Rozdział II
Mija kolejne kilkanaście dni. Szaro-bury listopad
zmienia się w mroźny grudzień. Mój ulubiony miesiąc. W sklepach pojawiają się
bożonarodzeniowe dekoracje, a na szybach mieszkań malowane sztucznym śniegiem
choinki. Na dworze jednak jak nie było tak i dalej nie ma żadnego śladu po
białym puchu. Tej zimy jak na złość śnieg nie chciał padać, co już lekko
doprowadzało mnie do szału. Bo co to za zima bez śniegu? Beznadziejna, smutna,
szaro-bura, wręcz czarna…
Czarna, jak oczy tego siatkarza. Nie mam pojęcia
czemu, ale ciągle widzę je przed sobą. Wiem jedno, w tym jego spojrzeniu było
coś tak niezwykłego, że nie mogę wyrzucić go z pamięci, chociaż niejednokrotnie
już próbowałam. Ich kolor jednak nie był najważniejszy. Mnie prześladował wyraz
tych ciemnych tęczówek, w których odbijały się promienie późnojesiennego
słońca.
Spoglądam na wiszący na ścianie zegar z podobizną
Johnny’ego Deppa – osiemnastkowy prezent od Izy. Wskazuje kilka minut przed 22.
Tak. Tylko ja potrafię spędzić ponad godzinę na rozmyślaniu o oczach jakiegoś
tam siatkarza, którego nawet nie kojarzę.
Wyglądam przez okno i szeroko się uśmiecham. W
pośpiechu zakładam na siebie ubranie, łapię kurtkę i wybiegam z domu.
Pada śnieg. Pierwszy tej zimy. Więc ja, jako wielka
miłośniczka zimy i białego puchu, pędzę do pobliskiego parku. Patrzę w niebo i
cieszę się do samej siebie, czując białe płatki łaskoczące mnie w nos. Staję na
najbliższej ławce, unoszę głowę i rozkładam ramiona. Uwielbiam zimowe niebo.
Piękne, pokryte miliardami małych, błyszczących punkcików, wirujących na lekkim
wietrze.
Małe płatki miękkiego, białego puchu jeden po drugim
spadają mi na twarz i roztapiają się przy zetknięciu z ciepłą skórą. Jest
idealnie. Cicho. Jestem kompletnie sama w opustoszałym, pokrytym białą warstwą
śniegu, parku. Pewnie dawno minęła już północ, dla mnie jednak nie ma to
żadnego znaczenia. Czuję się jak w bajce. Jestem księżniczką, która bawi się w
swoim pięknym, zimowym ogrodzie. Brakuje tylko księcia…
Wychylam się, żeby złapać w dłoń jeden z płatków i
wtedy tracę równowagę. Przygotowuję się już na bliskie spotkanie własnego tyłka
z twardą ziemią, jednak takowe nie następuje. Zamiast tego czuję zaciskające
się wokół mnie czyjeś ramiona, a na włosach gorący oddech pachnący jabłkową
gumą do żucia.
Kocham jabłka!
Podnoszę głowę i zamieram. Wpatrują się we mnie
najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek było dane mi w życiu zobaczyć. To były
TE oczy.
- Marta, prawda?
– pyta z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
- Pamiętasz?!
– wołam zdziwiona. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Brunet śmieje się głośno po czym z powrotem stawia
mnie na ławce. Nadal wpatruje się we mnie tym przeszywającym spojrzeniem, a ja
czuję się tak, jakby dokładnie wiedział, o czym w tej chwili myślę.
- Co robiłaś
na tej ławce? – pyta.
- Nic
takiego. Po prostu chciałam zobaczyć pierwszy śnieg – mruczę. Czuję się jak
kompletna idiotka. Przecież dzieckiem przestałam być już ładnych kilka lat temu,
a zachowywałam się jak przedszkolak. Bo kto to widział, żeby ponad
dwudziestoletnia dziewczyna łapała spadający śnieg?
- Lubisz
zimę, co nie? – uśmiecha się ciepło. Jego reakcja trochę mnie zaskakuje. Nawet
bardzo mnie zaskakuje. Jestem mu wdzięczna, że nie wspomniał ani słowem o tym,
że zachowuję się jak dzieciak.
- Kocham! –
przyznaję i ponownie spoglądam w niebo.
- Ja też… -
zaczyna, ale nie daję mu dojąć d słowa.
- Naprawdę? A
ja myślałam, ze tylko ja jestem jakaś inna – paplam, spoglądając na jego twarz.
Widząc jego rozbawione oczy, dodaję szybko – Muszę iść! Cześć!
Zeskakuję z ławki i nim on wykonuje jakikolwiek
ruch, biegnę już w kierunku mieszkania. Spoglądam jeszcze przez ramię, słysząc,
jak mnie woła, ale nie słucham go. Już wystarczająco się ośmieszyłam, paplając
o tym, jak kocham zimę i śnieg.
Czekoladowo-brązowe. Jego tęczówki mają niezwykły,
rzadko spotykany odcień mlecznej czekolady. I zdecydowanie można w takich
zatonąć. Albo się zakochać. Do szaleństwa…
- Lenka!
Ogarnij czerep! – warczę sama do siebie, zamykając drzwi mieszkania – To tylko
oczy, do jasnej cholery. Dwie brązowe, wyłupiaste patrzałki jakiegoś
zmutowanego ciacha.
Ciacha, w którym również do szaleństwa można by się
zakochać…
Stał tu wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu też tu
był. I miał zamiar przyjść również jutro, pojutrze i każdego kolejnego dnia,
dopóty, dopóki jej nie spotka. Co w niego wstąpiło? Chyba sam diabeł! Od
tygodnia bowiem, zachowywał się jak totalny kretyn. A to wszystko przez pewną
małą, brązowowłosą romantyczkę, która łapała płatki śniegu w parku i prawie
spadła z ławki. Zdążył ją złapać dosłownie w ostatniej chwili. I mało
brakowało, a wylądowałby na ziemi razem z nią…
Na samą myśl o szoku widocznym na jej twarzy i
zaskoczenia w głosie, uśmiecha się do siebie. Była w każdym calu naturalna.
Była też całkowicie szczera, otwarta i niesamowicie nieśmiała. Dokładnie
pamięta przecież to zmieszanie i rumieniec, jaki pojawił się na jej policzkach,
gdy spojrzała mu w oczy.
Jej tęczówki miały czysty, niebieski kolor. Dotąd
uważał, że niebieski to zimny kolor, ale po tamtej nocy zmienił zdanie. Światło
księżyca nadało oczom szatynki iście magicznego blasku. Czarodziejka… Widział
ją przecież zaledwie dwa razy, a kompletnie na jej punkcie oszalał.
Rozgląda się dookoła po raz ostatni i przestępuje z
nogi na nogę. Z każdą upływającą minutą jest mu coraz zimniej. Zaczyna się bać,
że gdy dotknie nosa czy uszu, odpadną.
Spogląda na zegarek. Czekał już prawie dwie godziny
i coraz bardziej odczuwał skutki stania na takim mrozie. Powoli już zamarzał.
Wzdycha głęboko, wypuszczając z ust obłok pary i
rusza w stronę własnego mieszkania, zastanawiając się, czy pewnego dnia
wreszcie dopisze mu szczęście i ponownie ją spotka.
Idę z każdym krokiem coraz wolniej. Każde kolejne
posunięcie do przodu utwierdza mnie w przekonaniu, że to właśnie on stoi przy
ławce. Zatrzymuje się przy jednym z drzew i zamykam oczu.
- Zrobisz to,
Marta. Jesteś odważna. Już się nie boisz. Dasz radę! – mruczę sama do siebie i
z nową siłą i gotowością do działania otwieram oczy.
Mrugam gwałtownie i zrezygnowana opieram się o
drzewo. Siatkarz nagle zniknął. Był… mogłabym przysiąc, że przed chwilą tam
stał. Ale teraz już go nie ma. Po prostu sobie poszedł. Nie zdążyłam…
Podchodzę do ławki i staję w miejscu dwóch ogromnych
śladów butów. Jego butów. Stał tu kilka minut wcześniej. A teraz stoję tu ja.
Dokładnie w tym samym miejscu. Co do milimetra. Dotykam tego samego śniegu co
on…
Dlaczego tu stał? Czy na kogoś czekał? Czy tym kimś
mogłam być ja? Czy czeka tak codziennie?
Te i wiele innych pytań, kłębiących się w mojej
głowie, pozostało bez odpowiedzi.
Piotrek uczy :D Polecam, działa :D
Dla Marty;**