poniedziałek, 25 lutego 2013

Rozdział II




Rozdział II



Mija kolejne kilkanaście dni. Szaro-bury listopad zmienia się w mroźny grudzień. Mój ulubiony miesiąc. W sklepach pojawiają się bożonarodzeniowe dekoracje, a na szybach mieszkań malowane sztucznym śniegiem choinki. Na dworze jednak jak nie było tak i dalej nie ma żadnego śladu po białym puchu. Tej zimy jak na złość śnieg nie chciał padać, co już lekko doprowadzało mnie do szału. Bo co to za zima bez śniegu? Beznadziejna, smutna, szaro-bura, wręcz czarna…
Czarna, jak oczy tego siatkarza. Nie mam pojęcia czemu, ale ciągle widzę je przed sobą. Wiem jedno, w tym jego spojrzeniu było coś tak niezwykłego, że nie mogę wyrzucić go z pamięci, chociaż niejednokrotnie już próbowałam. Ich kolor jednak nie był najważniejszy. Mnie prześladował wyraz tych ciemnych tęczówek, w których odbijały się promienie późnojesiennego słońca.
Spoglądam na wiszący na ścianie zegar z podobizną Johnny’ego Deppa – osiemnastkowy prezent od Izy. Wskazuje kilka minut przed 22. Tak. Tylko ja potrafię spędzić ponad godzinę na rozmyślaniu o oczach jakiegoś tam siatkarza, którego nawet nie kojarzę.

Wyglądam przez okno i szeroko się uśmiecham. W pośpiechu zakładam na siebie ubranie, łapię kurtkę i wybiegam z domu.
Pada śnieg. Pierwszy tej zimy. Więc ja, jako wielka miłośniczka zimy i białego puchu, pędzę do pobliskiego parku. Patrzę w niebo i cieszę się do samej siebie, czując białe płatki łaskoczące mnie w nos. Staję na najbliższej ławce, unoszę głowę i rozkładam ramiona. Uwielbiam zimowe niebo. Piękne, pokryte miliardami małych, błyszczących punkcików, wirujących na lekkim wietrze.
Małe płatki miękkiego, białego puchu jeden po drugim spadają mi na twarz i roztapiają się przy zetknięciu z ciepłą skórą. Jest idealnie. Cicho. Jestem kompletnie sama w opustoszałym, pokrytym białą warstwą śniegu, parku. Pewnie dawno minęła już północ, dla mnie jednak nie ma to żadnego znaczenia. Czuję się jak w bajce. Jestem księżniczką, która bawi się w swoim pięknym, zimowym ogrodzie. Brakuje tylko księcia…
Wychylam się, żeby złapać w dłoń jeden z płatków i wtedy tracę równowagę. Przygotowuję się już na bliskie spotkanie własnego tyłka z twardą ziemią, jednak takowe nie następuje. Zamiast tego czuję zaciskające się wokół mnie czyjeś ramiona, a na włosach gorący oddech pachnący jabłkową gumą do żucia.
Kocham jabłka!
Podnoszę głowę i zamieram. Wpatrują się we mnie najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek było dane mi w życiu zobaczyć. To były TE oczy.
 - Marta, prawda? – pyta z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
 - Pamiętasz?! – wołam zdziwiona. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Brunet śmieje się głośno po czym z powrotem stawia mnie na ławce. Nadal wpatruje się we mnie tym przeszywającym spojrzeniem, a ja czuję się tak, jakby dokładnie wiedział, o czym w tej chwili myślę.
 - Co robiłaś na tej ławce? – pyta.
 - Nic takiego. Po prostu chciałam zobaczyć pierwszy śnieg – mruczę. Czuję się jak kompletna idiotka. Przecież dzieckiem przestałam być już ładnych kilka lat temu, a zachowywałam się jak przedszkolak. Bo kto to widział, żeby ponad dwudziestoletnia dziewczyna łapała spadający śnieg?
 - Lubisz zimę, co nie? – uśmiecha się ciepło. Jego reakcja trochę mnie zaskakuje. Nawet bardzo mnie zaskakuje. Jestem mu wdzięczna, że nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowuję się jak dzieciak.
 - Kocham! – przyznaję i ponownie spoglądam w niebo.
 - Ja też… - zaczyna, ale nie daję mu dojąć d słowa.
 - Naprawdę? A ja myślałam, ze tylko ja jestem jakaś inna – paplam, spoglądając na jego twarz. Widząc jego rozbawione oczy, dodaję szybko – Muszę iść! Cześć!
Zeskakuję z ławki i nim on wykonuje jakikolwiek ruch, biegnę już w kierunku mieszkania. Spoglądam jeszcze przez ramię, słysząc, jak mnie woła, ale nie słucham go. Już wystarczająco się ośmieszyłam, paplając o tym, jak kocham zimę i śnieg.
Czekoladowo-brązowe. Jego tęczówki mają niezwykły, rzadko spotykany odcień mlecznej czekolady. I zdecydowanie można w takich zatonąć. Albo się zakochać. Do szaleństwa…
 - Lenka! Ogarnij czerep! – warczę sama do siebie, zamykając drzwi mieszkania – To tylko oczy, do jasnej cholery. Dwie brązowe, wyłupiaste patrzałki jakiegoś zmutowanego ciacha.
Ciacha, w którym również do szaleństwa można by się zakochać…

Stał tu wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu też tu był. I miał zamiar przyjść również jutro, pojutrze i każdego kolejnego dnia, dopóty, dopóki jej nie spotka. Co w niego wstąpiło? Chyba sam diabeł! Od tygodnia bowiem, zachowywał się jak totalny kretyn. A to wszystko przez pewną małą, brązowowłosą romantyczkę, która łapała płatki śniegu w parku i prawie spadła z ławki. Zdążył ją złapać dosłownie w ostatniej chwili. I mało brakowało, a wylądowałby na ziemi razem z nią…
Na samą myśl o szoku widocznym na jej twarzy i zaskoczenia w głosie, uśmiecha się do siebie. Była w każdym calu naturalna. Była też całkowicie szczera, otwarta i niesamowicie nieśmiała. Dokładnie pamięta przecież to zmieszanie i rumieniec, jaki pojawił się na jej policzkach, gdy spojrzała mu w oczy.
Jej tęczówki miały czysty, niebieski kolor. Dotąd uważał, że niebieski to zimny kolor, ale po tamtej nocy zmienił zdanie. Światło księżyca nadało oczom szatynki iście magicznego blasku. Czarodziejka… Widział ją przecież zaledwie dwa razy, a kompletnie na jej punkcie oszalał.
Rozgląda się dookoła po raz ostatni i przestępuje z nogi na nogę. Z każdą upływającą minutą jest mu coraz zimniej. Zaczyna się bać, że gdy dotknie nosa czy uszu, odpadną.
Spogląda na zegarek. Czekał już prawie dwie godziny i coraz bardziej odczuwał skutki stania na takim mrozie. Powoli już zamarzał.
Wzdycha głęboko, wypuszczając z ust obłok pary i rusza w stronę własnego mieszkania, zastanawiając się, czy pewnego dnia wreszcie dopisze mu szczęście i ponownie ją spotka.

Idę z każdym krokiem coraz wolniej. Każde kolejne posunięcie do przodu utwierdza mnie w przekonaniu, że to właśnie on stoi przy ławce. Zatrzymuje się przy jednym z drzew i zamykam oczu.
 - Zrobisz to, Marta. Jesteś odważna. Już się nie boisz. Dasz radę! – mruczę sama do siebie i z nową siłą i gotowością do działania otwieram oczy.
Mrugam gwałtownie i zrezygnowana opieram się o drzewo. Siatkarz nagle zniknął. Był… mogłabym przysiąc, że przed chwilą tam stał. Ale teraz już go nie ma. Po prostu sobie poszedł. Nie zdążyłam…
Podchodzę do ławki i staję w miejscu dwóch ogromnych śladów butów. Jego butów. Stał tu kilka minut wcześniej. A teraz stoję tu ja. Dokładnie w tym samym miejscu. Co do milimetra. Dotykam tego samego śniegu co on…
Dlaczego tu stał? Czy na kogoś czekał? Czy tym kimś mogłam być ja? Czy czeka tak codziennie?
Te i wiele innych pytań, kłębiących się w mojej głowie, pozostało bez odpowiedzi.




Piotrek uczy :D Polecam, działa :D
Dla Marty;**

czwartek, 21 lutego 2013

Rozdział I






Rozdział I




Stoję przy 'naszej' ławce i dygoczę z zimna. Co mnie podkusiło do wyjścia z ciepłego, przytulnego mieszkania? On. A dokładniej spotkanie z nim . Podobno strasznie ważne... Ale dla niego nawet najmniejsze głupstwo było ważne...
Tak więc stoję jak taka głupia jakaś i marznę, czekając na własnego chłopaka. Ja, Marta Lenkiewicz, oznajmiam wszem i wobec, że zamorduję go i ukryję zwłoki, jeżeli znów zacznie opowiadać mi o swoim niezwykle uzdolnionym psie, Aresie.
 - Lenka! Sorry, że musiałaś czekać - no tak, jaśnie pan królewicz jak zwykle spóźniony.
 - To nic - uśmiecham się. Na Turka nie potrafiłam się obrażać.
 - To świetnie! Wiesz, muszę ci coś powiedzieć... To coś ważnego, serio... - zaczyna, ale mu przerywam.
 - I nie chodzi tu o nadprzyrodzone zdolności twojego psa? - pytam, dławiąc się śmiechem, na co on rzuca mi groźne spojrzenie.
 - To trudne - bąka pod nosem, a ja zaczynam się bać.
Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak poważnym Arturem. Dla niego nic nie było trudne. Przecież to był ten Artur, który kazał nazywać się polonistce „Słoneczkiem”! To był mój Artur. To jest mój Artur! Bo przecież jesteśmy ze sobą już ładny kawałek czasu. Za kilka tygodni miały minąć już dwa lata.
 - Lenka, słuchasz mnie? – pyta zniecierpliwiony.
Przyglądam mu się uważnie, jest naprawdę inny, niż zwykle.
 - Mów, jak ci tak zależy – mruczę i spoglądam w jego szare oczy. Coś jest z nimi nie tak…
 - My… My nie możemy być już razem – jąka, a ja w pierwszej chwili mam wrażenie, że to zły sen, albo głupi żart. A może po prostu źle zrozumiałam?
 - Zrywasz ze mną?! Tak po prostu!? Bez najmniejszego nawet wytłumaczenia??!! – zasypuję go pytaniami. Bo przecież chyba należą mi się jakieś wytłumaczenia, prawda? Co jak co, ale Turek był trzema ostatnimi latami mojego życia.
 - Monika… Myślę, że to powinno ci wszystko wyjaśnić – mówi już pewniej.
No tak. Mogłam się tego spodziewać. Już na samym początku te jego korepetycje z matmy wydały mi się cholernie podejrzane. Intuicja znów mnie nie zawiodła.
 - Mogłam to przewidzieć – uśmiecham się ironicznie – Jesteś świnią, Artur.
 - Lenka, proszę…
 - Daruj sobie, Turek. Nie mamy już o czym rozmawiać. – warczę, po czym odwracam się i ruszam przed siebie.
Nie dziwi mnie wcale to, że za mną nie idzie. Bo i po co? Przecież dobrze mnie zna, wie, że to się może dla niego źle skończyć.
Wchodzę do mieszkania, rzucam kurtkę na kanapę i prawie biegnę do własnej sypialni. Dopiero tam pozwalam łzom swobodnie płynąć po policzkach. Bo mimo wszystko nie jestem taka twarda, jaką gram. To tak cholernie boli…
W przypływie nagłego ataku złości kasuję jego numer z komórki, chociaż znam go na pamięć i drę wszystkie wspólne zdjęcia. Dla mnie to już absolutny koniec Turka i początek nowej Marty Lenkiewicz.

Minęło kilka dni. Długich i cholernie przygnębiających. Ale szczerze mogę powiedzieć, że najgorsze już minęło. Potrafię się już normalnie uśmiechać i, co dla mnie dość ważne, nie zamknęłam się znów w sobie. Nawet bez Turka potrafię być tą Martą, która nie boi się nawiązywać nowych znajomości i rozmawiać z ludźmi absolutnie o wszystkim.
 - Ciacha na dziewiątej! - szturcha mnie Mika, która idzie obok mnie. Posłusznie spoglądam we wskazanym przez przyjaciółkę kierunku.
 - No chyba jakieś zmutowane – prycham, szczerząc zęby w głupkowatym uśmiechu – Temu najwyższemu to chyba w domu żarcie na żyrandolu wieszali, przez to taki wielki urósł…
 - To siatkarze, ty niedoinformowana babo! – piszczy – A ten od żyrandola się na ciebie patrzy!
 - Patrzy się, bo robisz siarę. Mika! – wrzeszczę, ale jest już za późno. Ta upośledzona umysłowo wariatka już biegnie w ich stronę. Po chwili stoi już obok nich i daje mi, jak jej się pewnie wydaje, tajne znaki, żebym do nich podeszła.
Ja natomiast odwracam się w drugą stronę i zaczynam udawać, że jej nie widzę i nie znam. Czasem naprawdę cholernie żałuję, że zaprzyjaźniłam się z taką psycholką jak Iza. Jesteśmy jak ogień i woda, różnimy się pod każdym względem. A jednak bez niej nie byłoby już tak samo. Czułabym się dziwnie, gdyby jej nie było obok. Bo Izka jest jak siostra, której nigdy nie miałam, chociaż bardzo ciachałam.
 - Leon!! – słysząc jej wrzask, wolno odwracam się w jej stronę. Dobrze wiem, że powiedziała to specjalnie, żebym tylko zareagowała.
I w taki właśnie sposób zostałam zmuszona do spotkania ze zmutowanymi ciachami z godziny dziewiątej.
 - Czeeeeść! – woła ten od żyrandola, gdy tylko podchodzę odpowiednio blisko – To prawda, że wolisz Jastrzębski od Olsztyna? – pyta, a ja nie mogę uwierzyć w to, że ta papla, Mika, zdążyła wygadać im aż tyle.
 - To przez przypadek! – piszczy, gdy tylko zaszczycam ją moim morderczym spojrzeniem, a siatkarze parskają śmiechem.
 - Co przez przypadek? – pytam, dalej groźnie mrużąc oczy. Bo co jak co, ale granie złej Lenki zawsze dobrze mi wychodziło. Zwłaszcza przed Izką.
 - Lenuś, kochanie, nie strasz!
 - Już nie Leon? – unoszę pytająco brwi, jednocześnie zagryzając policzek od środka, żeby nie parsknąć śmiechem.
 - Dobrze wiesz, czemu tak powiedziałam! I przestań tak wreszcie na mnie patrzeć! – woła i chowa się za tym, od żyrandola i jego kolegą. A oni nie mają nic przeciwko temu, ba, są tym wręcz zachwyceni.
Krztuszę się, a potem parskam szalonym chichotem. Mika chowała się przede mną już za różnymi dziwnymi i dziwniejszymi rzeczami, ale nigdy jeszcze za zmutowanymi ciachami. Według niej ciachami, bo mnie oni się tam nie do końca podobają. Za to ich kolega…
 - Więc jesteś Lena, tak? – pyta ów kolega – Ładne imię.
 - Jestem Marta – spoglądam w jego kierunku i na krótki moment zamieram. Takich oczu jak te, w które się właśnie wpatrywałam, nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. W takich oczach można by zatonąć. Jak w morzu gorącej, mlecznej czekolady…
 - Więc dlaczego Iza nazwała cię Lenka? Albo Leon? Tego to już w ogóle nie rozumiem – najniższy z całej trójki z zamyśloną miną drapie się po głowie.
 - To moje pseudonimy artystyczne – mówię bez zastanowienia, a ten od żyrandola chyba naprawdę wierzy w to, że jestem jakąś piosenkarką czy czymś takim, bo zaczyna mi się uważniej przyglądać – To był żart – mruczę z ironicznym uśmiechem.
Swoja drogą… Ciekawe ile razy przywalił swoją siatkarską łepetyną w ten żyrandol, że taki inteligentny.
 - A wy na trening, czy już z treningu? – Mika wreszcie zdobywa się na odwagę i wychodzi zza swoich ochroniarzy, po czym z dziwną miną spogląda na kolegę Żyrandola, a potem na mnie.
 - Do baru – szczerzy się czwarty, który pojawia się dosłownie znikąd – Patryk jestem. Może piękne koleżanki pójdą z nami?
 - Ja odpadam. Mam inne plany – mówię od razu i wyczekując spoglądam na Mikę. Biedna, nie wie co zrobić Z jednej strony nie chce zostawiać mnie samej, a z drugiej ich też najchętniej nie opuściłaby na krok – Idź – uśmiecham się i wolno ruszam przed siebie – To do zobaczenia! – wołam i znikam za zakrętem.
Oddycham z ulgą, gdy już znajduję się we własnym mieszkaniu. To dziwne spojrzenie niemal czarnych oczu bruneta nawet teraz, gdy jestem już daleko od niego, przyprawia mnie o dziwny dreszcz. Nie bardzo to mi się podobało, bo już kiedyś taki dreszczyk czułam i nie wyszło z tego nic dobrego. Jedyne co mi zostało, to sterta strzępków zdjęć i złamane serce, na razie lekko posklejane dzięki Izie i grupce innych ludzi, którzy byli ze mną przez te trudne dni.



Uczę się... Taaak, tak grzecznie się uczę^^
Pozdrawiam;*

poniedziałek, 11 lutego 2013

Cztery





Cztery 




Nie jest już tak, jak było. Tamta noc zmieniła wszystko. Jedno pytanie, dwa wypowiedziane bezmyślnie słowa, brak odpowiedzi... I nasze jako-tako poukładane życie rozsypuje się na kawałeczki. On coraz mniej czasu spędza w mieszkaniu, ja coraz częściej w ogóle nie wychodzę z łóżka. Po prostu leżę. Leżę i rozmyślam, co na pewno nie wpływa na mnie dobrze.
W końcu decyduję się, co robić dalej. Muszę wiedzieć, czy on nadal chce, żebym z nim mieszkała. Muszę wiedzieć, czy nadal czuje się ojcem mojego dziecka i jakie ma w stosunku do nas zamiary. Dlatego właśnie siedzę na kanapie, nerwowo wyłamując palce. Czekam, aż w końcu raczy pojawić się w domu po treningu, który skończył się już dawno temu.
Wreszcie wraca. Cicho otwiera drzwi i próbuje przemycić się do kuchni. Nie spodziewa się mnie zobaczyć. W końcu od kilkunastu dni rzadko opuszczałam sypialnię. W ogóle w czasie, gdy on był w mieszkaniu.
 - Musimy porozmawiać. Poważnie porozmawiać – mówię, gdy on z zaskoczona miną zatrzymuje się w progu.
 - Taaak… Tak, oczywiście – zgadza się szybko i siada na stoliku naprzeciwko mnie.
 - Nie chcesz najpierw czegoś zjeść?
 - W zasadzie to już jadłem. Poszliśmy z Kipkiem do Miśkina i…
 - Rozumiem – mruczę, zapadając się bardziej w oparcie kanapy. Przestałam zajmować się czymkolwiek, gotowaniem, sprzątaniem… A on jako sportowiec musi się zdrowo odżywiać. Dlatego pewnie żerował na kuchni swoich kolegów.
 - Nie rozumiesz – uśmiecha się lekko – Po prostu przegrał zakład i musiał postawić piwo. A że to Miśkin, od razu wbiliśmy się do niego na obiad.
Milczę, wpatrując się w niego niepewnie. Mówi prawdę, czy tylko próbuje mnie pocieszać? Pewnie nie chce, żebym poczuła się urażona. Nie chce wydać się z tym, że woli spędzać czas z kolegami, niż ze mną…
 - Chciałaś pogadać – mówi, przerywając tym samym moje rozmyślania.
 - Tak… Bo… - jąkam się. Nie mam pojęcia od czego zacząć – Masz mnie już dosyć, prawda?
 - Kaja, no co ty!
 - Ja cię rozumiem, Andrzej. Zwaliłam ci się na głowę tak niespodziewanie… Wlazłam z buciorami w twoje życie… Odejdę. Ale mam prośbę. Mogłabym zostać tutaj do porodu? To znów nie tak długo, miesiąc, może półtorej…
 - Możesz zostać tak długo, jak chcesz – mówi, obojętnie wzruszając ramionami. Zupełnie, jakby pogodził się z tym, że odejdę. Po prostu przestał walczyć o swoje dziecko. Albo jakbym nic dla niego nie znaczyła.

Dziwnie się czuję. Jestem sama w mieszkaniu, Andrzej z drużyną aktualnie jest pewnie w połowie drogi do Ankary, gdzie ma rozegrać mecz w pucharze CEV. On jeszcze nigdy nie był tak daleko, ja jeszcze nigdy nie czułam aż tak bardzo, że coś się wydarzy.
I zupełnie jak na zawołanie, czuję przeszywający ból w dole brzucha. Próbuję wstać, ale nie mogę. Z trudem dosięgam do parapetu, gdzie leży moja komórka. Chwytam ją i dzwonię na pogotowie. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Wszystko dzieje się w ekspresowym tempie. Przyjeżdżają lekarze, wsadzają mnie do karetki, kilkanaście minut później jestem już w szpitalnej sali.
 - Ratujcie je… Ratujcie moje dziecko… - szepczę, łapiąc za rękę jednego z lekarzy, a potem tracę kontakt z rzeczywistością.

Budzę się, czując dziwną pustkę. Mój brzuch gdzieś zniknął. Jestem przerażona. Tym, co się stało. Przecież miałam urodzić na początku grudnia, a jest jeszcze październik…
 - Obudziła się pani wreszcie – spoglądam pustym wzrokiem na stojącą w drzwiach pielęgniarkę.
 - Co z moim dzieckiem?
 - Spokojnie, maleństwo czuje się dobrze. Najbliższe kilka tygodni spędzi w szpitalu, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Z wielką ulgą opadam na niewygodne szpitalne łóżko. Czuję, jak po moich policzkach płyną potoki łez. Łez ulgi, ale i łez szczęścia. Bo może i zostanę z maleństwem sama, ale to nieważne. Ważne, że ono będzie. Po prostu będzie.
 - Zadzwoniliśmy do ojca dziecka. Powiedział, że zjawi się tak szybko, jak tylko będzie mógł, jednak nie szybciej niż za 2 dni.
 - Andrzej… - szepczę – Jest w Turcji… Mogę zobaczyć… To chłopiec, prawda?
 - Tak, to chłopiec. Przyprowadzę wózek. Bezpieczniej będzie, jeżeli nie będzie się pani przemęczała.
Kilka minut później siedzę już przy inkubatorze, obserwując śpiącego synka. Maćka. Nie wyobrażam sobie nawet, że mogłabym dać mu na imię inaczej… Zamieram na moment, gdy mały otwiera oczka. Naprawdę mają identyczny kolor, jak u jego ojca. I ja już teraz wiem, że w przyszłości będą mieszały dziewczynom w głowach. Zupełnie, jak oczy jego ojca namieszały w mojej…

Od porodu minęły 3 długie dni. Nadal jestem osłabiona i trochę zmęczona, ale też i cholernie szczęśliwa. Tak właśnie się czuję, patrząc na małego Maćka. Jest naprawdę maleńki, taka kruszynka. Ale to normalne, przecież urodził się prawie 5 tygodni przed terminem.
 - Kaja! - odwracam się, słysząc znajomy głos - Kaja...
Widząc go, całkowicie się rozklejam. Wtulam się mocno w jego ramiona, nie hamując wypływających z oczu łez. Dopiero teraz mogę sobie na to pozwolić. Bo on jest tuż obok. Bo przy nim czuję się bezpieczna. Bo go kocham... I nagle to, że chciałam odejść schodzi na dalszy plan. Decyduję się zaryzykować.
 - Miałeś rację - podnoszę głowę, uśmiechając się lekko - To Maciuś.
 - A ty? Jak się czujesz? – odgarnia mi za ucho kosmyk włosów i przyciska na moment usta do mojego czoła.
 - Zmęczona. Ale szczęśliwa. Cieszę się, że go mam... Że was mam – poprawiam się, czekając na jego reakcję.
 - Kaja...
 - Kocham cię, Andrzej.
 - Kaja...
 - Nic nie mów - przerywam mu - Przecież cię nie zmuszę, żebyś też mnie kochał. Wystarczy mi to, że będziesz. Że po prostu przy mnie będziesz...
 - Będę. Nie dlatego, że muszę, że taki jest mój obowiązek. Będę przy tobie, bo chcę. Będę, bo do niczego mnie nie zmuszasz - podnosi palcem mój podbródek, zmuszając mnie do patrzenia sobie w oczy.
 - Co chcesz przez to powiedzieć? - pytam, marszcząc czoło.
 - Wiesz.
 - Andrzej...  – uśmiecham się przez łzy – Mógłbyś… Powiedz to, proszę.
 - Kocham cię, Kaja. Jak wariat cię kocham!
 - Kiedy?
 - Pojęcia nie mam. Ale stało się, tak po prostu...
 - Powiedz to jeszcze raz, proszę. Chciałabym to znów usłyszeć.
 - Kocham cię. Kocham was - uśmiecha się. Pochyla się nade mną i delikatnie muska moje usta swoimi - I może to nie jest odpowiednie miejsce, ale... Kaja… Zgodzisz się zostać moją żoną?
 - Jesteś szalony... Nienormalny... Ale cię kocham. I nie mam wyjścia. Muszę powiedzieć tak…



Totalna masakra. Umarłam.

niedziela, 3 lutego 2013

Trzy





Trzy



Do niezapowiedzianych wizyt jego przyjaciół zdążyłam już przywyknąć, dlatego nie bardzo zaskakuje mnie widok dwóch uśmiechniętych twarzy na klatce. Otwieram drzwi i wpuszczam ich do środka. Nie muszę nawet mówić, by czuli się jak u siebie. Oni to wiedzą. Chociaż Andrzej twierdzi, że odkąd z nim mieszkam, oni bardziej hamują swoje dzikie zapędy i nie wyżerają mu wszystkiego z lodówki.
 - Chcecie coś do picia? - pytam, wchodząc do salonu, gdzie duże dzieci uruchamiają już PlayStation.
 - A mogłabyś zrobić takie kanapki, jak miałaś ostatnio? Były pycha! - pyta Dawid, robiąc błagalną minę.
 - Aga cię nie dokarmia? – szczerzy się Marcin, ale Dawid, zajęty odplątywaniem jakichś kabli, nie zwraca na niego uwagi.
 - Na to wygląda - mrugam do niego i znikam w kuchni.
Przygotowując kanapki, słucham ich genialnej wymiany zdań na temat ostatniego meczu piłkarskiego naszej Ekstraklasy. Po chwili jednak rozmowa ucicha, słychać tylko odgłosy trwającej pomiędzy dwoma z nich walki na śmierć i życie. I gdybym nie wiedziała, że cała trójka dawno już jest pełnoletnia, pewnie pomyślałabym, iż mam w salonie grupkę przedszkolaków.
 - Smacznego - mówię, kładąc kanapki na stoliku.
Marcin, który czeka na swoją kolej gry, rzuca się na talerzyk, jakby nie jadł od tygodnia. Ale u nich to normalne. Są wiecznie głodni. Przez te prawie cztery miesiące mieszkania z Wroną zdążyłam się o tym już przekonać. Bo gdy tylko wraca z treningu napada na lodówkę, a potem idzie spać. No chyba, że uruchomi mu się jego wrodzone ADHD. Wtedy próbuje wyciągać mnie na spacery, albo, tak jak dziś, zaprasza do siebie kolegów.
 - Ej! Kipek! Bo wszystkie zeżresz! – burzy się Dawid.
 - Masz, to graj – bełkocze Marcin z pełnymi ustami.
 - Ej! Mam pomysł! – drze się nagle Wrona, wywołując u chłopaków stan przedzawałowy. Mnie jego nagłe olśnienia nie doprowadzają już do palpitacji serca. Przywykłam.
 - Coś znów wymyślił?
 - Tańczmy!
 - Masz na myśli… Taniec towarzyski? – Konar zabawnie porusza brwiami, wywołując u mnie wybuch śmiechu.
 - Taniec erotyczny! A Kaja oceni, który z nas jest najlepszy!
 - Wrona! – wrzeszczę, rzucając w ten jego głupi łeb poduszką – Bez takich!
 - Właśnie! To kobieta ciężarna jest! Jeszcze nam tu rodzić zacznie! – popiera mnie Marcin.
 - I to nie będzie sprawiedliwe. W końcu każda zawsze wybierała Wronę! Z nim nikt nie wygra!
 - Jak to każda? – marszczę czoło, wpatrując się w nich z wyczekiwaniem.
 - No bo wiesz… - zaczyna Marcin – Jak Andrzej nie miał jeszcze ciebie, często chodziliśmy na imprezy i…
 - No i jak on zaczynał tańczyć, to kurde, jak w Pulp Fiction czy innym Dirty Dancing! Każda była jego! – wciął mu się w zdanie Dawid.
 - Przesadzacie – burczy Wrona, chowając się za poduszką.
A ja wiem, że nie przesadzają. Nie widziałam wielu tańczących siatkarzy, w zasadzie, to widziałam tylko tę trójkę, która siedzi teraz przede mną. Mieli całkowitą rację. Nikt nie poruszał się po parkiecie tak, jak Andrzej. Miał świetne poczucie rytmu, nogi mu się nie plątały, a gdy tańczyłam z nim na tamtej imprezie, miałam czasami wrażenie, ze frunę. Może dlatego, że on był kilkadziesiąt centymetrów wyży ode mnie i czasami mnie podnosił, a może całkiem z innego powodu…

Chłopaki wychodzą dość późnym wieczorem. Piotrek przełożył im poranny trening na późniejszą godzinę, więc mogli trochę poszaleć. Wronie jednak ciągle jest za mało. Czasami mam wrażenie, że brakuje mu kilku klepek. Tak jest też w tej chwili.
Kręcę z politowaniem głową, obserwując, jak próbuje naśladować tancerki z jakiegoś teledysku. Siadam na kanapie i czekam, aż mu ten atak przejdzie. Zazwyczaj kończy się on wraz ze skończeniem klipa… Ale nie dziś. Dziś Andrzej ma w sobie niezniszczalne pokłady energii.
 - Kajciaaa?? – mruczy, padając przede mną na kolana – A może bym tak… Zatańczył?
 - Właśnie to robiłeś, Wrona.
 - Zatańczył tylko dla ciebie.
 - Chyba nie rozumiem – marszczę czoło, wpatrując się w jego błyszczące oczy.
 - Kipek i Konar już poszli – strzela brwiami – Moja propozycja jest nadal aktualna.
 - Jesteś chory psychicznie! – odpycham go od siebie i ruszam do sypialni – Nie waż się przyłazić, dopóki nie przejdzie ci ta psychoza!
Zatrzaskuję za sobą drzwi i, wzdychając głośno, kładę się na łóżku. Leżę tak, wpatrując się w sufit i myślę. Myślę o nim. Jest szalony, czasami mam wrażenie, że aż za bardzo, często gada od rzeczy i proponuje mi tańce erotyczne, ale… Ale ja go kocham. I nie wyobrażam sobie bez niego życia. Bez niego i naszego maleństwa.
 - Mogę wejść? – jęczy, uchylając drzwi.
 - Uspokoiłeś się?
 - Tak – odpowiada potulnie.
 - To wchodź – mówię, chociaż jego nagłe opanowanie wydaje mi się podejrzane. Jego wariacje nigdy tak szybko nie mijały.
I jakby na dowód moich rozmyślań, on włącza jakąś dziwną piosenkę na swoim telefonie i zaczyna kręcić mi tyłkiem przed nosem.
 - Jesteś chory! – piszczę, przykrywając głowę poduszką.
Muzyka jednak nie cichnie. Lekko zsuwam poduszkę z twarzy. Wrona dalej tańczy odwrócony do mnie tyłem. Kręci tyłkiem, podwijając koszulkę. Po chwili ściąga ją i rzuca w moją stronę. Odwraca się, wlepiając we mnie to magnetyczne spojrzenie, a ja czuję, jak poduszka opada mi na kolana. Siadam wygodniej i czekam na dalszy ciąg przedstawienia.
Kładzie dłonie na guziku swoich spodni i bawi się, raz go odpinając, raz zapinając. W końcu odpina go i przenosi ręce na rozporek. Robi z nim dokładnie to samo, co z guzikiem. Wreszcie daje sobie z nim spokój i wolno zaczyna zsuwać spodnie z dół. Tanecznym krokiem podchodzi bliżej i znów odwraca się tyłem, kręcąc zadkiem. Chęć klepnięcia jest silniejsza ode mnie.
 - Eeej! – piszczy, odskakując jak poparzony – Nie dotykamy! Podziwiamy!
 - Też ci tak kiedyś powiem! – burczę z udawanym oburzeniem.
Na nim to jednak nie robi żadnego wrażenia. Wraca do swojego tanecznego świata, rzuca spodnie w kąt pokoju, a ja parskam śmiechem. Skarpetki i bokserki to nie jest dobre połączenie. Gdy się orientuje, o co mi chodzi, szybko próbuje się pozbyć skarpetek. Niestety traci równowagę i ląduje gdzieś pomiędzy szafą a łóżkiem.
 - Wszystko w porządku? – przechylam się, patrząc na niego z góry.
 - Boli mnie d… Dooobrze jest – poprawia się szybko z wesołym wyszczerzem.
 - Mogę być z tobą szczera?
 - Noo… - zgadza się niepewnie.
 - Z tym tańcem to do cyrku nadajesz się idealnie.
 - Pójdę. Jeżeli ty zostaniesz moim treserem.
 - Treserem mówisz? Więc zgadzasz się na chodzenie po linie i skakanie przez płonące obręcze?
 - Boże, czemu mnie każesz taką wredną kobietą w łóżku?! – drze się, unosząc ręce do góry i patrząc w sufit.
 - Źle ci? – pytam.
Nie odpowiada. Wzrusza ramionami i znika w łazience.
Idiotka.



Andrzej trzeci, przedostatni :)