wtorek, 29 października 2013

Stella




~~Stella~~




Byłam, jestem i będę. Zawsze już będę ta złą, która niszczy wszystko i wszystkich, którzy coś zaczynają dla mnie znaczyć. Jego też zniszczę, chociaż jest dla mnie całym światem. Nie, nie kocham go. Takie jak ja nie kochają. I chociaż nie wyobrażam sobie dnia,w którym on powie mi, ze już żadnej nocy nie spędzimy razem, uczuć, które odczuwam, będąc przy nim, nie można nazwać miłością. Nawet go nie lubię. No, może trochę... Mi zależy jedynie na tym, co on może mi dać, co może zrobić, by każda chwila z nim spędzona była niepowtarzalna i niezapomniana.
Ale nie o tym miałam mówić. Przecież jestem zimną suką, za taką mają mnie inni. Twierdzą, że nie mam żadnych uczuć. To prawda. Mam niespełna 21 lat, a życie już kilka razy kopało mnie w dupę. Dwa ostatnie kopy sprawiły, że jestem tym, kim jestem. Kop pierwszy, bardzo bolesny. Siedemnastoletnia naiwniaczka przyłapuje chłopaka z własnym, rodzonym bratem w jednoznacznej sytuacji.

        ~ Byłaś tylko przykrywką, mała. Co, może myślałaś, ze byłem z tobą na poważnie?
        ~ ...
        ~ Naprawdę tak myślałaś! Jesteś śmieszna, wiesz?

I ten drugi kop, jeszcze bardziej bolesny, niż ten pierwszy. Po długich miesiącach znów odważyłam sie zaufać facetowi. I to był błąd. Najpoważniejszy w moim życiu. Podłamana po historii z Rafałem, przygodą z Piotrkiem załamałam się już do końca. Miałam 19 lat, byłam pewna, ze chcę spędzić z nim resztę życia. A on przeleciał moją matkę na kuchennym blacie. Wiem, bo ich przyłapałam.
- Stella! - słysząc jego głos, odwracam się powoli, bez cienia uśmiechu na ustach. Michał staje przede mną i łapiąc mnie dwoma palcami za podbródek, przyciska swoje usta do moich.
- Michale - odrywam się od niego i odsuwam na długość ramienia - Prosiłam, żebyś nie rzucał sie na mnie na środku ulicy!
Tak, cholernie dobrze wiem, że bardzo trudno mu nie okazywać uczuć, które do mnie żywi. Ale tak nie można. On ma narzeczoną, niedługo pewnie się z nią ożeni. A ja dalej będę Stellą. Suką, która rani wszystkich dookoła siebie.
- Stella... - zaczyna, ale nie kończy - Dobija mnie to, ze nie znam nawet twojego imienia! I to, że nie mogę cię dotknąć, przytulić, pocałować, gdy jesteśmy w miejscu publicznym! - irytuje się.
- Pamiętaj, że to dla twojego dobra. Przecież nie chcemy, żeby Monika, albo jakaś jej znajoma nas zobaczyła, prawda? Z resztą... Stella jest o wiele ładniejsze, niż moje prawdziwe imię.
- Taaa... Chodźmy już do ciebie - jest bardziej niecierpliwy niż zwykle. Kiwam głową i ruszam w kierunku własnego mieszkania, które znajduje się za rogiem.
- Misiu! - słyszę nagle. Odwracam się gwałtownie, stając twarzą w twarz w brązowooką brunetką. Monika.
- Moniś! - Michał nie pokazuje swojego zdenerwowania, chociaż ja dostrzegam nerwowo drgającą tętnicę na jego szyi. Dopada mnie szaleńcza ochota dociśnięcia do niej swoich ust, ale szybko ją od siebie odganiam. Nie jestem aż tak przesiąknięta złem, żeby niszczyć związek Miśka. Wiem, że gdybym to zrobiła, on nie przyszedłby już do mnie nigdy więcej. A ja uwielbiałam, gdy do mnie przychodzi i robi ze mną to, na co nie pozwala sobie z Moniką. Wie, że ja nie boję się eksperymentów.
- Cześć - wyciągam do brunetki rękę - Musisz byś dziewczyną tego farciarza. Jestem jego kuzynką, Martyna, miło mi.
- Oj tam zaraz farciarza - jest wyraźnie zmieszana moimi słowami - Monika, mnie również miło.
- Co ty tu robisz, kotek? - Michał przerywa lekko uciążliwą ciszę.
- Ja? Ja... Ja... - zaczyna się jąkać i uciekać wzrokiem przed jego spojrzeniem.
Ja już wiem, co tu robi. Śledziła go. Obserwując ją, można się domyśleć, że boi się o swój związek z Kubiakiem. Kocha go, ale nie do końca mu ufa. Informacja o tym, że jestem kubiakową kuzynką wytrąciła ją z równowagi. Była pewna, że jestem kimś więcej. Miała rację, ale mnie - jak zawsze w takich sytuacjach - udało się uśpić czujność "wroga".
- Michał, możemy już iść? Proszę - patrzę na niego błagalnie - Naprawdę zależy mi, żebyś pomógł mi z tymi szafkami. Sama nie dam rady.
Nie do końca wiem dlaczego, ale postanowiłam uratować Monikę przez jej chłopakiem. Nie wyglądała na złą kobietę, wręcz przeciwnie, na pierwszy rzut oka była najnormalniejszą w świecie studentką, za spokojną, jak na moje normy. Nie była ani ładna, ani brzydka, była przeciętna. Ale miała w sobie coś, co wzbudzało sympatię nawet w takiej osobie, jak ja.
- Ja trochę się śpieszę - mówi Monika, oddalając się od nas wolno - Do zobaczenia później, Misiek. Miło było cię poznać, Martyno!
- Czemu to zrobiłaś? - Kubiak patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy - Czemu powiedziałaś jej, że jesteś moją kuzynką?
- Bo mimo że jestem, kim jestem, wierzę, że ty naprawdę ją kochasz. Tak jak ona ciebie. Nie chcę tego psuć.
- Jesteś niesamowita - szepcze wprost w moje ucho. Po moich plecach przebiega przyjemny dreszcz – Naprawdę masz na imię Martyna?
- Zgłupiałeś?! Powiedziałam pierwsze imię, które wpadło mi do głowy! Chodźmy już – mruczę, łapiąc go za rękę – Musisz mi w końcu pomóc...

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tamto z pozoru niewinne spotkanie będzie miało takie skutki. Dziś już o tym wiem. Siedzę na rogu wanny, zaciskając dłoń na białym kawałku plastiku z czerwonym plusem. Jestem w ciąży. Z nim. I mam zamiar to dziecko urodzić.
Zamykam oczy i wzdycham głęboko. Długo się oszukiwałam, udawałam kogoś, kim nie jestem. Prawda jednak jest taka, że nadal jestem tą siedemnastolatką, która kochała Rafała. I dziewiętnastolatką, która uwielbiała Piotrka. Skazana jestem na swoją beznadziejnie romantyczną naturę i nic nie mogę na to poradzić. Łatwo ulegam uczuciom, a potem długo muszę się z nich leczyć. Jego też kocham, od samego początku, chociaż uparcie twierdziłam, że jest zupełnie inaczej. Jak głupia myślałam, że jeśli wystarczająco wiele razy będę powtarzać, że nic do niego nie czuję, tak naprawdę się stanie. Niedoczekanie...
- Stella! Jesteś tu?
Michał! Zrywam się z miejsca, co powoduje lekkie zawroty głowy. Opieram się o ścianę, wrzucając test do pralki. Byleby tylko go nie zobaczył. Biorę kilka głębokich wdechów i otwieram drzwi. Stoi przy kuchennym stole, uśmiechając się trochę niepewnie. Obok niego stoi czarna walizka.
- Michał... Co to ma znaczyć?
- No więc... Pomyślałem sobie, że może mnie przygarniesz...
- Przecież masz mieszkanie.
- No tak, ale... – urywa, skacząc wzrokiem we wszystkie strony. Z rozbawieniem zauważam, że zaczyna wyłamywać palce. Zdenerwowany Kubiak! No coś takiego!
- Wykrztuś to wreszcie – mruczę.
- Monika przyznała się, że mnie śledziła. Od jakiegoś czasu. Powiedziała, że skoro mi nie ufa i że nawet moje kuzynkę podejrzewała o romans ze mną, to nic z nas nie będzie. Dlatego się spakowałem i jestem.
- Przecież nie możesz tak po prostu... Nie możesz!
- Stell, znamy się nie od dziś! Przecież mnie nie wyrzucisz – robi tę swoją błagalną minę.
- Możesz zostać. Ale nie na długo – zastrzegam.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! Zrobisz jakieś kanapki? Umieram z głodu. Ja tymczasem wrzucę rzeczy do pralki...
- Nie! Ja to zrobię! – zagradzam mu drogę, ale on łapie mnie za ramiona i po prostu przestawia z miejsca na miejsce.
- Sam umiem nastawić pralkę.
Wchodzi do łazienki, ciągnąc za sobą walizkę. W myślach odliczam sekundy do wybuchu. Słyszę, jak otwiera błyskawiczny zamek, potem jak coś o coś uderza. W chwilę później Kubiak wydaje z siebie dość dziwny dźwięk i wypada z łazienki trzymając białe magiczne pudełko w dłoni. Zdążyłam policzyć do trzynastu. Czyż to nie pech?
- Co to jest?!
- Przecież wiesz.
- Jesteś w ciąży?
- Tak – nie mam zamiaru kłamać.
- Pogratuluj tatusiowi – warczy i rusza w stronę łazienki.
- Gratuluję – mówię, a on zaplątuje się we własne nogi i ląduje pod kuchennym stołem – Michał!
- To... Ty... Moje?
Kiwam wolno głową, czekając aż wydostanie się spod stołu.
- Cecylia.
- Co? – marszczy czoło.
- Tak mam na imię. Chciałeś wiedzieć.


Życie pod jednym dachem wcale nie jest takie łatwe, jak by się mogło wydawać. Krępuje mnie jego obecność. On też wydaje się inny, niż dotąd. Dobrze wiem, że on co najwyżej mnie lubi, co nie zmienia faktu, iż jego troska o mnie jest przesłodka. Czasami, gdy tak bardzo o mnie dba i wypytuje, czy mi czegoś nie potrzeba, mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coś więcej...
- Michał?
- Hmm? – mruczy z pełnymi ustami.
- Po południu mam USG. Pomyślałam, że może... Może chciałbyś pójść?
- Z tobą?
- Beze mnie raczej nie miałbyś po co iść, prawda?
- No tak...
- Wiesz, powinniśmy już usłyszeć jak bije mu serduszko.
- Albo jej.
- Albo jej – uśmiecham się. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym dniem kocham go bardziej.
Michał przez cały czas trzyma mnie za rękę. Gdy wchodzimy do poczekalni, gdy siedzimy na krzesełkach, czekając na naszą kolej, nawet wtedy, gdy już jesteśmy w gabinecie. Lekarka uśmiecha się do mnie pobłażliwie, gdy Kubiak kurczowo się mnie trzyma nawet, jak leżę już na kozetce. Zafascynowany patrzy, jak rozsmarowuje żel na moim brzuchu, a potem przykłada do niego sondę.
- O. Tutaj jest... Oj, chyba będzie niespodzianka.
- Jaka niespodzianka?
- Widzicie państwo? – wskazuje palcem na monitor – O tutaj i tutaj.
- Chce pani powiedzieć, że to bliźniaki?
- Z całą pewnością. Gratuluję.
- O mój Boże – szepczę, czując jak po moich policzkach płyną strumienie łez – Jak tyś to zrobił?
- Ja... No normalnie chyba – uśmiecha się trochę bezradnie, po czym głośno cmoka mnie w policzek – Uwielbiam cię, Cel.
I nagle świat staje się piękniejszy. Bo skoro teraz mnie uwielbia, to może w niedalekiej przyszłości pokocha?
- Wydrukuję zdjęcia – ciszę przerywa głos lekarki.
- Dziękujemy – mruczę, ciągle dochodząc do siebie po tej niespodziewanej wiadomości. Podwójne szczęście, bliźniaki!
- Wiesz, chciałem poczekać do jutra, w końcu jutro minie pół roku... – do moich uszu dociera cichy szept Michała – Ale chyba nie dam rady... Cel kocham cię, chyba od samego początku... No i... I skoro jesteś... No, będziesz matką... Matką moich dzieci, czy... Czy zostaniesz moją żoną?

Przyszłość okazała się naprawdę niedaleka. A szczęście wręcz potrójne.





I na tym na jakiś czas kończy się moja wesoła (?) twórczość...
Może kiedyś...
Dla Marty ;* 

piątek, 18 października 2013

<~***~>





<~***~>



Nic nie może przecież wiecznie trwać,
Co zesłał los trzeba będzie stracić…



Ścierając kurze, słucham radia. Słysząc te dobrze znane słowa piosenki, myślę o Tobie. To właśnie Ciebie kilkanaście lat temu zesłał mi los. Byłeś kimś w roli mojego anioła stróża, chociaż świętym zdecydowanie nie można było Cię nazwać. Problemy często rozwiązywałeś za pomocą pięści, wykorzystywałeś swój wzrost, żeby dostać to, czego chciałeś. Niczego się nie bałeś i to mi właśnie zaimponowało. Wiesz, chyba kochałam Cię już jako siedmiolatka z dwoma rudymi warkoczykami. Ale Ty wtedy nie zwracałeś na mnie uwagi. Pomagałeś mi, oczywiście. Taki już po prostu byłeś. Znałeś mnie, może nawet lubiłeś. W końcu byłam Twoją małą sąsiadką, którą często musiałeś się opiekować. Z czasem coraz rzadziej i rzadziej…
To właśnie z Tobą po raz pierwszy się upiłam. Chciałeś mi pokazać, co to kac. Niestety, to Ty bardziej cierpiałeś następnego dnia niż ja. Z zaskoczeniem odkryłeś, że moja skromna osóbka, chociaż poprzedniego dnia zaliczyła totalnego zgona, kaca nie miała. Ty wyglądałeś okropnie. Blady, zmęczony, Twoje czerwone oczy śniły mi się potem po nocach. Powiedziałeś mi wtedy, że chyba Ci na mnie zależy, a ja, głupia i bezmyślna, poklepałam Cię po ramieniu i nazwałam braciszkiem. Kilkanaście dni później wyjechałeś. Na początku nie zdawałam sobie sprawy, co straciłam. Uważałam, że kiedyś wrócisz, przecież musisz. Teraz, prawie dziesięć lat później wiem już, że Cię straciłam. Przewrotny los najpierw postawił mnie na Twojej drodze, a potem rozdzielił nas na pierwszym skrzyżowaniu.


Ty kochasz ją, nie mnie
I nie wiesz jak to rani mnie


To dziwne, wiesz? Nie mam pojęcia dlaczego każda piosenka dziś przypomina mi o Tobie. Nie chcę Cię wspominać. Bo chociaż byłeś przyjacielem, wspomnienia te nie są zbyt przyjemne. Boli, gdy przez oczami widzą Twoją uśmiechniętą twarz. Twoje oczy wpatrujące się z uwielbieniem w kobiece, brązowe oczy. Niestety, oczy te nie należały do mnie. A przecież mogły. Mogłam być Twoja, mogłam pozwolić Ci mnie kochać. Niestety, na to już o wiele za późno. Wtedy, gdy był na to czas, nie byłam świadoma czego chcę od życia. Nie wiedziałam, że to właśnie Ty byłeś całym moim światem. Gdy się zorientowałam, w Twoim życiu nie było już dla mnie miejsca. Nie kochałeś mnie. Kochałeś ją… To ona urodziła Ci dziecko, ona opiekowała się Tobą, gdy byłeś chory, ona co noc zasypiała w Twoich ramionach, to właśnie ją, nie mnie, co rano budziłeś pocałunkiem. Mnie budził kto inny…

Z głośnym westchnieniem opadam na kanapę i wpatruję się w stojące na półce zdjęcie. Nie ma na nim Ciebie, co to, to nie. Za to jestem ja. Ja i on, ten drugi, którego nigdy nie udało mi się pokochać tak, jak Ciebie. Z roztargnieniem kręcę zaręczynowym pierścionkiem, spoglądając na ciemniejące za oknem niebo. On niedługo powinien wrócić, a ja powinnam się z tego cieszyć. Nie było go w końcu ładnych kilka dni. Jest siatkarzem, tak jak Ty. I w pewien sposób nawet go kocham. Jest tylko jeden problem. On nie jest Tobą…
 - Esther! – dobiega nagle do moich uszu. Na usta wpływa mi lekki uśmiech, a po plecach przebiega dreszcz. Jak zawsze, gdy słyszę swoje imię wypowiedziane z tym francuskim akcentem. A przecież jeszcze do niedawna tak go nie znosiłam.
 - Jesteś wreszcie – wstaję i wtulam się w jego wyciągnięte ramiona. Z niemałym zdziwieniem stwierdzam, że naprawdę cieszę się, że już wrócił.
 - Jak ja za tobą tęskniłem, Maleństwo – mruczy mi do ucha, jego usta wędrują po moim policzku i szyi, po czym lądują na ustach.



I nagle Ty stoisz dziś w moich drzwiach
I pytasz mnie, czy może kogoś mam



Zaskoczona,  odrywam wzrok od monitora. Dziwne, ale dokładnie gdy z radia płynęły słowa piosenki, rozległ się dzwonek go drzwi. I chociaż to głupie i irracjonalne, wiem, kogo zobaczę za drzwiami. Waham się chwilę, gdy jednak dzwonek rozlega się ponownie, wolno ruszam w kierunku korytarza. Łapiąc za klamkę, oddycham głęboko. Zamykam oczy i otwieram drzwi. Podnoszę powieki i widzę Ciebie. Stoisz bez ruchu, wpatrując się we własne stopy. Jesteś przemoczony do suchej nitki, smutny, przygarbiony. Zupełnie, jakbyś na barkach dźwigał problemy całego świata.
 - Cześć – mruczysz cicho, niepewnie na mnie spoglądając.
Nie odpowiadam. Wpatruję się w Twoją twarz zszokowana. Takiego Cię nie znałam, nigdy taki nie byłeś. Walczę z samą sobą. Z jednej strony mam ochotę przyciągnąć Cię do siebie, przytulić i nigdy więcej nie wypuścić, z drugiej jednak wiem, że to nieodpowiednie. Nieodpowiednie, bo ja mam narzeczonego, a Ty żonę i dziecko.
 - Wejdź – odsuwam się, a Ty przechodzisz obok, kierując się do salonu.
 - Jesteś sama?
 - Nico nie ma, jeżeli o to ci chodzi – odpowiadam, siadając na fotelu naprzeciwko Ciebie – Co się stało, Michał? Czemu wyglądasz jak siedem nieszczęść?
 - Nie tylko wyglądam. Czuję się tak samo. Zupełnie, jakby świat zawalił mi się na głowę – Twój głos jest niewiele głośniejszy od szeptu – Przepraszam, nie powinienem zwalać cię się na głowę z moimi problemami, ale… Po prostu przypomniałem sobie, jak zawsze potrafiłaś…
 - Potrafiłam – uśmiecham się lekko – Zrobię herbatę, dobrze? Malinową? – kiwasz głową. Mam wrażenie, że moje słowa nie do końca do Ciebie docierają. Wchodzę jednak do kuchni, by kilka minut później wrócić z dwoma kubkami gorącego napoju.
 - Bo widzisz, Estera… To nie jest moje dziecko. A ona… Ona, gdy za mnie wychodziła, miała już męża. Więc ślub jest nieważny. Ostatnie cztery lata są nieważne… - wyrzucasz z siebie urywane zdania, składające się w szokującą prawdę.
Otwieram usta, wpatrując się w Ciebie bez słowa. Nie tego się spodziewałam. W zasadzie to nie wiem, czego się spodziewałam. Zdrady? Choroby? Ale na pewno nie tego, co powiedziałeś. Szybko się opamiętuję i przytulam Cię do siebie, padając przed Tobą na kolana. Mam gdzieś to, że nie było Cię tyle lat. Wiem jedno, muszę Ci pomóc. Bez względu na wszystko.


Nie uda nam się mieć wszystkiego na raz
Coś kończy się, żeby coś mogło trwać


Wiesz, tamtego dnia chyba nawzajem sobie pomogliśmy. Przecież zawsze to potrafiliśmy, już nawet jako dzieci. Zostawiłeś ją, bo co innego mogłeś zrobić? Okłamywała Cię i to w najgorszy z możliwych sposobów. Całe Twoje życie po wyjeździe było jednym wielkim oszustwem. Wyprowadziła się razem z dzieckiem, wyjechała i nie wróciła. Mam nadzieję, że już nigdy nie wróci. Że zostawi Ciebie i Twoje jako tako poukładane życie w spokoju. Bo chociaż minęło już kilka miesięcy, Ty nie potrafisz o niej zapomnieć. Nienawidzisz, wciąż w jakimś stopniu kochając. Rozumiem to, przecież gdy wyjechałeś, czułam to samo do Ciebie.
Siedzisz na kanapie z nieodgadnioną miną wpatrując się we mnie. Nic nie mówisz, ale ja wiem, co chodzi Ci po głowie. Nie wiesz jednak, jak zacząć, żebym Cię dobrze zrozumiała. A przecież ja Cię znam. Znam Cię już od tak dawna, znam Cię, jak nikt inny…
 - Powiedz to wreszcie – uśmiecham się, a Ty podskakujesz, wyrwany z odległej krainy własnych myśli.
 - Ale co? – próbujesz grać na zwłokę, ale ja tylko kręcę głową. I już wiesz, że nic z tego. Nie uciekniesz od tej rozmowy. Musisz zaryzykować. Oddychasz więc głęboko i zaczynasz mówić:
 - Bo widzisz, Estera, jeszcze niedawno myślałem, że ona zabiła we mnie wszystkie pozytywne uczucia…
 - Ale przy mnie jest inaczej, prawda? – uśmiecham się ze zrozumieniem, a Ty niepewnie kiwasz głową.
 - Przy tobie wiem, że żyję. Czuję, że żyję… I chciałbym… Ja… Cholera, wiem, że wyjechałem i nie było mnie masę czasu, ale chcę… Czy ty chcesz… - jąkasz się tak, że aż robi mi się Cię żal.
 - Rozstałam się z Nico. Chciał, żebym wróciła z nim do Francji. Ja jednak nie mogłam tego zrobić. Widzisz, nie kochałam go na tyle, żeby zostawić to wszystko, co mam tutaj i zacząć od nowa. Zastanów się dlaczego, dobrze?
Milczysz, wpatrując się we mnie tymi wielkimi, niebieskimi oczyma. Widzę, jak przez Twoją twarz przetacza się istny huragan uczuć. Jesteś zły, zaskoczony i szczęśliwy w jednej chwili. Wszystko już wiesz, a jednak nie chcesz zrozumieć. Boisz się, że źle zinterpretowałeś moje słowa. I nagle na Twojej twarzy pojawia się determinacja.
 - Kocham cię. Wyjdź za mnie – mówisz, klękając przede mną.
 - Nareszcie!





Hmmm. Marta chciała, Marta ma ;)




sobota, 5 października 2013

CZĘŚĆ DRUGA





CZĘŚĆ DRUGA
USA


Ona


Trudno było pogodzić ze sobą pracę fotografa z opieką nad kotem kuzyna, ale jakoś dawała sobie radę. Ciągłe rozjazdy sprawiały, że zwierzę dłużej było samo, niż z nią. Lepsze jednak to, niż kilkumiesięczne przebywanie w jakimś hotelu dla zwierząt. Carol uwielbiała wielkiego, rudego kocura, który był kropka w kropkę jak jej szalony kuzyn. Leniwy, często złośliwy, wredny, a jednocześnie tak słodki i kochany, że chciałby się do niego przytulić jak do wielkiego pluszaka. Tego jednak Mattowi powiedzieć nie mogła, bała się, że popadnie w samozachwyt.
Siedząc przy komputerze i popijając dawno wystygłą kawę, obrabiała zdjęcia z ostatniego meczu miejscowej drużyny koszykarskiej. Specjalizowała się właśnie w fotografii sportowej, chociaż na meczu Matta nie była jeszcze ani razu, mimo iż ten kilka razy już proponował jej, że porozmawia z kim trzeba. W końcu, według niego, Carol była naprawdę dobra i powinna pokazać się światu.
 - Oj Matti, Matti – westchnęła pod nosem, poprawiając ostatnie zdjęcie – Może gdybyś dziś spróbował, udałoby ci się mnie namówić…
I jakby na zawołanie, po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu. Podniosła go i pokiwała z niedowierzaniem głową. Telepatia?
 - Wyjrzyj przez okno.
 - Wiem jak wygląda parking, Matt – uśmiechnęła się pod nosem.
 - Ale nie wiesz jak wygląda parking, na którym zaparkowałem swoją nową toyotę. I na którym stoję ja, bożyszcze nastoletnich amerykanek.
 - O mój Boże, chyba zemdleję – podeszła do okna i otworzyła je, wychylając się.
 - Wypadniesz, głupia!
 - Chcesz powiedzieć, że nie potrafiłbyś mnie złapać?
 - Wariatka. Złaź tu na dół, jedziemy na frytki.
 - Co z ciebie za człowiek? Przyjeżdżasz do domu raz na ruski rok i nawet nie wejdziesz przywitać się z własnym kotem. Biedak, niedługo zapomni, jak wygląda jego pan.
 - Się nie martw, Apollo pancia zawsze rozpozna – mruknął – No złaź! Nie mogę cały dzień sterczeć na parkingu.
 - Mógłbyś się chociaż pofatygować i wejść na górę. Trzecie piętro to nie Mount Everest, kochany.
 - Sama kiedyś powiedziałaś, że jestem dokładnie taki sam, jak mój kot.
 - Amen. Zaraz zejdę – westchnęła, zamykając okno – Chcesz mi znów zaproponować fotografowanie waszych meczów?
 - Czytasz mi w myślach?
 - Po prostu cię znam. I wiesz co? Tym razem chyba cię zaskoczę – powiedziała, po czym przerwała połączenie.
Kilka minut później siedziała już na miejscu pasażera i wpatrywała się w długo niewidzianą twarz Matta. Niewiele się zmienił, odkąd go ostatnio widziała, chociaż minął już prawie rok. Uwielbiała go jednak ciągle tak samo, jak wtedy, gdy mieli po kilka lat i byli wprost nierozłączni.
 - I czym to chciałaś mnie zaskoczyć? Wychodzisz za mąż? – spytał, a ona parsknęła śmiechem.
 - Wybacz, to było naprawdę rozbrajające. Matti, czy wyobrażasz sobie mnie w białej, ślubnej sukience?
Przyjrzał się jej uważnie, marszcząc brwi, po czym wyszczerzył się w głupkowatym, charakterystycznym dla niego uśmieszku.
 - Wyobrażam sobie raczej jak w czerwonej, obcisłej mini, doprowadzasz księdza do apopleksji. To co chciałaś mi powiedzieć?
 - Wiesz Matt, tym razem zgodzę się na twoją propozycję. Chcę pracować z reprezentacją jako fotograf – oznajmiła, w myślach próbując przekonać samą siebie, że ta decyzja nie ma nic wspólnego z pewnym brązowookim brunetem, którego zostawiła w Polsce kilka tygodni wcześniej.


On


Miał w sobie dużo energii. O wiele za dużo. A to wszystko przez to, że był wściekły. Jak ona śmiała! Najpierw go zostawiła, potraktowała jak… jak męską dziwkę, kogoś na jedną noc. I nawet się nie pożegnała! A teraz tak po prostu pojawiła się znów. I jeszcze miała odwagę spojrzeć mu w oczy i oznajmić całemu sztabowi, że „tego pana to już dogłębnie poznała”! Bezczelna! I do tego wcale nie jest Polką! Tego też mu nie powiedziała! W zasadzie to nic o niej nie wiedział, nawet tego, że nazywała się Carol, a nie Karolina, jak powiedział Zibi.
Zamknął oczy, próbując wyrównać przyspieszony oddech.  Nadmiar energii postanowił wykorzystać na siłowni, ale to chyba nie był dobry pomysł. Nie do końca był pewien, czy bezpiecznie jest ćwiczyć w stanie, w jakim się znajdował.
 - Podejrzewałam, że będziesz właśnie tu – zamarł, powoli unosząc powieki.
 - To koszmar – mruknął pod nosem, nadal zawzięcie ćwicząc.
I to był błąd. Powinien wstać. Powinien uciec, albo chociaż się przed nią schować. Powinien, ale tego nie zrobił, a teraz było już za późno, bo ona siedziała okrakiem na jego kolanach i niczym nie zażenowana wpatrywała się w niego swoimi świdrującymi oczyma. Dobrze wiedział o czym myśli. Cholera, on miał w głowie dokładnie te same myśli.
 - Nie chciałam cię budzić – powiedziała, dopiero po kilku sekundach domyślił się, że wróciła do tamtego dnia.
 - W końcu po co, co nie?
 - Musiałam wyjechać. Nie lubię pożegnań. Z Zibim też się nie pożegnałam, jeśli to cię pocieszy.
 - Nie bardzo – burknął, chociaż  gdzieś głęboko czuł, że powoli zaczyna się łamać.
 - No i – zrobiła efektowną przerwę, przesuwając dłońmi po jego karku – Zauważ, że w tę ostatnią noc byłam z tobą, a nie z nim.
 - Taaa, zrobiłaś ze mnie męską dziwkę!
 - I może jeszcze mi powiesz, że ci się nie podobało? – przesunęła dłońmi po jego torsie i brzuchu, zatrzymując je na udach. Czuł jak pod tym lekkim dotykiem jej palców napinają mu się wszystkie mięśnie. Cholerna baba!
 - Nie rób tego – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
 - Dlaczego?
 - Drzwi…
 - Zamknięte. Nikt tu nie wejdzie, Paul. Jesteś tu tylko ty i ja. Tylko my, Tygrysie – zamruczała i wpiła się w jego usta.
Przepadł. I to z kretesem. Zacisnął dłonie na jej pośladkach i przyciągnął ją tak blisko, jak tylko było to możliwe. Z całym zaangażowaniem, jakie w sobie miał, zaczął odpowiadać na jej pocałunki. Czuł się tak samo jak tamtej nocy. Zupełnie bezwolny, całkowicie ogarnięty szałem namiętności.
 - Szybciej – mruknęła mu prosto w usta, zrywając z niego koszulkę. Delikatnie drapała jego brzuch i klatkę piersiową, powodując dreszcze na jego plecach. Jednym zwinnym ruchem pozbyła się też swojej koszulki. Nic pod nią nie miała.
 - Zaplanowałaś to – wydyszał w jej ucho, wciskając ręce pod jej spódniczkę. Pod nią również nic nie miała – Mój Boże!
 - Weź mnie. Teraz – jęknęła.
Na nic więcej nie czekał. Uniósł ją lekko, a potem gwałtownie przyciągnął do siebie, tłumiąc jej głośny jęk pocałunkiem. Zacisnął dłonie na jej biodrach, z każdym ruchem zwiększając tępo. Było szybko i namiętnie. Było idealnie. Idealnie, bo z nią. Tylko jak to było możliwe, skoro w ogóle jej nie znał?


Oni


Miłość? Ani on, ani tym bardziej ona nie mieli o niej pojęcia. A jednak, pomimo wszystko, postanowili być razem. Wiedzieli, że nie będzie łatwo. Każde z nich miało przecież własne życie. On przez prawie cały rok był za oceanem, w Polsce, ona miała pracę tu, w Ameryce… Ale przecież to nie praca była najważniejsza. Ona bez żadnych przeszkód mogła ze swojej pracy zrezygnować. Niepocieszony był jedynie kot Matta, który trafił pod opiekę jednej z jego kuzynek.
 - Wiesz, nigdy nie pomyślałabym, że spotkam kiedyś kogoś, dla kogo gotowa będę poświęcić i zaryzykować tak dużo – szepnęła, siedząc obok niego w samolocie.
 - Sam do niedawna byłem pewien, że to niemożliwe. Po tym, jak mnie potraktowałaś… A potem na siłowni…
 - Kochanie, ze mną przynajmniej nie będziesz się nudził.
 - To fakt – potwierdził i zamyślił się na moment – Carol? A co z Zibim? Przecież wy…
 - To nie w nim się zakochałam, Paul. Na całe swoje cholerne szczęście – mruknęła, po czym wzdrygnęła się teatralnie, wywołując tym uśmiech na jego twarzy.
 - Jesteś niemożliwa, wiesz? – przytulił ją i dotknął ustami jej ucha.
 - Tygrysie… - zamruczała, rzucając mu wymowne spojrzenie spod na wpół przymkniętych powiek.
 - W samolocie? – próbował grać przerażonego, ale nie bardzo mu to wyszło.
 - W toalecie – wstała i przecisnęła się pomiędzy nim a fotelem do przejścia – Czekam.
Oparł się wygodnie i westchnął głęboko. Zamknął oczy, ale szybko je otworzył. Jego wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, pokazując mu obrazy z lekka niecenzuralne. Uśmiechnął się pod nosem, dziękując Bogu, że postawił na jego drodze tego szalonego rudzielca. Dla niego była ideałem. Wiedział, że innej nigdy nie pokochałby tak, jak pokochał właśnie ją.
Wstał z miejsca i wolno ruszył w stronę toalety. Oparł się o drzwi i chrząknął cicho, po chwili został wciągnięty do środka. Carol przyparła go do drzwi, namiętnie wpijając się w jego usta. Nie dała mu dojść do słowa, w mig poradziła sobie z rozporkiem jego spodni.
 - Kocham cię, Paul – szepnęła, a on posadził ją na umywalce.
 - Ja ciebie też – odpowiedział, wolno rozsuwając jej nogi. Moment później już był w niej, tłumiąc jej jęki własnymi ustami…
 - Wtedy na ulicy… Pomyślałam sobie, że chciałabym cię mieć – szepnęła, wtulając twarz w jego szyję.
 - I masz. Całego. I na zawsze.




Tyśś chciała, Tyśś ma :)


środa, 25 września 2013

CZĘŚĆ PIERWSZA





Biegnij za miłością,
A z pewnością ci ucieknie
Uciekaj przed miłością,
A ona pobiegnie za tobą.


CZĘŚĆ PIERWSZA
POLSKA


ona


Carol Jaworska, amerykanka polskiego pochodzenia, przechodziła właśnie przez pasy, gdy coś ją tknęło. Nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających ją ludzi, zatrzymała się i spojrzała na siedzącego w czarnym audi bruneta. Też się w nią wpatrywał. I to tak się wpatrywał, iż zaczynała zastanawiać się, czy ciągle ma na sobie ubranie, czy może ów brunet pozbawił jej go tą magnetyczną siłą spojrzenia. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby jej dopasowane dżinsy w strzępach leżały koło jej stóp, a kurtka wisiała gdzieś na drzewie.
Ale ciągle była ubrana. Niestety.
 - Paniusiu! Rusz ten tyłek, ruch tamujesz!
Usta bruneta rozciągnęły się w krzywym, kpiącym uśmieszku. Pewnie uważał ją za totalną idiotkę. Ona jednak miała inne zdanie na ten temat. Nie czuła się idiotką. Odwzajemniła się mężczyźnie podobnym uśmiechem, po czym najnormalniej w świecie ruszyła przed siebie, miarowo stukając w podłoże wysokimi obcasami. W głowie ciągle jednak miała nieznajomego bruneta. Jeszcze nieznajomego. Dla Carol nie było rzeczy niemożliwych i niewykonalnych. Postanawiała coś sobie i zawsze tego postanowienia dotrzymywała. A teraz postanowiła, że ów brunet musi wylądować w jej łóżku. Na godzinę, noc, dwie… Nieważne. Chciała go mieć i tyle.
Ale jeszcze nie teraz. Nie dziś i prawdopodobnie nie jutro. Dziś była zajęta kimś innym. Zielonooki brunet, wysoki i dobrze zbudowany, czekał już na nią w swoim mieszkaniu. Nie zamierzała marnować już ani chwili dłużej, na głupie rozmyślania o przyszłości. Przyszłości związanej z kimś zupełnie innym. Przyszłości, która jak zwykle, zakończy się po kilkunastu godzinach.
Wjeżdżając windą na 6 piętro, rozpięła guziki kurtki i poprawiła niebieską bluzkę, którą miała na sobie. Zawsze lubiła ten kolor, najmniejszej uwagi nie zwracała na to, że jej obecny „chłopak” zdecydowanie wolałby widzieć ją w czymś czerwonym. Albo różowym. Tak. On zdecydowanie miał słabość do różu. Ale czego innego można spodziewać się po facecie, którego domowym zwierzakiem jest York?
 - Karolina! – ucieszył się wyraźnie, widząc ją w drzwiach. Skrzywiła się lekko, słysząc polską wersję własnego imienia, ale postanowiła nie zawracać sobie tym głowy. Nie w takiej chwili.
Brunet wciągnął ją do środka, wpijając się w jej usta. Tak, to zdecydowanie wychodziło mu dobrze. Właśnie dlatego odwiedzała go już kolejny raz. Umiał zatroszczyć się o kobietę i jej potrzeby. Zdecydowanie. I chociaż dobrze wiedział, że dziewczyna niedługo będzie musiała wracać do Stanów, zupełnie się tym nie przejmował. W pewnym sensie był taki, jak ona. Nie szukał stałego związku, związywał się z kimś na kilka dni, a potem mówił „cześć” i odchodził. Tak po prostu.
Zrzucając z siebie ubrania, przemierzyli drogę do sypialni. Nie obyło się bez kilku małych wypadków, w których ucierpiał wazon i leżący na stoliku plik gazet. To jednak nie miało znaczenia. Liczyło się zupełnie co innego.


On

Przesuwając szklankę po wypolerowanym stoliku, wpatrywał się w poruszający się w niej brązowy płyn. Ten brąz, lekko złocisty, błyszczący, przypominał mu oczy rudzielca, którego widział kilka dni wcześniej na przejściu dla pieszych. Była daleko, ale nie mógł nie zauważyć koloru i wyrazu jej oczu. Dobrze wiedział, o czym myślała, patrząc na niego. On myślał dokładnie o tym samym.
 - Halo! Tu Ziemia! – jego rozmyślania przerwał brunet, wracający do stolika – Coś ty taki zadumany?
 Brunet przyjrzał się koledze z przechyloną w bok głową. Zibi był jaki był, ale zdecydowanie potrafił doradzić. Zwłaszcza w sprawach związanych z kobietami. Uważał się za eksperta, co dla Paula było lekką przesadą. Kobiet przecież zrozumieć się nie da…
 - O oczach myślałem – przyznał się.
 - O oczach – powtórzył jak echo Zibi – To ciekawe. Co z tymi oczami?
 - Duże, brązowe…
 - Była Murzynką?! – oczy bruneta stały się wręcz okrągłe ze zdziwienia.
 - Murzynką? Co ty…?  - zaczął Paul, ale urwał. Spojrzał na przyjaciela i pokiwał z politowaniem głową – Mówię o oczach, nie o jej cyckach, Bartman!
 - A to nic ciekawego – machnął od niechcenia ręką.
 - Gdybyś widział jak tymi oczyma na mnie patrzyła, zmieniłbyś zdanie, stary.
 - Ty zmieniłbyś zdanie co do cycków, gdybyś widział te, które ja oglądałem kilka dni temu – wyszczerzył się głupkowato Zbyszek, na co jego towarzysz ponownie z politowaniem pokręcił głową.
Lubił się zabawić, to prawda. W końcu był młody, wolny, kobiety zawsze do niego lgnęły. On też je uwielbiał, ale nigdy nie traktował ich przedmiotowo. W pewnym sensie był podobny do Bartmana, a jednak tak wiele ich różniło.
 - O proszę! Czułem, że dziś tu będziesz – jego rozmyślania przerwał głos Zibiego.
Paul podniósł głowę i zamarł. Tuż przed nim stała ona. Właścicielka najbardziej niesamowitych, brązowych oczu, jakie w życiu widział. Biust też miała niezły, tu musiał przyznać Bartmanowi rację.
 - Paul, to właśnie Karolina.
I tyle z bliższej znajomości z rudą – przebiegło mu przez myśl. Skoro była zainteresowana Zbyszkiem, on nie miał u niej żadnych szans.
 - Paul – mruknęła, ani na sekundę nie odrywając od niego spojrzenia. Zupełnie, jakby byli sami. Usiadła obok, ocierając się o niego ramieniem. Przycisnęła udo do jego uda, a on przepadł z kretesem. Wiedział już, ze zrobi dla niej absolutnie wszystko.


Oni

Najwięcej kłopotu sprawiło jej dowiedzenie się, kim jest ów tajemniczy brunet z czarnego auta. Potem poszło już lekko, łatwo i przyjemnie. Zibi nawet nie zorientował się kiedy wyciągnęła z niego wszystkie interesujące informacje o jego przyjacielu. Włącznie z miejscem i godziną ich spotkania. A gdy już siedziała tak blisko niego, że czuła każdy poruszający się mięsień jego ciała, poczuła, że odczucia całkowicie ją pochłaniają. Zniknął Zbyszek, zniknęli też wszyscy inni otaczający ich ludzie. Byli tylko oni.
I jedno i drugie dobrze wiedziało, jak skończy się ten wieczór. Chemia pomiędzy nimi była prawie widoczna, powietrze dookoła było jakby naładowane elektrycznością, każde wypowiedziane słowo zdawało się mieć drugie dno, zmysłowy podtekst, który rozumieli tylko oni.
Nawet nie zauważyli, kiedy zostali sami. Dziwił ich trochę fakt, że potrafili porozumieć się bez zbędnych słów, wystarczyło spojrzenie. Oboje, jak na komendę, podnieśli się z kanapy i mocno trzymając się za ręce, ruszyli do wyjścia.
Padało. Ciepły, wiosenny deszcz jednak ani odrobinę im nie przeszkadzał. Nucąc pod nosem deszczową piosenkę, szli obok siebie po opustoszałym chodniku.
 - Wiedziałam jak to się skończy już wtedy, stojąc na środku ulicy – odezwała się, gdy otwierał przed nią drzwi mieszkania.
 - I dlatego mnie znalazłaś?
 - Tak to wygląda, prawda? – uśmiechnęła się, popychając go na zamknięte drzwi – Może to tylko sen?
 - Bardzo rzeczywisty – mruknął, jednym, zwinnym ruchem zamieniając się z nią na miejsca.
 - Lubię takie sny – wymruczała mu do ucha, drażniąc je gorącym oddechem.
Jej małe dłonie wolno przesuwały się po jego torsie i ramionach, odpinały małe, przeźroczyste guziki koszuli, drażniły, bawiły się z nim. Ale on nie zamierzał długo pozwalać jej na takie zabawy. Przycisnął ją do drzwi swoim ciałem i pochylił się do jej ust.
Oszalała. Po raz pierwszy to nie ona dyktowała warunki, nigdy dotąd nie dała się zdominować. Ze zdziwieniem stwierdziła, ze nawet jej się to podoba. Uwielbiała jego dłonie, które z każdą kolejną minutą stawały się coraz śmielsze, coraz gorętsze.
Oderwał się od jej ust i patrząc jej w oczy, pozbawił ją po kolei wszystkich części garderoby. Uśmiechnął się z samozadowoleniem, widząc, jaką ma nad nią władzę. Wiedział, że w tej chwili byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko.
Czując jego usta na dekolcie, wbiła mu paznokcie w plecy. Przesunęła ręce od jego łopatek, aż do paska spodni, zostawiając piekące, czerwone ślady. Nie zwrócił na to uwagi. Odpięła pasek i spojrzała w jego czarne oczy.
Chwycił ją za biodra i uniósł tak, że oplotła go nogami w pasie, oparł plecami o zimne, mahoniowe drzwi i wolno na siebie opuścił. Wbiła zęby w jego ramię, głośno jęknęła i poddała się wszechogarniającemu uczuciu rozkoszy.


Gdy się obudziła, on jeszcze spał. Pozbierała swoje rzeczy, ubrała się i wyszła. Nie mogła zostać, chociaż może i by chciała. Wieczorem wracała do Stanów, a przecież musiała się jeszcze spakować i załatwić kilka spraw. Nie miała wyjścia, musiała go zostawić, licząc na to, że może kiedyś jeszcze będzie jej dane go spotkać.

Otworzył oczy i przesunął rękę na drugą stronę łóżka, gdzie powinna spać Karolina. Jednak jej nie było. Pościel była zimna, na poduszce nie zostało nawet wgniecenie. Jedynie lekki kwiatowy zapach jej perfum mówił mu, że ostatnia noc nie była snem. Zapach perfum i mały, złoty kolczyk w kształcie gwiazdy, który znalazł pod poduszką.




To jeszcze nie koniec, o nie... :P
Smunto... 




niedziela, 15 września 2013

~*III*~





~*III*~



W ciągu kolejnych kilkunastu dni moje życie było istnym cyrkiem. Matt oscarowo grał rolę zakochanego we mnie do szaleństwa, mnie też z niewielkim trudem przychodziło udawanie zainteresowanej nim. Polubiłam go. Alex, którego dopadła kontuzja, ciągle bawił się w podchody, miałam czasami wrażenie, że chciałby, żeby było jak dawniej, ale niestety nie mogło już tak być. I nie chodziło nawet o to, że tak bardzo mnie wtedy zranił. Po prostu w ciągu tych kilku lat skutecznie się z niego wyleczyłam. Zastanawiałam się nawet, czy w ogóle go kochałam, czy po prostu zakochałam się w fakcie, że ktoś taki jak on zwrócił uwagę na kogoś takiego jak ja. Największy problem był jednak z Bartkiem. Był nieznośny jak małe dziecko. I zachowywał się jak typowy pies ogrodnika, sam nie zamierzał dotykać, ale innym też nie miał zamiaru na to pozwalać. Dlatego właśnie wyjazd z Mattem do Stanów był istnym wybawieniem.
 - Nareszcie! Cisza, spokój, zero Kurka – mruczę, rozsiadając się wygodnie w fotelu.
 - Poczekaj, aż dopadnie cię moja rodzinka – uśmiecha się siedzący obok brunet.
 - Jestem na to przygotowana. Poważnie!
 - Na to nie można się przygotować, uwierz. Ja sam czasami mam ochotę zwiać, gdy się na mnie uwezmą.
 - Na szczęście teraz będziesz miał ochronę.
 - W końcu mama da mi spokój – mruczy z komiczną miną – Ona ciągle szuka mi żony. Będzie zachwycona, że sam się tym zająłem.
 - Myślisz, że w to uwierzy?
 - A czemu miałaby nie wierzyć? – spogląda na mnie maślanymi oczyma, a ja parskam śmiechem.
 - Gdy już skończysz z siatkówką, powinieneś poważnie pomyśleć o aktorstwie. Świetnie ci to wychodzi.
 - Tobie też nie najgorzej. Zwłaszcza, jak Alex jest w pobliżu, a ty tak zawzięcie się na mnie rzucasz.
 - Jesteś okropny! Wcale się na ciebie nie rzucam!
 - Może i nie, ale jeśli odegrasz coś takiego przed moją matką, zacznie nam planować ślub. Do czego sumiennie dołączą się wszystkie ciotki i kuzynki – wzdycha głęboko – Strasznie to czasami męczące, ale nie potrafię sobie nawet wyobrazić, żeby ich nie było.
Uśmiecham się pod nosem, widząc jego szczęśliwą minę. Niezaprzeczalnie cieszy się z tego spotkania z rodziną. Niektórych nie widział pewnie od wieków, co przy jego zawodzie jest zupełnie normalne. W domu jest gościem. Ale wraca. Ja nie byłam w Polsce od ponad pięciu lat. Nie miałam do kogo wracać…
 - Posmutniałaś – zauważa.
 - Pomyślałam o rodzicach. Miałam 16 lat, gdy zginęli w wypadku…
Nic nie mówi. Zaciska swoją wielką dłoń na mojej, to zupełnie wystarcza. Opieram głowę na jego ramieniu i zamykam oczy. Dobrze jest mieć go przy sobie – przebiega mi przez głowę – dobrze byłoby mieć go zawsze…

Przesuwając wolno dłońmi po ramionach Matta, kątem oka obserwuję jego matkę i towarzyszące jej ciotki, babki i kuzynki. Szepczą coś do siebie, chichoczą, ani na moment nie spuszczając z nas swoich oczu. Matt miał rację, one już planowały nam ślub, a przecież my tylko tańczyliśmy.
 - One mnie przerażają – mruczę, przysuwając się bliżej niego.
 - Jutro wyjeżdżamy, dasz radę – patrzy mi w oczy z tym swoim uśmieszkiem – Powinienem ci ładnie podziękować. Przynajmniej one nie przyprowadzają mi jakichś…
 - Nie kończ. Matti, zrobiłbyś dla mnie to samo. Właściwie robisz.
 - Czyli jesteśmy kwita? – szczerzę się – Matt, chyba powinniśmy im wytłumaczyć, że my to tak nie na poważnie. Po co robić im nadzieję?
 - Maja, z nimi nie wygrasz, uwierz. One wiedzą swoje. Ale możesz spróbować – zatrzymuje się nagle i pociąga mnie w ich kierunku.
 - Och Matti, jak wy słodko razem wyglądacie – zachwyca się jego matka.
 - A ja już zaczynałam tracić nadzieję, że znajdziesz sobie jakąś miłą panienkę bez naszej pomocy – dodaje któraś z kuzynek.
 - A Maja to ładna dziewczyna – babcia oczywiście też musiała dodać coś od siebie.
 - A jakie dzieci ładne będą!
 - Ale my nie… - próbuję coś powiedzieć, ale niestety kochane kobiety nie dają mi dojść do słowa.
 - Oczywiście, że nie! Dzieci dopiero po ślubie!
 - No właśnie, Matti, to kiedy ślub?
 - Będziesz pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się żenię mamo, obiecuję. A teraz przepraszam, porywam Maję na spacer.
Nigdy raczej nie pociągały mnie spacery w blasku księżyca. Przestałam być niepoprawną romantyczką, wierzącą w wielką miłość do końca życia w dniu, w którym odszedł Alex. Starałam się twardo stąpać po ziemi i nie bujać w obłokach. I co najważniejsze, nie wyobrażać sobie Bóg wie czego po jednym czy dwóch spotkaniach.
Ale z Matthew było inaczej. I chociaż dobrze wiedziałam, ze to tylko gra, nic poważnego, w mojej niepoprawnej głowie zrodziła się myśl, że miło byłoby móc spacerować z nim tak częściej. Dużo częściej. Po raz kolejny zapragnęłam, żeby został ze mną już na zawsze.
 - Zamyśliłaś się – zauważa, wyrywając mnie z dalekiej podróży – Gdzie byłaś?
Tutaj, z tobą.
 - Tu i tam – uśmiecham się krzywo, spoglądając na niego kątem oka – Wiesz, tak tu cicho i spokojnie, że czuję się trochę nieswojo. Przywykłam już do tego meczowo-treningowego zamieszania i chaosu.
 - Taaak, można to naprawdę polubić.
 - Oto zdanie eksperta! – żartuję sobie, a on mrozi mnie tym swoim ciemnoszarym spojrzeniem. Jednak gdy nasze spojrzenia się krzyżują, wyraz jego oczu nagle się zmienia. Nabierają dziwnego, ciepłego blasku. Wyprzedza mnie, zatrzymuje się i przyciąga do siebie tak, że opieram czoło na jego ramieniu. Na skroni czuję powiew jego gorącego oddechu, mój żołądek zdaje się żyć swoim życiem. Serce też.
 - Jesteś skarbem, maleńka – mruczy, po czym pochyla się przyciskając usta do moich ust.


Powrót do Moskwy trochę mnie przerażał, ale wcale nie było tak źle. Zdecydowanie na plus przemawiał fakt, że Alex w końcu wrócił do siebie. Na horyzoncie ciągle jeszcze zostawał Kurek, ale jego Nat starała się trzymać krótko. Strasznie zazdrosna z niej dziewczyna. Najwidoczniej nie do końca jest pewna tego, co Bartek do niej czuje. Ale żeby we mnie widzieć zagrożenie? Przecież ja swojego księciunia już odnalazłam. Za oceanem, w innej strefie czasowej, ale jednak.
 - Maja! No wreszcie jesteś! – Bartosz, jak to on, biegiem rusza w moją stronę i porywa mnie w ramiona, kręcąc się dookoła własnej osi.
 - Bartosz, zachowuj się jak dorosły facet, dobrze? Co o tobie pomyśli twoja dziewczyna?
 - Narzeczona – wcina się do rozmowy Natalia, przeczesując włosy palcami i całkiem przypadkowo chwaląc się pierścionkiem.
 - Dzieciaku! Gratulacje! – zaciskam ramiona na kurkowej szyi.
 - A jak tam ty i ten… Nie przyjechał tu z tobą?
 - Nie mógł niestety – uśmiecham się do blondynki, nie mówiąc nic więcej.
 - Tak to już z nimi jest, wykorzystają i zostawią – kiwa głową ze zrozumieniem.
 - Wiesz coś na ten temat, tak?
 - Ale chyba w ciąży nie jesteś?! – drze się Kurek.
 - Nie wiem, Bartuś. Jeszcze za szybko, żeby to stwierdzić – uśmiecham się szeroko, wyciągając z torebki białą, grubą teczkę – Wiecie co tu mam, smerfy?! – drę się tak, żeby wszyscy mnie usłyszeli.
 - Premie? – odzywa się Grankin.
 - Żartowniś. Panowie, ten tydzień jest naszym ostatnim wspólnym tygodniem. Potem pakuję manatki i wyjeżdżam.
 - No chyba nie powiesz mi, że do niego! – piszczy Bartek – Nie możesz! To mój przyjaciel!
 - Tak, Bartosz, ja wiem. Ale z miłością nie wygrasz…




I to by było na tyle :)