czwartek, 21 lutego 2013

Rozdział I






Rozdział I




Stoję przy 'naszej' ławce i dygoczę z zimna. Co mnie podkusiło do wyjścia z ciepłego, przytulnego mieszkania? On. A dokładniej spotkanie z nim . Podobno strasznie ważne... Ale dla niego nawet najmniejsze głupstwo było ważne...
Tak więc stoję jak taka głupia jakaś i marznę, czekając na własnego chłopaka. Ja, Marta Lenkiewicz, oznajmiam wszem i wobec, że zamorduję go i ukryję zwłoki, jeżeli znów zacznie opowiadać mi o swoim niezwykle uzdolnionym psie, Aresie.
 - Lenka! Sorry, że musiałaś czekać - no tak, jaśnie pan królewicz jak zwykle spóźniony.
 - To nic - uśmiecham się. Na Turka nie potrafiłam się obrażać.
 - To świetnie! Wiesz, muszę ci coś powiedzieć... To coś ważnego, serio... - zaczyna, ale mu przerywam.
 - I nie chodzi tu o nadprzyrodzone zdolności twojego psa? - pytam, dławiąc się śmiechem, na co on rzuca mi groźne spojrzenie.
 - To trudne - bąka pod nosem, a ja zaczynam się bać.
Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak poważnym Arturem. Dla niego nic nie było trudne. Przecież to był ten Artur, który kazał nazywać się polonistce „Słoneczkiem”! To był mój Artur. To jest mój Artur! Bo przecież jesteśmy ze sobą już ładny kawałek czasu. Za kilka tygodni miały minąć już dwa lata.
 - Lenka, słuchasz mnie? – pyta zniecierpliwiony.
Przyglądam mu się uważnie, jest naprawdę inny, niż zwykle.
 - Mów, jak ci tak zależy – mruczę i spoglądam w jego szare oczy. Coś jest z nimi nie tak…
 - My… My nie możemy być już razem – jąka, a ja w pierwszej chwili mam wrażenie, że to zły sen, albo głupi żart. A może po prostu źle zrozumiałam?
 - Zrywasz ze mną?! Tak po prostu!? Bez najmniejszego nawet wytłumaczenia??!! – zasypuję go pytaniami. Bo przecież chyba należą mi się jakieś wytłumaczenia, prawda? Co jak co, ale Turek był trzema ostatnimi latami mojego życia.
 - Monika… Myślę, że to powinno ci wszystko wyjaśnić – mówi już pewniej.
No tak. Mogłam się tego spodziewać. Już na samym początku te jego korepetycje z matmy wydały mi się cholernie podejrzane. Intuicja znów mnie nie zawiodła.
 - Mogłam to przewidzieć – uśmiecham się ironicznie – Jesteś świnią, Artur.
 - Lenka, proszę…
 - Daruj sobie, Turek. Nie mamy już o czym rozmawiać. – warczę, po czym odwracam się i ruszam przed siebie.
Nie dziwi mnie wcale to, że za mną nie idzie. Bo i po co? Przecież dobrze mnie zna, wie, że to się może dla niego źle skończyć.
Wchodzę do mieszkania, rzucam kurtkę na kanapę i prawie biegnę do własnej sypialni. Dopiero tam pozwalam łzom swobodnie płynąć po policzkach. Bo mimo wszystko nie jestem taka twarda, jaką gram. To tak cholernie boli…
W przypływie nagłego ataku złości kasuję jego numer z komórki, chociaż znam go na pamięć i drę wszystkie wspólne zdjęcia. Dla mnie to już absolutny koniec Turka i początek nowej Marty Lenkiewicz.

Minęło kilka dni. Długich i cholernie przygnębiających. Ale szczerze mogę powiedzieć, że najgorsze już minęło. Potrafię się już normalnie uśmiechać i, co dla mnie dość ważne, nie zamknęłam się znów w sobie. Nawet bez Turka potrafię być tą Martą, która nie boi się nawiązywać nowych znajomości i rozmawiać z ludźmi absolutnie o wszystkim.
 - Ciacha na dziewiątej! - szturcha mnie Mika, która idzie obok mnie. Posłusznie spoglądam we wskazanym przez przyjaciółkę kierunku.
 - No chyba jakieś zmutowane – prycham, szczerząc zęby w głupkowatym uśmiechu – Temu najwyższemu to chyba w domu żarcie na żyrandolu wieszali, przez to taki wielki urósł…
 - To siatkarze, ty niedoinformowana babo! – piszczy – A ten od żyrandola się na ciebie patrzy!
 - Patrzy się, bo robisz siarę. Mika! – wrzeszczę, ale jest już za późno. Ta upośledzona umysłowo wariatka już biegnie w ich stronę. Po chwili stoi już obok nich i daje mi, jak jej się pewnie wydaje, tajne znaki, żebym do nich podeszła.
Ja natomiast odwracam się w drugą stronę i zaczynam udawać, że jej nie widzę i nie znam. Czasem naprawdę cholernie żałuję, że zaprzyjaźniłam się z taką psycholką jak Iza. Jesteśmy jak ogień i woda, różnimy się pod każdym względem. A jednak bez niej nie byłoby już tak samo. Czułabym się dziwnie, gdyby jej nie było obok. Bo Izka jest jak siostra, której nigdy nie miałam, chociaż bardzo ciachałam.
 - Leon!! – słysząc jej wrzask, wolno odwracam się w jej stronę. Dobrze wiem, że powiedziała to specjalnie, żebym tylko zareagowała.
I w taki właśnie sposób zostałam zmuszona do spotkania ze zmutowanymi ciachami z godziny dziewiątej.
 - Czeeeeść! – woła ten od żyrandola, gdy tylko podchodzę odpowiednio blisko – To prawda, że wolisz Jastrzębski od Olsztyna? – pyta, a ja nie mogę uwierzyć w to, że ta papla, Mika, zdążyła wygadać im aż tyle.
 - To przez przypadek! – piszczy, gdy tylko zaszczycam ją moim morderczym spojrzeniem, a siatkarze parskają śmiechem.
 - Co przez przypadek? – pytam, dalej groźnie mrużąc oczy. Bo co jak co, ale granie złej Lenki zawsze dobrze mi wychodziło. Zwłaszcza przed Izką.
 - Lenuś, kochanie, nie strasz!
 - Już nie Leon? – unoszę pytająco brwi, jednocześnie zagryzając policzek od środka, żeby nie parsknąć śmiechem.
 - Dobrze wiesz, czemu tak powiedziałam! I przestań tak wreszcie na mnie patrzeć! – woła i chowa się za tym, od żyrandola i jego kolegą. A oni nie mają nic przeciwko temu, ba, są tym wręcz zachwyceni.
Krztuszę się, a potem parskam szalonym chichotem. Mika chowała się przede mną już za różnymi dziwnymi i dziwniejszymi rzeczami, ale nigdy jeszcze za zmutowanymi ciachami. Według niej ciachami, bo mnie oni się tam nie do końca podobają. Za to ich kolega…
 - Więc jesteś Lena, tak? – pyta ów kolega – Ładne imię.
 - Jestem Marta – spoglądam w jego kierunku i na krótki moment zamieram. Takich oczu jak te, w które się właśnie wpatrywałam, nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. W takich oczach można by zatonąć. Jak w morzu gorącej, mlecznej czekolady…
 - Więc dlaczego Iza nazwała cię Lenka? Albo Leon? Tego to już w ogóle nie rozumiem – najniższy z całej trójki z zamyśloną miną drapie się po głowie.
 - To moje pseudonimy artystyczne – mówię bez zastanowienia, a ten od żyrandola chyba naprawdę wierzy w to, że jestem jakąś piosenkarką czy czymś takim, bo zaczyna mi się uważniej przyglądać – To był żart – mruczę z ironicznym uśmiechem.
Swoja drogą… Ciekawe ile razy przywalił swoją siatkarską łepetyną w ten żyrandol, że taki inteligentny.
 - A wy na trening, czy już z treningu? – Mika wreszcie zdobywa się na odwagę i wychodzi zza swoich ochroniarzy, po czym z dziwną miną spogląda na kolegę Żyrandola, a potem na mnie.
 - Do baru – szczerzy się czwarty, który pojawia się dosłownie znikąd – Patryk jestem. Może piękne koleżanki pójdą z nami?
 - Ja odpadam. Mam inne plany – mówię od razu i wyczekując spoglądam na Mikę. Biedna, nie wie co zrobić Z jednej strony nie chce zostawiać mnie samej, a z drugiej ich też najchętniej nie opuściłaby na krok – Idź – uśmiecham się i wolno ruszam przed siebie – To do zobaczenia! – wołam i znikam za zakrętem.
Oddycham z ulgą, gdy już znajduję się we własnym mieszkaniu. To dziwne spojrzenie niemal czarnych oczu bruneta nawet teraz, gdy jestem już daleko od niego, przyprawia mnie o dziwny dreszcz. Nie bardzo to mi się podobało, bo już kiedyś taki dreszczyk czułam i nie wyszło z tego nic dobrego. Jedyne co mi zostało, to sterta strzępków zdjęć i złamane serce, na razie lekko posklejane dzięki Izie i grupce innych ludzi, którzy byli ze mną przez te trudne dni.



Uczę się... Taaak, tak grzecznie się uczę^^
Pozdrawiam;*

4 komentarze:

  1. Ale to już? Koniec? On powinien być taki długi jak właściciel czekoladowych oczu! o :D
    Domagam się dłuższych odcinków i tyle ;p
    Turek, Turek, już myślałam, że to o Haina chodzi. Ale to jakaś inna mendę Martę rzuciła i zdradziła ;/ mogła go uderzyć, czy coś, kopnąć gdzieś...
    Żyrandol hahahahahha ile razy bym nie czytała tego tekstu, tak bym lała ze śmiechu :D mistrzostwo no :D
    Mika trochę wieżowców zobaczy i już zachwycona :D nawet przyjaciółkę porzuciła ;p
    Leon :D mi się to ze Zbyszkowym ojcem kojarzy tylko ;p i ja osobiście, wolę Jastrzębie, no :D Ale zielone ludki nie są złe ;p i ten całkiem interesujący kolega ;p
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. łooooo ;d mój ogar =^.^= :D kocham to ^^ dajesz nexta

    OdpowiedzUsuń
  3. Popieram Martę - Leon to od razu bartmanowy tatuś :D Ale potem sobie pomyślałam, że co pan B. miałby robić w klubie... xD
    Patryk.. To kojarzy mi się tylko ze Szczurkiem i Czarnowskim. No bo czy w PL gra inny Patryś? :D
    Już nie lubię Artura. A tak mi się to imię spodobało...
    Pozdrawiam ciepło, Anna.
    /Bądź/

    OdpowiedzUsuń
  4. Izy są fajne - wiem z doświadczenia :P
    Artur jest be.
    a co za Patryk i żyrandol?

    OdpowiedzUsuń