środa, 25 września 2013

CZĘŚĆ PIERWSZA





Biegnij za miłością,
A z pewnością ci ucieknie
Uciekaj przed miłością,
A ona pobiegnie za tobą.


CZĘŚĆ PIERWSZA
POLSKA


ona


Carol Jaworska, amerykanka polskiego pochodzenia, przechodziła właśnie przez pasy, gdy coś ją tknęło. Nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających ją ludzi, zatrzymała się i spojrzała na siedzącego w czarnym audi bruneta. Też się w nią wpatrywał. I to tak się wpatrywał, iż zaczynała zastanawiać się, czy ciągle ma na sobie ubranie, czy może ów brunet pozbawił jej go tą magnetyczną siłą spojrzenia. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby jej dopasowane dżinsy w strzępach leżały koło jej stóp, a kurtka wisiała gdzieś na drzewie.
Ale ciągle była ubrana. Niestety.
 - Paniusiu! Rusz ten tyłek, ruch tamujesz!
Usta bruneta rozciągnęły się w krzywym, kpiącym uśmieszku. Pewnie uważał ją za totalną idiotkę. Ona jednak miała inne zdanie na ten temat. Nie czuła się idiotką. Odwzajemniła się mężczyźnie podobnym uśmiechem, po czym najnormalniej w świecie ruszyła przed siebie, miarowo stukając w podłoże wysokimi obcasami. W głowie ciągle jednak miała nieznajomego bruneta. Jeszcze nieznajomego. Dla Carol nie było rzeczy niemożliwych i niewykonalnych. Postanawiała coś sobie i zawsze tego postanowienia dotrzymywała. A teraz postanowiła, że ów brunet musi wylądować w jej łóżku. Na godzinę, noc, dwie… Nieważne. Chciała go mieć i tyle.
Ale jeszcze nie teraz. Nie dziś i prawdopodobnie nie jutro. Dziś była zajęta kimś innym. Zielonooki brunet, wysoki i dobrze zbudowany, czekał już na nią w swoim mieszkaniu. Nie zamierzała marnować już ani chwili dłużej, na głupie rozmyślania o przyszłości. Przyszłości związanej z kimś zupełnie innym. Przyszłości, która jak zwykle, zakończy się po kilkunastu godzinach.
Wjeżdżając windą na 6 piętro, rozpięła guziki kurtki i poprawiła niebieską bluzkę, którą miała na sobie. Zawsze lubiła ten kolor, najmniejszej uwagi nie zwracała na to, że jej obecny „chłopak” zdecydowanie wolałby widzieć ją w czymś czerwonym. Albo różowym. Tak. On zdecydowanie miał słabość do różu. Ale czego innego można spodziewać się po facecie, którego domowym zwierzakiem jest York?
 - Karolina! – ucieszył się wyraźnie, widząc ją w drzwiach. Skrzywiła się lekko, słysząc polską wersję własnego imienia, ale postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. Nie w takiej chwili.
Brunet wciągnął ją do środka, wpijając się w jej usta. Tak, to zdecydowanie wychodziło mu dobrze. Właśnie dlatego odwiedzała go już kolejny raz. Umiał zatroszczyć się o kobietę i jej potrzeby. Zdecydowanie. I chociaż dobrze wiedział, że dziewczyna niedługo będzie musiała wracać do Stanów, zupełnie się tym nie przejmował. W pewnym sensie był taki, jak ona. Nie szukał stałego związku, związywał się z kimś na kilka dni, a potem mówił „cześć” i odchodził. Tak po prostu.
Zrzucając z siebie ubrania, przemierzyli drogę do sypialni. Nie obyło się bez kilku małych wypadków, w których ucierpiał wazon i leżący na stoliku plik gazet. To jednak nie miało znaczenia. Liczyło się zupełnie co innego.


On

Przesuwając szklankę po wypolerowanym stoliku, wpatrywał się w poruszający się w niej brązowy płyn. Ten brąz, lekko złocisty, błyszczący, przypominał mu oczy rudzielca, którego widział kilka dni wcześniej na przejściu dla pieszych. Była daleko, ale nie mógł nie zauważyć koloru i wyrazu jej oczu. Dobrze wiedział, o czym myślała, patrząc na niego. On myślał dokładnie o tym samym.
 - Halo! Tu Ziemia! – jego rozmyślania przerwał brunet, wracający do stolika – Coś ty taki zadumany?
 Brunet przyjrzał się koledze z przechyloną w bok głową. Zibi był jaki był, ale zdecydowanie potrafił doradzić. Zwłaszcza w sprawach związanych z kobietami. Uważał się za eksperta, co dla Paula było lekką przesadą. Kobiet przecież zrozumieć się nie da…
 - O oczach myślałem – przyznał się.
 - O oczach – powtórzył jak echo Zibi – To ciekawe. Co z tymi oczami?
 - Duże, brązowe…
 - Była Murzynką?! – oczy bruneta stały się wręcz okrągłe ze zdziwienia.
 - Murzynką? Co ty…?  - zaczął Paul, ale urwał. Spojrzał na przyjaciela i pokiwał z politowaniem głową – Mówię o oczach, nie o jej cyckach, Bartman!
 - A to nic ciekawego – machnął od niechcenia ręką.
 - Gdybyś widział jak tymi oczyma na mnie patrzyła, zmieniłbyś zdanie, stary.
 - Ty zmieniłbyś zdanie co do cycków, gdybyś widział te, które ja oglądałem kilka dni temu – wyszczerzył się głupkowato Zbyszek, na co jego towarzysz ponownie z politowaniem pokręcił głową.
Lubił się zabawić, to prawda. W końcu był młody, wolny, kobiety zawsze do niego lgnęły. On też je uwielbiał, ale nigdy nie traktował ich przedmiotowo. W pewnym sensie był podobny do Bartmana, a jednak tak wiele ich różniło.
 - O proszę! Czułem, że dziś tu będziesz – jego rozmyślania przerwał głos Zibiego.
Paul podniósł głowę i zamarł. Tuż przed nim stała ona. Właścicielka najbardziej niesamowitych, brązowych oczu, jakie w życiu widział. Biust też miała niezły, tu musiał przyznać Bartmanowi rację.
 - Paul, to właśnie Karolina.
I tyle z bliższej znajomości z rudą – przebiegło mu przez myśl. Skoro była zainteresowana Zbyszkiem, on nie miał u niej żadnych szans.
 - Paul – mruknęła, ani na sekundę nie odrywając od niego spojrzenia. Zupełnie, jakby byli sami. Usiadła obok, ocierając się o niego ramieniem. Przycisnęła udo do jego uda, a on przepadł z kretesem. Wiedział już, ze zrobi dla niej absolutnie wszystko.


Oni

Najwięcej kłopotu sprawiło jej dowiedzenie się, kim jest ów tajemniczy brunet z czarnego auta. Potem poszło już lekko, łatwo i przyjemnie. Zibi nawet nie zorientował się kiedy wyciągnęła z niego wszystkie interesujące informacje o jego przyjacielu. Włącznie z miejscem i godziną ich spotkania. A gdy już siedziała tak blisko niego, że czuła każdy poruszający się mięsień jego ciała, poczuła, że odczucia całkowicie ją pochłaniają. Zniknął Zbyszek, zniknęli też wszyscy inni otaczający ich ludzie. Byli tylko oni.
I jedno i drugie dobrze wiedziało, jak skończy się ten wieczór. Chemia pomiędzy nimi była prawie widoczna, powietrze dookoła było jakby naładowane elektrycznością, każde wypowiedziane słowo zdawało się mieć drugie dno, zmysłowy podtekst, który rozumieli tylko oni.
Nawet nie zauważyli, kiedy zostali sami. Dziwił ich trochę fakt, że potrafili porozumieć się bez zbędnych słów, wystarczyło spojrzenie. Oboje, jak na komendę, podnieśli się z kanapy i mocno trzymając się za ręce, ruszyli do wyjścia.
Padało. Ciepły, wiosenny deszcz jednak ani odrobinę im nie przeszkadzał. Nucąc pod nosem deszczową piosenkę, szli obok siebie po opustoszałym chodniku.
 - Wiedziałam jak to się skończy już wtedy, stojąc na środku ulicy – odezwała się, gdy otwierał przed nią drzwi mieszkania.
 - I dlatego mnie znalazłaś?
 - Tak to wygląda, prawda? – uśmiechnęła się, popychając go na zamknięte drzwi – Może to tylko sen?
 - Bardzo rzeczywisty – mruknął, jednym, zwinnym ruchem zamieniając się z nią na miejsca.
 - Lubię takie sny – wymruczała mu do ucha, drażniąc je gorącym oddechem.
Jej małe dłonie wolno przesuwały się po jego torsie i ramionach, odpinały małe, przeźroczyste guziki koszuli, drażniły, bawiły się z nim. Ale on nie zamierzał długo pozwalać jej na takie zabawy. Przycisnął ją do drzwi swoim ciałem i pochylił się do jej ust.
Oszalała. Po raz pierwszy to nie ona dyktowała warunki, nigdy dotąd nie dała się zdominować. Ze zdziwieniem stwierdziła, ze nawet jej się to podoba. Uwielbiała jego dłonie, które z każdą kolejną minutą stawały się coraz śmielsze, coraz gorętsze.
Oderwał się od jej ust i patrząc jej w oczy, pozbawił ją po kolei wszystkich części garderoby. Uśmiechnął się z samozadowoleniem, widząc, jaką ma nad nią władzę. Wiedział, że w tej chwili byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko.
Czując jego usta na dekolcie, wbiła mu paznokcie w plecy. Przesunęła ręce od jego łopatek, aż do paska spodni, zostawiając piekące, czerwone ślady. Nie zwrócił na to uwagi. Odpięła pasek i spojrzała w jego czarne oczy.
Chwycił ją za biodra i uniósł tak, że oplotła go nogami w pasie, oparł plecami o zimne, mahoniowe drzwi i wolno na siebie opuścił. Wbiła zęby w jego ramię, głośno jęknęła i poddała się wszechogarniającemu uczuciu rozkoszy.


Gdy się obudziła, on jeszcze spał. Pozbierała swoje rzeczy, ubrała się i wyszła. Nie mogła zostać, chociaż może i by chciała. Wieczorem wracała do Stanów, a przecież musiała się jeszcze spakować i załatwić kilka spraw. Nie miała wyjścia, musiała go zostawić, licząc na to, że może kiedyś jeszcze będzie jej dane go spotkać.

Otworzył oczy i przesunął rękę na drugą stronę łóżka, gdzie powinna spać Karolina. Jednak jej nie było. Pościel była zimna, na poduszce nie zostało nawet wgniecenie. Jedynie lekki kwiatowy zapach jej perfum mówił mu, że ostatnia noc nie była snem. Zapach perfum i mały, złoty kolczyk w kształcie gwiazdy, który znalazł pod poduszką.




To jeszcze nie koniec, o nie... :P
Smunto... 




3 komentarze:

  1. Bardzo smutno.. Ale na szczęście postanowiłaś coś opublikować, czym skutecznie poprawiłaś mi humor :D
    No, no.. Carol korzysta z życia i używa go ile tylko może. Ciekawe, co by powiedział Bartman, gdyby się dowiedział, że jego bądź co bądź była "chwilówka" sypia z jego kumplem? Mogłoby być ciekawie. Mam tylko takie dziwne przeczucie, że ani dla niej, ani dla Łośka to nie była niezobowiązująca noc...
    Pozdrawiam, Anna :*
    /releve-moi/

    OdpowiedzUsuń
  2. Uhuhuhuhu :D
    Łośman w formie ;D Żeby tak rozbierać dziewczyny na ulicy wzrokiem, no no :D nie jedzie czasem w moje okolice? :P
    Zibi :D pewno mu ciśnienie skoczyło jak poszedł w odstawkę :D no ale swoje skorzystał i użył :P
    A Paul to faktycznie się spodziewał zastać Karolinę rano, marzyciel ;) Jednak łączy ich USA no i cóż, oczekuję, że się spotkają :D
    Na równie miłą schadzkę czy coś tam, żeby poroża nie miał za dużego ;P i niech ona nie leci tam przez Argentynę ;P
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. o kurde Łośman! *.*

    chyba przez fakt, że to właśnie on, nie jestem w stanie nic więcej napisać ;c

    OdpowiedzUsuń