak się wpatrywał, iż zaczynała zastanawiać się, czy ciągle ma na sobie ubranie, czy może ów brunet pozbawił jej go tą magnetyczną siłą spojrzenia. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby jej dopasowane dżinsy w strzępach leżały koło jej stóp, a kurtka wisiała gdzieś na drzewie.
Ale ciągle była ubrana. Niestety.
 - Paniusiu! Rusz ten tyłek, ruch tamujesz!
Usta bruneta rozciągnęły się w krzywym, kpiącym uśmieszku. Pewnie uważał ją za totalną idiotkę. Ona jednak miała inne zdanie na ten temat. Nie czuła się idiotką. Odwzajemniła się mężczyźnie podobnym uśmiechem, po czym najnormalniej w świecie ruszyła przed siebie, miarowo stukając w podłoże wysokimi obcasami. W głowie ciągle jednak miała nieznajomego bruneta. Jeszcze nieznajomego. Dla Carol nie było rzeczy niemożliwych i niewykonalnych. Postanawiała coś sobie i zawsze tego postanowienia dotrzymywała. A teraz postanowiła, że ów brunet musi wylądować w jej łóżku. Na godzinę, noc, dwie… Nieważne. Chciała go mieć i tyle.
Ale jeszcze nie teraz. Nie dziś i prawdopodobnie nie jutro. Dziś była zajęta kimś innym. Zielonooki brunet, wysoki i dobrze zbudowany, czekał już na nią w swoim mieszkaniu. Nie zamierzała marnować już ani chwili dłużej, na głupie rozmyślania o przyszłości. Przyszłości związanej z kimś zupełnie innym. Przyszłości, która jak zwykle, zakończy się po kilkunastu godzinach.
Wjeżdżając windą na 6 piętro, rozpięła guziki kurtki i poprawiła niebieską bluzkę, którą miała na sobie. Zawsze lubiła ten kolor, najmniejszej uwagi nie zwracała na to, że jej obecny „chłopak” zdecydowanie wolałby widzieć ją w czymś czerwonym. Albo różowym. Tak. On zdecydowanie miał słabość do różu. Ale czego innego można spodziewać się po facecie, którego domowym zwierzakiem jest York?
 - Karolina! – ucieszył się wyraźnie, widząc ją w drzwiach. Skrzywiła się lekko, słysząc polską wersję własnego imienia, ale postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. Nie w takiej chwili.
Brunet wciągnął ją do środka, wpijając się w jej usta. Tak, to zdecydowanie wychodziło mu dobrze. Właśnie dlatego odwiedzała go już kolejny raz. Umiał zatroszczyć się o kobietę i jej potrzeby. Zdecydowanie. I chociaż dobrze wiedział, że dziewczyna niedługo będzie musiała wracać do Stanów, zupełnie się tym nie przejmował. W pewnym sensie był taki, jak ona. Nie szukał stałego związku, związywał się z kimś na kilka dni, a potem mówił „cześć” i odchodził. Tak po prostu.
Zrzucając z siebie ubrania, przemierzyli drogę do sypialni. Nie obyło się bez kilku małych wypadków, w których ucierpiał wazon i leżący na stoliku plik gazet. To jednak nie miało znaczenia. Liczyło się zupełnie co innego.


On

Przesuwając szklankę po wypolerowanym stoliku, wpatrywał się w poruszający się w niej brązowy płyn. Ten brąz, lekko złocisty, błyszczący, przypominał mu oczy rudzielca, którego widział kilka dni wcześniej na przejściu dla pieszych. Była daleko, ale nie mógł nie zauważyć koloru i wyrazu jej oczu. Dobrze wiedział, o czym myślała, patrząc na niego. On myślał dokładnie o tym samym.
 - Halo! Tu Ziemia! – jego rozmyślania przerwał brunet, wracający do stolika – Coś ty taki zadumany?
 Brunet przyjrzał się koledze z przechyloną w bok głową. Zibi był jaki był, ale zdecydowanie potrafił doradzić. Zwłaszcza w sprawach związanych z kobietami. Uważał się za eksperta, co dla Paula było lekką przesadą. Kobiet przecież zrozumieć się nie da…
 - O oczach myślałem – przyznał się.
 - O oczach – powtórzył jak echo Zibi – To ciekawe. Co z tymi oczami?
 - Duże, brązowe…
 - Była Murzynką?! – oczy bruneta stały się wręcz okrągłe ze zdziwienia.
 - Murzynką? Co ty…?  - zaczął Paul, ale urwał. Spojrzał na przyjaciela i pokiwał z politowaniem głową – Mówię o oczach, nie o jej cyckach, Bartman!
 - A to nic ciekawego – machnął od niechcenia ręką.
 - Gdybyś widział jak tymi oczyma na mnie patrzyła, zmieniłbyś zdanie, stary.
 - Ty zmieniłbyś zdanie co do cycków, gdybyś widział te, które ja oglądałem kilka dni temu – wyszczerzył się głupkowato Zbyszek, na co jego towarzysz ponownie z politowaniem pokręcił głową.
Lubił się zabawić, to prawda. W końcu był młody, wolny, kobiety zawsze do niego lgnęły. On też je uwielbiał, ale nigdy nie traktował ich przedmiotowo. W pewnym sensie był podobny do Bartmana, a jednak tak wiele ich różniło.
 - O proszę! Czułem, że dziś tu będziesz – jego rozmyślania przerwał głos Zibiego.
Paul podniósł głowę i zamarł. Tuż przed nim stała ona. Właścicielka najbardziej niesamowitych, brązowych oczu, jakie w życiu widział. Biust też miała niezły, tu musiał przyznać Bartmanowi rację.
 - Paul, to właśnie Karolina.
I tyle z bliższej znajomości z rudą – przebiegło mu przez myśl. Skoro była zainteresowana Zbyszkiem, on nie miał u niej żadnych szans.
 - Paul – mruknęła, ani na sekundę nie odrywając od niego spojrzenia. Zupełnie, jakby byli sami. Usiadła obok, ocierając się o niego ramieniem. Przycisnęła udo do jego uda, a on przepadł z kretesem. Wiedział już, ze zrobi dla niej absolutnie wszystko.


Oni

Najwięcej kłopotu sprawiło jej dowiedzenie się, kim jest ów tajemniczy brunet z czarnego auta. Potem poszło już lekko, łatwo i przyjemnie. Zibi nawet nie zorientował się kiedy wyciągnęła z niego wszystkie interesujące informacje o jego przyjacielu. Włącznie z miejscem i godziną ich spotkania. A gdy już siedziała tak blisko niego, że czuła każdy poruszający się mięsień jego ciała, poczuła, że odczucia całkowicie ją pochłaniają. Zniknął Zbyszek, zniknęli też wszyscy inni otaczający ich ludzie. Byli tylko oni.
I jedno i drugie dobrze wiedziało, jak skończy się ten wieczór. Chemia pomiędzy nimi była prawie widoczna, powietrze dookoła było jakby naładowane elektrycznością, każde wypowiedziane słowo zdawało się mieć drugie dno, zmysłowy podtekst, który rozumieli tylko oni.
Nawet nie zauważyli, kiedy zostali sami. Dziwił ich trochę fakt, że potrafili porozumieć się bez zbędnych słów, wystarczyło spojrzenie. Oboje, jak na komendę, podnieśli się z kanapy i mocno trzymając się za ręce, ruszyli do wyjścia.
Padało. Ciepły, wiosenny deszcz jednak ani odrobinę im nie przeszkadzał. Nucąc pod nosem deszczową piosenkę, szli obok siebie po opustoszałym chodniku.
 - Wiedziałam jak to się skończy już wtedy, stojąc na środku ulicy – odezwała się, gdy otwierał przed nią drzwi mieszkania.
 - I dlatego mnie znalazłaś?
 - Tak to wygląda, prawda? – uśmiechnęła się, popychając go na zamknięte drzwi – Może to tylko sen?
 - Bardzo rzeczywisty – mruknął, jednym, zwinnym ruchem zamieniając się z nią na miejsca.
 - Lubię takie sny – wymruczała mu do ucha, drażniąc je gorącym oddechem.
Jej małe dłonie wolno przesuwały się po jego torsie i ramionach, odpinały małe, przeźroczyste guziki koszuli, drażniły, bawiły się z nim. Ale on nie zamierzał długo pozwalać jej na takie zabawy. Przycisnął ją do drzwi swoim ciałem i pochylił się do jej ust.
Oszalała. Po raz pierwszy to nie ona dyktowała warunki, nigdy dotąd nie dała się zdominować. Ze zdziwieniem stwierdziła, ze nawet jej się to podoba. Uwielbiała jego dłonie, które z każdą kolejną minutą stawały się coraz śmielsze, coraz gorętsze.
Oderwał się od jej ust i patrząc jej w oczy, pozbawił ją po kolei wszystkich części garderoby. Uśmiechnął się z samozadowoleniem, widząc, jaką ma nad nią władzę. Wiedział, że w tej chwili byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko.
Czując jego usta na dekolcie, wbiła mu paznokcie w plecy. Przesunęła ręce od jego łopatek, aż do paska spodni, zostawiając piekące, czerwone ślady. Nie zwrócił na to uwagi. Odpięła pasek i spojrzała w jego czarne oczy.
Chwycił ją za biodra i uniósł tak, że oplotła go nogami w pasie, oparł plecami o zimne, mahoniowe drzwi i wolno na siebie opuścił. Wbiła zęby w jego ramię, głośno jęknęła i poddała się wszechogarniającemu uczuciu rozkoszy.


Gdy się obudziła, on jeszcze spał. Pozbierała swoje rzeczy, ubrała się i wyszła. Nie mogła zostać, chociaż może i by chciała. Wieczorem wracała do Stanów, a przecież musiała się jeszcze spakować i załatwić kilka spraw. Nie miała wyjścia, musiała go zostawić, licząc na to, że może kiedyś jeszcze będzie jej dane go spotkać.

Otworzył oczy i przesunął rękę na drugą stronę łóżka, gdzie powinna spać Karolina. Jednak jej nie było. Pościel była zimna, na poduszce nie zostało nawet wgniecenie. Jedynie lekki kwiatowy zapach jej perfum mówił mu, że ostatnia noc nie była snem. Zapach perfum i mały, złoty kolczyk w kształcie gwiazdy, który znalazł pod poduszką.




To jeszcze nie koniec, o nie... :P
Smunto... 




niedziela, 15 września 2013

~*III*~





~*III*~



W ciągu kolejnych kilkunastu dni moje życie było istnym cyrkiem. Matt oscarowo grał rolę zakochanego we mnie do szaleństwa, mnie też z niewielkim trudem przychodziło udawanie zainteresowanej nim. Polubiłam go. Alex, którego dopadła kontuzja, ciągle bawił się w podchody, miałam czasami wrażenie, że chciałby, żeby było jak dawniej, ale niestety nie mogło już tak być. I nie chodziło nawet o to, że tak bardzo mnie wtedy zranił. Po prostu w ciągu tych kilku lat skutecznie się z niego wyleczyłam. Zastanawiałam się nawet, czy w ogóle go kochałam, czy po prostu zakochałam się w fakcie, że ktoś taki jak on zwrócił uwagę na kogoś takiego jak ja. Największy problem był jednak z Bartkiem. Był nieznośny jak małe dziecko. I zachowywał się jak typowy pies ogrodnika, sam nie zamierzał dotykać, ale innym też nie miał zamiaru na to pozwalać. Dlatego właśnie wyjazd z Mattem do Stanów był istnym wybawieniem.
 - Nareszcie! Cisza, spokój, zero Kurka – mruczę, rozsiadając się wygodnie w fotelu.
 - Poczekaj, aż dopadnie cię moja rodzinka – uśmiecha się siedzący obok brunet.
 - Jestem na to przygotowana. Poważnie!
 - Na to nie można się przygotować, uwierz. Ja sam czasami mam ochotę zwiać, gdy się na mnie uwezmą.
 - Na szczęście teraz będziesz miał ochronę.
 - W końcu mama da mi spokój – mruczy z komiczną miną – Ona ciągle szuka mi żony. Będzie zachwycona, że sam się tym zająłem.
 - Myślisz, że w to uwierzy?
 - A czemu miałaby nie wierzyć? – spogląda na mnie maślanymi oczyma, a ja parskam śmiechem.
 - Gdy już skończysz z siatkówką, powinieneś poważnie pomyśleć o aktorstwie. Świetnie ci to wychodzi.
 - Tobie też nie najgorzej. Zwłaszcza, jak Alex jest w pobliżu, a ty tak zawzięcie się na mnie rzucasz.
 - Jesteś okropny! Wcale się na ciebie nie rzucam!
 - Może i nie, ale jeśli odegrasz coś takiego przed moją matką, zacznie nam planować ślub. Do czego sumiennie dołączą się wszystkie ciotki i kuzynki – wzdycha głęboko – Strasznie to czasami męczące, ale nie potrafię sobie nawet wyobrazić, żeby ich nie było.
Uśmiecham się pod nosem, widząc jego szczęśliwą minę. Niezaprzeczalnie cieszy się z tego spotkania z rodziną. Niektórych nie widział pewnie od wieków, co przy jego zawodzie jest zupełnie normalne. W domu jest gościem. Ale wraca. Ja nie byłam w Polsce od ponad pięciu lat. Nie miałam do kogo wracać…
 - Posmutniałaś – zauważa.
 - Pomyślałam o rodzicach. Miałam 16 lat, gdy zginęli w wypadku…
Nic nie mówi. Zaciska swoją wielką dłoń na mojej, to zupełnie wystarcza. Opieram głowę na jego ramieniu i zamykam oczy. Dobrze jest mieć go przy sobie – przebiega mi przez głowę – dobrze byłoby mieć go zawsze…

Przesuwając wolno dłońmi po ramionach Matta, kątem oka obserwuję jego matkę i towarzyszące jej ciotki, babki i kuzynki. Szepczą coś do siebie, chichoczą, ani na moment nie spuszczając z nas swoich oczu. Matt miał rację, one już planowały nam ślub, a przecież my tylko tańczyliśmy.
 - One mnie przerażają – mruczę, przysuwając się bliżej niego.
 - Jutro wyjeżdżamy, dasz radę – patrzy mi w oczy z tym swoim uśmieszkiem – Powinienem ci ładnie podziękować. Przynajmniej one nie przyprowadzają mi jakichś…
 - Nie kończ. Matti, zrobiłbyś dla mnie to samo. Właściwie robisz.
 - Czyli jesteśmy kwita? – szczerzę się – Matt, chyba powinniśmy im wytłumaczyć, że my to tak nie na poważnie. Po co robić im nadzieję?
 - Maja, z nimi nie wygrasz, uwierz. One wiedzą swoje. Ale możesz spróbować – zatrzymuje się nagle i pociąga mnie w ich kierunku.
 - Och Matti, jak wy słodko razem wyglądacie – zachwyca się jego matka.
 - A ja już zaczynałam tracić nadzieję, że znajdziesz sobie jakąś miłą panienkę bez naszej pomocy – dodaje któraś z kuzynek.
 - A Maja to ładna dziewczyna – babcia oczywiście też musiała dodać coś od siebie.
 - A jakie dzieci ładne będą!
 - Ale my nie… - próbuję coś powiedzieć, ale niestety kochane kobiety nie dają mi dojść do słowa.
 - Oczywiście, że nie! Dzieci dopiero po ślubie!
 - No właśnie, Matti, to kiedy ślub?
 - Będziesz pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się żenię mamo, obiecuję. A teraz przepraszam, porywam Maję na spacer.
Nigdy raczej nie pociągały mnie spacery w blasku księżyca. Przestałam być niepoprawną romantyczką, wierzącą w wielką miłość do końca życia w dniu, w którym odszedł Alex. Starałam się twardo stąpać po ziemi i nie bujać w obłokach. I co najważniejsze, nie wyobrażać sobie Bóg wie czego po jednym czy dwóch spotkaniach.
Ale z Matthew było inaczej. I chociaż dobrze wiedziałam, ze to tylko gra, nic poważnego, w mojej niepoprawnej głowie zrodziła się myśl, że miło byłoby móc spacerować z nim tak częściej. Dużo częściej. Po raz kolejny zapragnęłam, żeby został ze mną już na zawsze.
 - Zamyśliłaś się – zauważa, wyrywając mnie z dalekiej podróży – Gdzie byłaś?
Tutaj, z tobą.
 - Tu i tam – uśmiecham się krzywo, spoglądając na niego kątem oka – Wiesz, tak tu cicho i spokojnie, że czuję się trochę nieswojo. Przywykłam już do tego meczowo-treningowego zamieszania i chaosu.
 - Taaak, można to naprawdę polubić.
 - Oto zdanie eksperta! – żartuję sobie, a on mrozi mnie tym swoim ciemnoszarym spojrzeniem. Jednak gdy nasze spojrzenia się krzyżują, wyraz jego oczu nagle się zmienia. Nabierają dziwnego, ciepłego blasku. Wyprzedza mnie, zatrzymuje się i przyciąga do siebie tak, że opieram czoło na jego ramieniu. Na skroni czuję powiew jego gorącego oddechu, mój żołądek zdaje się żyć swoim życiem. Serce też.
 - Jesteś skarbem, maleńka – mruczy, po czym pochyla się przyciskając usta do moich ust.


Powrót do Moskwy trochę mnie przerażał, ale wcale nie było tak źle. Zdecydowanie na plus przemawiał fakt, że Alex w końcu wrócił do siebie. Na horyzoncie ciągle jeszcze zostawał Kurek, ale jego Nat starała się trzymać krótko. Strasznie zazdrosna z niej dziewczyna. Najwidoczniej nie do końca jest pewna tego, co Bartek do niej czuje. Ale żeby we mnie widzieć zagrożenie? Przecież ja swojego księciunia już odnalazłam. Za oceanem, w innej strefie czasowej, ale jednak.
 - Maja! No wreszcie jesteś! – Bartosz, jak to on, biegiem rusza w moją stronę i porywa mnie w ramiona, kręcąc się dookoła własnej osi.
 - Bartosz, zachowuj się jak dorosły facet, dobrze? Co o tobie pomyśli twoja dziewczyna?
 - Narzeczona – wcina się do rozmowy Natalia, przeczesując włosy palcami i całkiem przypadkowo chwaląc się pierścionkiem.
 - Dzieciaku! Gratulacje! – zaciskam ramiona na kurkowej szyi.
 - A jak tam ty i ten… Nie przyjechał tu z tobą?
 - Nie mógł niestety – uśmiecham się do blondynki, nie mówiąc nic więcej.
 - Tak to już z nimi jest, wykorzystają i zostawią – kiwa głową ze zrozumieniem.
 - Wiesz coś na ten temat, tak?
 - Ale chyba w ciąży nie jesteś?! – drze się Kurek.
 - Nie wiem, Bartuś. Jeszcze za szybko, żeby to stwierdzić – uśmiecham się szeroko, wyciągając z torebki białą, grubą teczkę – Wiecie co tu mam, smerfy?! – drę się tak, żeby wszyscy mnie usłyszeli.
 - Premie? – odzywa się Grankin.
 - Żartowniś. Panowie, ten tydzień jest naszym ostatnim wspólnym tygodniem. Potem pakuję manatki i wyjeżdżam.
 - No chyba nie powiesz mi, że do niego! – piszczy Bartek – Nie możesz! To mój przyjaciel!
 - Tak, Bartosz, ja wiem. Ale z miłością nie wygrasz…




I to by było na tyle :)








sobota, 7 września 2013

II




~*II*~




Podanie Kurkowi własnego adresu było z mojej strony wielkim błędem, chociaż przekonałam się o tym w zasadzie niedawno. Początkowo zjawiał się co jakiś czas, za każdym razem się zapowiadając. Prosił wtedy, żebym robiła swoje popisowe czekoladowe ciasto i miała w szafce tę herbatę, którą uwielbiał. To mogłam jeszcze zdzierżyć. Nie było to zbyt uciążliwe. Ba, było nawet przyjemne. Było, do czasu.
Z upływem czasu przyłaził coraz częściej i jednocześnie coraz rzadziej były to wizyty zapowiedziane. Nie, żebym go nie lubiła, broń Boże. Po prostu czasami naprawdę byłam zajęta, a on potrafił zawracać mi głowę, przez całe popołudnie i wieczór. Zwłaszcza wtedy, gdy dopadły go kontuzje. Znudzony Kurek, to bardzo nieznośny Kurek…
Siedzę nad stertą klubowych dokumentów, gdy do moich uszu dociera dźwięk otwieranych drzwi. Wiem, że to on. Mogłabym powiedzieć, że wyczuwam go wręcz po zapachu, co nie do końca odbiegałoby od prawdy. Kurkowe perfumy czuć już w salonie, chociaż on dopiero co zaczął zdejmować kurtkę.
 - Powinieneś tu zamieszkać, naprawdę – mruczę sarkastycznie, gdy pojawia się w drzwiach.
 - Nie mam zamiaru – przysiada na biurku, nie odzywając się ani słowem. Wiem, na co czeka.
 - No już. Gadaj – podnoszę głowę, by spojrzeć mu w oczy. Mrugam trochę nerwowo, gdy zdaję sobie sprawę, jak jest blisko.
 - Chciałem ci tylko powiedzieć, że już ci nie będę się zwalał na głowę. Jutro przyjeżdża Natalia i jestem pewien, ze razem jakoś wymyślimy coś, co zajmie nam nudne popołudnia i wieczory – szczerzy się, a ja nie rozumiem, o czym do mnie mówi. Jest zdecydowanie za blisko.
 - Czekaj, czegoś nie rozumiem. Kto to jest Natalia? I czemu mówisz mi o niej dopiero teraz, przecież na pewno dużo wcześniej wiedziałeś, ze przyjedzie.
 - Natalia to moja dziewczyna. Nie chciałem ci głowy zawracać… Bo wiesz, ja tak się cieszę, że ona przyjedzie, że pewnie gdybym ci powiedział wcześniej, cały czas bym o niej gadał. O widzisz? Już gadam tylko o niej – uśmiecha się przepraszająco.
Nawija dalej, ale ja już go nie słucham. Z jego poplątanych wypowiedzi wyłapuję tylko jedno słowo. Natalia. Jego dziewczyna. Niewidzącymi oczyma wpatruję się w ścianę. On nie jest sam. Co ja sobie w ogóle myślałam? Że gwiazda światowej siatkówki, ktoś, kto ma takie oczy i usmiech, jest sam? Przecież on kilka miesięcy temu skończył już 24 lata. Mój ojciec w tym wieku miał już żonę i dziecko…
 - Słuchasz mnie w ogóle?
 - Nie – uśmiecham się krzywo, opanowując chęć wyrzucenia go z mieszkania.
 - Maja, ja wiem, że możesz być zła, ale…
 - Powiesz o niej jeszcze słowo, to oberwiesz, obiecuję ci to.
 - Więc nie jesteś zła?
 - Zła o co?
 - O Nati.
 - Kurek, imbecylu! Czy ty uważasz, że ja… Że ja cię… Kurek, popierdoliło cię?!
 - Więc… A Grankin mówił, że ty mnie kochasz!
Kodowanie: zabić Grankina przy najbliższej okazji. Albo chociaż postraszyć, go że ukatrupię.
 - Bartek, przyjaźnimy się. Wybacz, ale nie mogłabym cię kochać. To byłoby jak kazirodztwo – dziwię się samej sobie, że te kłamstwa tak łatwo przechodzą mi przez gardło. Bo ja zdecydowanie mogłabym się w nim zakochać. Myślę nawet, że proces ten już od kilku tygodni jest w toku.
 - Świetnie! Natka przyjedzie jutro, pewnie będzie chciała odpocząć, ale pojutrze musisz wpaść na kolację! Musicie się poznać!
 - Jasne, Bartek. Na pewno przyjdę. Dzięki za zaproszenie.
 - To ja ci już nie będę dupy zawracał. Pracuj sobie spokojnie. Do zobaczenia jutro na treningu! – wrzeszczy, idąc w stronę korytarza. Po chwili słyszę zatrzaskujące się za nim drzwi.
 - Pracuj spokojnie – prycham pod nosem – Teraz to na pewno będę w stanie. By cię diabli wzięli, Kurek!

Nieszczęścia chodzą parami. Babcia zawsze mi to powtarzała, a ja za każdym razem tylko głupkowato się uśmiechałam. Bo czemu by nie? Nigdy nie miałam aż takiego pecha, by przyciągać dwie tragedie jednocześnie. Nie miałam aż do dziś.
Stoję przy wejściu na halę i kompletnie nie wiem co ze sobą zrobić. Z jednej strony widzę Kurka z dziewczyną, z drugiej zaś, co dołuje mnie chyba bardziej od Bartka i Nat, zauważam Alexa. Co on tu robi? I jak może po tym co zrobił, tak po prostu mi się przyglądać? Jak może się tak do mnie uśmiechać? Jak może tu w ogóle być?
 - Maja! – woła, ruszając w moją stronę.
Mam wielką ochotę wycofać się i zamknąć się w swoim gabinecie, jak najzwyklejszy tchórz. Robię nawet kilka kroków w tył, ale wpadam na coś twardego, co jednak ścianą nie jest. Odwracam się i staję twarzą w twarz z szarookim brunetem. Z roztargnieniem spoglądam najpierw w jego oczy, a potem na dłonie. Brak obrączki to dobry znak. Nieznajomy, zupełnie jakby czytał w moich myślach, z uśmiechem na ustach unosi brwi do góry. A potem, jak gdyby nigdy nic, pochyla się i dotyka ustami mojego policzka.
 - Tęskniłaś, mała? – pyta, z przekornym błyskiem w oczach.
 - Przecież nie było cię tylko tydzień – macham znudzona ręką, po czym z cichym piskiem rzucam się mu na szyję.
 - Należy ci się Oscar. Świetna gra, taka realistyczna – szepcze mi do ucha. Wyczuwam, że się uśmiecha.
 - Chyba Złota Malina – burczę.
Odrywam się od niego, a on obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do swojego boku, zupełnie jakby robił to od zawsze. I nagle przestaje się liczyć Kurek i jego dziewczyna oraz zbliżający się z zaskoczoną miną Vołkow. Czuję się bezpiecznie, zupełnie, jakbym mogła stawić czoło całemu światu. I wygrać.
 - Cześć, Lex! Co tam u ciebie? – pytam z lekko wymuszonym uśmiechem. Brzmi to nawet nie najgorzej, prawie zupełnie swobodnie.
 - W  zasadzie nic nowego – mówi trochę zbity z tropu – Ale widzę, że u ciebie trochę się zmieniło.
 - Chyba nie myślałeś, że po pięciu latach nadal będę ryczeć przez ciebie w poduszkę? – nie wierzę, że powiedziałam coś takiego.
 - Nie… Nie, nie myślałem… Szczęściarz z ciebie, Anderson – kiwa głową, patrząc na ciągle przytulającego mnie bruneta.
 - To ja jestem szczęściarą – wbijam kolejną szpilę. Niech odczuje chociaż małą namiastkę tego, co ja przeżyłam pięć lat temu – Wybacz, ale… Sam rozumiesz – uśmiecham się przepraszająco, po czym chwytam dużą i ciepłą dłoń bruneta, wyciągając go za sobą na korytarz.
We własnym gabinecie, wreszcie naprawdę bezpieczna, opieram się o drzwi i wzdycham głęboko. Patrzę na mojego bohatera, uśmiechając się trochę niepewnie.
 - Tłumacz się – mówi, ciągle jednak się uśmiecha.
 - Do Kurka przyjechała dziewczyna, cholerny idiota nic mi nie powiedział! I jakby tego było mało, przypałętał się jeszcze Alex! Nie wiem po jaką cholerę! Pięć lat go nie było! Cholerne pięć lat! I co? Myśli sobie teraz, że może od tak wrócić i wszystko będzie jak dawniej?! Ooo niedoczekanie jego! – wyrzucam z siebie słowa z prędkością serii z karabinu maszynowego – Potrzebuję przyjaciela.
 - Dobrze się składa, bo ja potrzebuję przyjaciółki – szczerzy się wesoło, jego oczy błyszczą się jak dwa diamenciki – Kuzynka wychodzi za mąż. Jeżeli pojadę sam, matka znów będzie się nade mną znęcać. A do tego trener szuka mi dziewczyny.
 - To się naprawdę dobrze złożyło – kiwam głową, podchodząc do niego – Jestem Mariola Ratajczyk. Po prostu Maja – dodaję, widząc jego przerażoną minę.
 - Maja – powtarza ze skupioną miną – Matt Anderson. Osobisty odstraszacz byłych chłopaków.
 - Cuuudnie!





Ciągle jestem... 
Oni też są. Zdecydowanie są.
Może torcik?? ^^