poniedziałek, 11 lutego 2013

Cztery





Cztery 




Nie jest już tak, jak było. Tamta noc zmieniła wszystko. Jedno pytanie, dwa wypowiedziane bezmyślnie słowa, brak odpowiedzi... I nasze jako-tako poukładane życie rozsypuje się na kawałeczki. On coraz mniej czasu spędza w mieszkaniu, ja coraz częściej w ogóle nie wychodzę z łóżka. Po prostu leżę. Leżę i rozmyślam, co na pewno nie wpływa na mnie dobrze.
W końcu decyduję się, co robić dalej. Muszę wiedzieć, czy on nadal chce, żebym z nim mieszkała. Muszę wiedzieć, czy nadal czuje się ojcem mojego dziecka i jakie ma w stosunku do nas zamiary. Dlatego właśnie siedzę na kanapie, nerwowo wyłamując palce. Czekam, aż w końcu raczy pojawić się w domu po treningu, który skończył się już dawno temu.
Wreszcie wraca. Cicho otwiera drzwi i próbuje przemycić się do kuchni. Nie spodziewa się mnie zobaczyć. W końcu od kilkunastu dni rzadko opuszczałam sypialnię. W ogóle w czasie, gdy on był w mieszkaniu.
 - Musimy porozmawiać. Poważnie porozmawiać – mówię, gdy on z zaskoczona miną zatrzymuje się w progu.
 - Taaak… Tak, oczywiście – zgadza się szybko i siada na stoliku naprzeciwko mnie.
 - Nie chcesz najpierw czegoś zjeść?
 - W zasadzie to już jadłem. Poszliśmy z Kipkiem do Miśkina i…
 - Rozumiem – mruczę, zapadając się bardziej w oparcie kanapy. Przestałam zajmować się czymkolwiek, gotowaniem, sprzątaniem… A on jako sportowiec musi się zdrowo odżywiać. Dlatego pewnie żerował na kuchni swoich kolegów.
 - Nie rozumiesz – uśmiecha się lekko – Po prostu przegrał zakład i musiał postawić piwo. A że to Miśkin, od razu wbiliśmy się do niego na obiad.
Milczę, wpatrując się w niego niepewnie. Mówi prawdę, czy tylko próbuje mnie pocieszać? Pewnie nie chce, żebym poczuła się urażona. Nie chce wydać się z tym, że woli spędzać czas z kolegami, niż ze mną…
 - Chciałaś pogadać – mówi, przerywając tym samym moje rozmyślania.
 - Tak… Bo… - jąkam się. Nie mam pojęcia od czego zacząć – Masz mnie już dosyć, prawda?
 - Kaja, no co ty!
 - Ja cię rozumiem, Andrzej. Zwaliłam ci się na głowę tak niespodziewanie… Wlazłam z buciorami w twoje życie… Odejdę. Ale mam prośbę. Mogłabym zostać tutaj do porodu? To znów nie tak długo, miesiąc, może półtorej…
 - Możesz zostać tak długo, jak chcesz – mówi, obojętnie wzruszając ramionami. Zupełnie, jakby pogodził się z tym, że odejdę. Po prostu przestał walczyć o swoje dziecko. Albo jakbym nic dla niego nie znaczyła.

Dziwnie się czuję. Jestem sama w mieszkaniu, Andrzej z drużyną aktualnie jest pewnie w połowie drogi do Ankary, gdzie ma rozegrać mecz w pucharze CEV. On jeszcze nigdy nie był tak daleko, ja jeszcze nigdy nie czułam aż tak bardzo, że coś się wydarzy.
I zupełnie jak na zawołanie, czuję przeszywający ból w dole brzucha. Próbuję wstać, ale nie mogę. Z trudem dosięgam do parapetu, gdzie leży moja komórka. Chwytam ją i dzwonię na pogotowie. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Wszystko dzieje się w ekspresowym tempie. Przyjeżdżają lekarze, wsadzają mnie do karetki, kilkanaście minut później jestem już w szpitalnej sali.
 - Ratujcie je… Ratujcie moje dziecko… - szepczę, łapiąc za rękę jednego z lekarzy, a potem tracę kontakt z rzeczywistością.

Budzę się, czując dziwną pustkę. Mój brzuch gdzieś zniknął. Jestem przerażona. Tym, co się stało. Przecież miałam urodzić na początku grudnia, a jest jeszcze październik…
 - Obudziła się pani wreszcie – spoglądam pustym wzrokiem na stojącą w drzwiach pielęgniarkę.
 - Co z moim dzieckiem?
 - Spokojnie, maleństwo czuje się dobrze. Najbliższe kilka tygodni spędzi w szpitalu, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Z wielką ulgą opadam na niewygodne szpitalne łóżko. Czuję, jak po moich policzkach płyną potoki łez. Łez ulgi, ale i łez szczęścia. Bo może i zostanę z maleństwem sama, ale to nieważne. Ważne, że ono będzie. Po prostu będzie.
 - Zadzwoniliśmy do ojca dziecka. Powiedział, że zjawi się tak szybko, jak tylko będzie mógł, jednak nie szybciej niż za 2 dni.
 - Andrzej… - szepczę – Jest w Turcji… Mogę zobaczyć… To chłopiec, prawda?
 - Tak, to chłopiec. Przyprowadzę wózek. Bezpieczniej będzie, jeżeli nie będzie się pani przemęczała.
Kilka minut później siedzę już przy inkubatorze, obserwując śpiącego synka. Maćka. Nie wyobrażam sobie nawet, że mogłabym dać mu na imię inaczej… Zamieram na moment, gdy mały otwiera oczka. Naprawdę mają identyczny kolor, jak u jego ojca. I ja już teraz wiem, że w przyszłości będą mieszały dziewczynom w głowach. Zupełnie, jak oczy jego ojca namieszały w mojej…

Od porodu minęły 3 długie dni. Nadal jestem osłabiona i trochę zmęczona, ale też i cholernie szczęśliwa. Tak właśnie się czuję, patrząc na małego Maćka. Jest naprawdę maleńki, taka kruszynka. Ale to normalne, przecież urodził się prawie 5 tygodni przed terminem.
 - Kaja! - odwracam się, słysząc znajomy głos - Kaja...
Widząc go, całkowicie się rozklejam. Wtulam się mocno w jego ramiona, nie hamując wypływających z oczu łez. Dopiero teraz mogę sobie na to pozwolić. Bo on jest tuż obok. Bo przy nim czuję się bezpieczna. Bo go kocham... I nagle to, że chciałam odejść schodzi na dalszy plan. Decyduję się zaryzykować.
 - Miałeś rację - podnoszę głowę, uśmiechając się lekko - To Maciuś.
 - A ty? Jak się czujesz? – odgarnia mi za ucho kosmyk włosów i przyciska na moment usta do mojego czoła.
 - Zmęczona. Ale szczęśliwa. Cieszę się, że go mam... Że was mam – poprawiam się, czekając na jego reakcję.
 - Kaja...
 - Kocham cię, Andrzej.
 - Kaja...
 - Nic nie mów - przerywam mu - Przecież cię nie zmuszę, żebyś też mnie kochał. Wystarczy mi to, że będziesz. Że po prostu przy mnie będziesz...
 - Będę. Nie dlatego, że muszę, że taki jest mój obowiązek. Będę przy tobie, bo chcę. Będę, bo do niczego mnie nie zmuszasz - podnosi palcem mój podbródek, zmuszając mnie do patrzenia sobie w oczy.
 - Co chcesz przez to powiedzieć? - pytam, marszcząc czoło.
 - Wiesz.
 - Andrzej...  – uśmiecham się przez łzy – Mógłbyś… Powiedz to, proszę.
 - Kocham cię, Kaja. Jak wariat cię kocham!
 - Kiedy?
 - Pojęcia nie mam. Ale stało się, tak po prostu...
 - Powiedz to jeszcze raz, proszę. Chciałabym to znów usłyszeć.
 - Kocham cię. Kocham was - uśmiecha się. Pochyla się nade mną i delikatnie muska moje usta swoimi - I może to nie jest odpowiednie miejsce, ale... Kaja… Zgodzisz się zostać moją żoną?
 - Jesteś szalony... Nienormalny... Ale cię kocham. I nie mam wyjścia. Muszę powiedzieć tak…



Totalna masakra. Umarłam.

3 komentarze:

  1. zakochałam się *.* Andrzej, Maciuś i Kaja :D happy ^^ czekam na kolejne w Twoim wykonaiu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że jednak się myliłam :) I mamy szczęśliwą rodzinkę. Andrzej w końcu zmądrzał. Ja wiedziałam, że ten wyjazd wiele zmieni w jego życiu :)
    Pozdrawiam, Anna.
    /Bądź/

    OdpowiedzUsuń
  3. Och Endriuuuuuuuu <3 Taki facet to skarb :) No ja wiedziałam, że ją kocha, ale pewno bał się dowiedzieć, że bez wzajemności.
    Dwa takie głupole no ;)
    Tatuś wyjechał to niegrzeczny synek przyszedł na świat, nie wolno tak no, Maciuś, posłusznym trzeba być :)
    Skoro już szczęśliwi rodzice się kochają to piękna z nich rodzinka będzie, no nie? :D
    Pamiętaj, kiedyś :PP
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń