poniedziałek, 25 lutego 2013

Rozdział II




Rozdział II



Mija kolejne kilkanaście dni. Szaro-bury listopad zmienia się w mroźny grudzień. Mój ulubiony miesiąc. W sklepach pojawiają się bożonarodzeniowe dekoracje, a na szybach mieszkań malowane sztucznym śniegiem choinki. Na dworze jednak jak nie było tak i dalej nie ma żadnego śladu po białym puchu. Tej zimy jak na złość śnieg nie chciał padać, co już lekko doprowadzało mnie do szału. Bo co to za zima bez śniegu? Beznadziejna, smutna, szaro-bura, wręcz czarna…
Czarna, jak oczy tego siatkarza. Nie mam pojęcia czemu, ale ciągle widzę je przed sobą. Wiem jedno, w tym jego spojrzeniu było coś tak niezwykłego, że nie mogę wyrzucić go z pamięci, chociaż niejednokrotnie już próbowałam. Ich kolor jednak nie był najważniejszy. Mnie prześladował wyraz tych ciemnych tęczówek, w których odbijały się promienie późnojesiennego słońca.
Spoglądam na wiszący na ścianie zegar z podobizną Johnny’ego Deppa – osiemnastkowy prezent od Izy. Wskazuje kilka minut przed 22. Tak. Tylko ja potrafię spędzić ponad godzinę na rozmyślaniu o oczach jakiegoś tam siatkarza, którego nawet nie kojarzę.

Wyglądam przez okno i szeroko się uśmiecham. W pośpiechu zakładam na siebie ubranie, łapię kurtkę i wybiegam z domu.
Pada śnieg. Pierwszy tej zimy. Więc ja, jako wielka miłośniczka zimy i białego puchu, pędzę do pobliskiego parku. Patrzę w niebo i cieszę się do samej siebie, czując białe płatki łaskoczące mnie w nos. Staję na najbliższej ławce, unoszę głowę i rozkładam ramiona. Uwielbiam zimowe niebo. Piękne, pokryte miliardami małych, błyszczących punkcików, wirujących na lekkim wietrze.
Małe płatki miękkiego, białego puchu jeden po drugim spadają mi na twarz i roztapiają się przy zetknięciu z ciepłą skórą. Jest idealnie. Cicho. Jestem kompletnie sama w opustoszałym, pokrytym białą warstwą śniegu, parku. Pewnie dawno minęła już północ, dla mnie jednak nie ma to żadnego znaczenia. Czuję się jak w bajce. Jestem księżniczką, która bawi się w swoim pięknym, zimowym ogrodzie. Brakuje tylko księcia…
Wychylam się, żeby złapać w dłoń jeden z płatków i wtedy tracę równowagę. Przygotowuję się już na bliskie spotkanie własnego tyłka z twardą ziemią, jednak takowe nie następuje. Zamiast tego czuję zaciskające się wokół mnie czyjeś ramiona, a na włosach gorący oddech pachnący jabłkową gumą do żucia.
Kocham jabłka!
Podnoszę głowę i zamieram. Wpatrują się we mnie najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek było dane mi w życiu zobaczyć. To były TE oczy.
 - Marta, prawda? – pyta z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
 - Pamiętasz?! – wołam zdziwiona. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Brunet śmieje się głośno po czym z powrotem stawia mnie na ławce. Nadal wpatruje się we mnie tym przeszywającym spojrzeniem, a ja czuję się tak, jakby dokładnie wiedział, o czym w tej chwili myślę.
 - Co robiłaś na tej ławce? – pyta.
 - Nic takiego. Po prostu chciałam zobaczyć pierwszy śnieg – mruczę. Czuję się jak kompletna idiotka. Przecież dzieckiem przestałam być już ładnych kilka lat temu, a zachowywałam się jak przedszkolak. Bo kto to widział, żeby ponad dwudziestoletnia dziewczyna łapała spadający śnieg?
 - Lubisz zimę, co nie? – uśmiecha się ciepło. Jego reakcja trochę mnie zaskakuje. Nawet bardzo mnie zaskakuje. Jestem mu wdzięczna, że nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowuję się jak dzieciak.
 - Kocham! – przyznaję i ponownie spoglądam w niebo.
 - Ja też… - zaczyna, ale nie daję mu dojąć d słowa.
 - Naprawdę? A ja myślałam, ze tylko ja jestem jakaś inna – paplam, spoglądając na jego twarz. Widząc jego rozbawione oczy, dodaję szybko – Muszę iść! Cześć!
Zeskakuję z ławki i nim on wykonuje jakikolwiek ruch, biegnę już w kierunku mieszkania. Spoglądam jeszcze przez ramię, słysząc, jak mnie woła, ale nie słucham go. Już wystarczająco się ośmieszyłam, paplając o tym, jak kocham zimę i śnieg.
Czekoladowo-brązowe. Jego tęczówki mają niezwykły, rzadko spotykany odcień mlecznej czekolady. I zdecydowanie można w takich zatonąć. Albo się zakochać. Do szaleństwa…
 - Lenka! Ogarnij czerep! – warczę sama do siebie, zamykając drzwi mieszkania – To tylko oczy, do jasnej cholery. Dwie brązowe, wyłupiaste patrzałki jakiegoś zmutowanego ciacha.
Ciacha, w którym również do szaleństwa można by się zakochać…

Stał tu wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu też tu był. I miał zamiar przyjść również jutro, pojutrze i każdego kolejnego dnia, dopóty, dopóki jej nie spotka. Co w niego wstąpiło? Chyba sam diabeł! Od tygodnia bowiem, zachowywał się jak totalny kretyn. A to wszystko przez pewną małą, brązowowłosą romantyczkę, która łapała płatki śniegu w parku i prawie spadła z ławki. Zdążył ją złapać dosłownie w ostatniej chwili. I mało brakowało, a wylądowałby na ziemi razem z nią…
Na samą myśl o szoku widocznym na jej twarzy i zaskoczenia w głosie, uśmiecha się do siebie. Była w każdym calu naturalna. Była też całkowicie szczera, otwarta i niesamowicie nieśmiała. Dokładnie pamięta przecież to zmieszanie i rumieniec, jaki pojawił się na jej policzkach, gdy spojrzała mu w oczy.
Jej tęczówki miały czysty, niebieski kolor. Dotąd uważał, że niebieski to zimny kolor, ale po tamtej nocy zmienił zdanie. Światło księżyca nadało oczom szatynki iście magicznego blasku. Czarodziejka… Widział ją przecież zaledwie dwa razy, a kompletnie na jej punkcie oszalał.
Rozgląda się dookoła po raz ostatni i przestępuje z nogi na nogę. Z każdą upływającą minutą jest mu coraz zimniej. Zaczyna się bać, że gdy dotknie nosa czy uszu, odpadną.
Spogląda na zegarek. Czekał już prawie dwie godziny i coraz bardziej odczuwał skutki stania na takim mrozie. Powoli już zamarzał.
Wzdycha głęboko, wypuszczając z ust obłok pary i rusza w stronę własnego mieszkania, zastanawiając się, czy pewnego dnia wreszcie dopisze mu szczęście i ponownie ją spotka.

Idę z każdym krokiem coraz wolniej. Każde kolejne posunięcie do przodu utwierdza mnie w przekonaniu, że to właśnie on stoi przy ławce. Zatrzymuje się przy jednym z drzew i zamykam oczu.
 - Zrobisz to, Marta. Jesteś odważna. Już się nie boisz. Dasz radę! – mruczę sama do siebie i z nową siłą i gotowością do działania otwieram oczy.
Mrugam gwałtownie i zrezygnowana opieram się o drzewo. Siatkarz nagle zniknął. Był… mogłabym przysiąc, że przed chwilą tam stał. Ale teraz już go nie ma. Po prostu sobie poszedł. Nie zdążyłam…
Podchodzę do ławki i staję w miejscu dwóch ogromnych śladów butów. Jego butów. Stał tu kilka minut wcześniej. A teraz stoję tu ja. Dokładnie w tym samym miejscu. Co do milimetra. Dotykam tego samego śniegu co on…
Dlaczego tu stał? Czy na kogoś czekał? Czy tym kimś mogłam być ja? Czy czeka tak codziennie?
Te i wiele innych pytań, kłębiących się w mojej głowie, pozostało bez odpowiedzi.




Piotrek uczy :D Polecam, działa :D
Dla Marty;**

1 komentarz:

  1. Piooooooooooooooooooooooootreeeeeeeeeeeek :D
    Wiesz, że ja to uwielbiałam już zanim przeczytałam :D Podtrzymuję opinie, że to jest lepsze niż moje ;p
    No na fakcie, czytam i się zakochuję, widzę to wszystko.
    Scena ze śniegiem <3 O tak, fajne wariactwo i wcale nie oznacza dziecinności. Skoro miała takiego fajnego jabłkowego ratownika, to czemu nie :D
    Ooo, przychodził jej szukać :) Zaskakujące i takie.. Zdecydowanie ich obojga coś urzekło w sobie nawzajem. No czemu nie podeszła od razu? Niech się w końcu spotkają w tym parku!
    Teraz mam obsesję na te czekoladowe oczy P.H i A.A też :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń