~*III*~
W ciągu kolejnych kilkunastu dni moje życie było
istnym cyrkiem. Matt oscarowo grał rolę zakochanego we mnie do szaleństwa, mnie
też z niewielkim trudem przychodziło udawanie zainteresowanej nim. Polubiłam
go. Alex, którego dopadła kontuzja, ciągle bawił się w podchody, miałam czasami
wrażenie, że chciałby, żeby było jak dawniej, ale niestety nie mogło już tak
być. I nie chodziło nawet o to, że tak bardzo mnie wtedy zranił. Po prostu w
ciągu tych kilku lat skutecznie się z niego wyleczyłam. Zastanawiałam się
nawet, czy w ogóle go kochałam, czy po prostu zakochałam się w fakcie, że ktoś
taki jak on zwrócił uwagę na kogoś takiego jak ja. Największy problem był
jednak z Bartkiem. Był nieznośny jak małe dziecko. I zachowywał się jak typowy
pies ogrodnika, sam nie zamierzał dotykać, ale innym też nie miał zamiaru na to
pozwalać. Dlatego właśnie wyjazd z Mattem do Stanów był istnym wybawieniem.
- Nareszcie!
Cisza, spokój, zero Kurka – mruczę, rozsiadając się wygodnie w fotelu.
- Poczekaj,
aż dopadnie cię moja rodzinka – uśmiecha się siedzący obok brunet.
- Jestem na
to przygotowana. Poważnie!
- Na to nie
można się przygotować, uwierz. Ja sam czasami mam ochotę zwiać, gdy się na mnie
uwezmą.
- Na
szczęście teraz będziesz miał ochronę.
- W końcu
mama da mi spokój – mruczy z komiczną miną – Ona ciągle szuka mi żony. Będzie
zachwycona, że sam się tym zająłem.
- Myślisz, że
w to uwierzy?
- A czemu
miałaby nie wierzyć? – spogląda na mnie maślanymi oczyma, a ja parskam
śmiechem.
- Gdy już
skończysz z siatkówką, powinieneś poważnie pomyśleć o aktorstwie. Świetnie ci
to wychodzi.
- Tobie też
nie najgorzej. Zwłaszcza, jak Alex jest w pobliżu, a ty tak zawzięcie się na
mnie rzucasz.
- Jesteś
okropny! Wcale się na ciebie nie rzucam!
- Może i nie,
ale jeśli odegrasz coś takiego przed moją matką, zacznie nam planować ślub. Do
czego sumiennie dołączą się wszystkie ciotki i kuzynki – wzdycha głęboko – Strasznie
to czasami męczące, ale nie potrafię sobie nawet wyobrazić, żeby ich nie było.
Uśmiecham się pod nosem, widząc jego szczęśliwą
minę. Niezaprzeczalnie cieszy się z tego spotkania z rodziną. Niektórych nie
widział pewnie od wieków, co przy jego zawodzie jest zupełnie normalne. W domu
jest gościem. Ale wraca. Ja nie byłam w Polsce od ponad pięciu lat. Nie miałam
do kogo wracać…
- Posmutniałaś
– zauważa.
- Pomyślałam
o rodzicach. Miałam 16 lat, gdy zginęli w wypadku…
Nic nie mówi. Zaciska swoją wielką dłoń na mojej, to
zupełnie wystarcza. Opieram głowę na jego ramieniu i zamykam oczy. Dobrze jest
mieć go przy sobie – przebiega mi przez głowę – dobrze byłoby mieć go zawsze…
Przesuwając wolno dłońmi po ramionach Matta, kątem
oka obserwuję jego matkę i towarzyszące jej ciotki, babki i kuzynki. Szepczą
coś do siebie, chichoczą, ani na moment nie spuszczając z nas swoich oczu. Matt
miał rację, one już planowały nam ślub, a przecież my tylko tańczyliśmy.
- One mnie
przerażają – mruczę, przysuwając się bliżej niego.
- Jutro
wyjeżdżamy, dasz radę – patrzy mi w oczy z tym swoim uśmieszkiem – Powinienem
ci ładnie podziękować. Przynajmniej one nie przyprowadzają mi jakichś…
- Nie kończ.
Matti, zrobiłbyś dla mnie to samo. Właściwie robisz.
- Czyli
jesteśmy kwita? – szczerzę się – Matt, chyba powinniśmy im wytłumaczyć, że my
to tak nie na poważnie. Po co robić im nadzieję?
- Maja, z
nimi nie wygrasz, uwierz. One wiedzą swoje. Ale możesz spróbować – zatrzymuje
się nagle i pociąga mnie w ich kierunku.
- Och Matti,
jak wy słodko razem wyglądacie – zachwyca się jego matka.
- A ja już zaczynałam
tracić nadzieję, że znajdziesz sobie jakąś miłą panienkę bez naszej pomocy –
dodaje któraś z kuzynek.
- A Maja to
ładna dziewczyna – babcia oczywiście też musiała dodać coś od siebie.
- A jakie
dzieci ładne będą!
- Ale my nie…
- próbuję coś powiedzieć, ale niestety kochane kobiety nie dają mi dojść do
słowa.
- Oczywiście,
że nie! Dzieci dopiero po ślubie!
- No właśnie,
Matti, to kiedy ślub?
- Będziesz
pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się żenię mamo, obiecuję. A teraz
przepraszam, porywam Maję na spacer.
Nigdy raczej nie pociągały mnie spacery w blasku
księżyca. Przestałam być niepoprawną romantyczką, wierzącą w wielką miłość do
końca życia w dniu, w którym odszedł Alex. Starałam się twardo stąpać po ziemi
i nie bujać w obłokach. I co najważniejsze, nie wyobrażać sobie Bóg wie czego
po jednym czy dwóch spotkaniach.
Ale z Matthew było inaczej. I chociaż dobrze
wiedziałam, ze to tylko gra, nic poważnego, w mojej niepoprawnej głowie
zrodziła się myśl, że miło byłoby móc spacerować z nim tak częściej. Dużo
częściej. Po raz kolejny zapragnęłam, żeby został ze mną już na zawsze.
- Zamyśliłaś
się – zauważa, wyrywając mnie z dalekiej podróży – Gdzie byłaś?
Tutaj,
z tobą.
- Tu i tam –
uśmiecham się krzywo, spoglądając na niego kątem oka – Wiesz, tak tu cicho i
spokojnie, że czuję się trochę nieswojo. Przywykłam już do tego
meczowo-treningowego zamieszania i chaosu.
- Taaak,
można to naprawdę polubić.
- Oto zdanie
eksperta! – żartuję sobie, a on mrozi mnie tym swoim ciemnoszarym spojrzeniem.
Jednak gdy nasze spojrzenia się krzyżują, wyraz jego oczu nagle się zmienia.
Nabierają dziwnego, ciepłego blasku. Wyprzedza mnie, zatrzymuje się i przyciąga
do siebie tak, że opieram czoło na jego ramieniu. Na skroni czuję powiew jego
gorącego oddechu, mój żołądek zdaje się żyć swoim życiem. Serce też.
- Jesteś
skarbem, maleńka – mruczy, po czym pochyla się przyciskając usta do moich ust.
Powrót do Moskwy trochę mnie przerażał, ale wcale
nie było tak źle. Zdecydowanie na plus przemawiał fakt, że Alex w końcu wrócił
do siebie. Na horyzoncie ciągle jeszcze zostawał Kurek, ale jego Nat starała
się trzymać krótko. Strasznie zazdrosna z niej dziewczyna. Najwidoczniej nie do
końca jest pewna tego, co Bartek do niej czuje. Ale żeby we mnie widzieć
zagrożenie? Przecież ja swojego księciunia już odnalazłam. Za oceanem, w innej
strefie czasowej, ale jednak.
- Maja! No
wreszcie jesteś! – Bartosz, jak to on, biegiem rusza w moją stronę i porywa
mnie w ramiona, kręcąc się dookoła własnej osi.
- Bartosz,
zachowuj się jak dorosły facet, dobrze? Co o tobie pomyśli twoja dziewczyna?
- Narzeczona
– wcina się do rozmowy Natalia, przeczesując włosy palcami i całkiem
przypadkowo chwaląc się pierścionkiem.
- Dzieciaku!
Gratulacje! – zaciskam ramiona na kurkowej szyi.
- A jak tam
ty i ten… Nie przyjechał tu z tobą?
- Nie mógł
niestety – uśmiecham się do blondynki, nie mówiąc nic więcej.
- Tak to już
z nimi jest, wykorzystają i zostawią – kiwa głową ze zrozumieniem.
- Wiesz coś
na ten temat, tak?
- Ale chyba w
ciąży nie jesteś?! – drze się Kurek.
- Nie wiem,
Bartuś. Jeszcze za szybko, żeby to stwierdzić – uśmiecham się szeroko,
wyciągając z torebki białą, grubą teczkę – Wiecie co tu mam, smerfy?! – drę się
tak, żeby wszyscy mnie usłyszeli.
- Premie? –
odzywa się Grankin.
- Żartowniś.
Panowie, ten tydzień jest naszym ostatnim wspólnym tygodniem. Potem pakuję
manatki i wyjeżdżam.
- No chyba
nie powiesz mi, że do niego! – piszczy Bartek – Nie możesz! To mój przyjaciel!
- Tak,
Bartosz, ja wiem. Ale z miłością nie wygrasz…
I to by było na tyle :)
Mattowo :D No i nawet dobrze wyszło ;p
OdpowiedzUsuńKurka krótko trzymają :P Chyba troszkę mu Maja zawróciła w głowie, może i by wykrzesał do niej trochę uczucia, ale po co mieszać, skoro pan Anderson przestał udawać, a naprawdę się zakochał :D W dodatku ściąga Maję do siebie :D
Hłe hłe, to było przeurocze z tym weselem :D
"Jesteś skarbem, maleńka" <3 rozpłynęłam się i została po mnie plama... mmmm....
Pozdrawiam
"jesteś skarbem, maleńka" podobnie jak Martitta rozpłynęłam się mimo 12,5 stopnia na schodach w internacie xD
OdpowiedzUsuńMatt *_* uwielbiam to. No cudowne no ;D
Kurka za krótko trzymają, ale mu nie zaszkodzi. Ciekawe, czy Natalia jak jest nie posłuszny to go bije patelnią xD