Cztery
Nie jest już tak, jak było. Tamta noc zmieniła wszystko. Jedno
pytanie, dwa wypowiedziane bezmyślnie słowa, brak odpowiedzi... I nasze
jako-tako poukładane życie rozsypuje się na kawałeczki. On coraz mniej czasu
spędza w mieszkaniu, ja coraz częściej w ogóle nie wychodzę z łóżka. Po prostu
leżę. Leżę i rozmyślam, co na pewno nie wpływa na mnie dobrze.
W końcu decyduję się, co robić dalej. Muszę wiedzieć, czy on
nadal chce, żebym z nim mieszkała. Muszę wiedzieć, czy nadal czuje się ojcem
mojego dziecka i jakie ma w stosunku do nas zamiary. Dlatego właśnie siedzę na
kanapie, nerwowo wyłamując palce. Czekam, aż w końcu raczy pojawić się w domu
po treningu, który skończył się już dawno temu.
Wreszcie wraca. Cicho otwiera drzwi i próbuje przemycić się do
kuchni. Nie spodziewa się mnie zobaczyć. W końcu od kilkunastu dni rzadko
opuszczałam sypialnię. W ogóle w czasie, gdy on był w mieszkaniu.
- Musimy porozmawiać.
Poważnie porozmawiać – mówię, gdy on z zaskoczona miną zatrzymuje się w progu.
- Taaak… Tak, oczywiście
– zgadza się szybko i siada na stoliku naprzeciwko mnie.
- Nie chcesz najpierw
czegoś zjeść?
- W zasadzie to już
jadłem. Poszliśmy z Kipkiem do Miśkina i…
- Rozumiem – mruczę,
zapadając się bardziej w oparcie kanapy. Przestałam zajmować się czymkolwiek,
gotowaniem, sprzątaniem… A on jako sportowiec musi się zdrowo odżywiać. Dlatego
pewnie żerował na kuchni swoich kolegów.
- Nie rozumiesz –
uśmiecha się lekko – Po prostu przegrał zakład i musiał postawić piwo. A że to
Miśkin, od razu wbiliśmy się do niego na obiad.
Milczę, wpatrując się w niego niepewnie. Mówi prawdę, czy tylko
próbuje mnie pocieszać? Pewnie nie chce, żebym poczuła się urażona. Nie chce
wydać się z tym, że woli spędzać czas z kolegami, niż ze mną…
- Chciałaś pogadać –
mówi, przerywając tym samym moje rozmyślania.
- Tak… Bo… - jąkam się.
Nie mam pojęcia od czego zacząć – Masz mnie już dosyć, prawda?
- Kaja, no co ty!
- Ja cię rozumiem, Andrzej.
Zwaliłam ci się na głowę tak niespodziewanie… Wlazłam z buciorami w twoje
życie… Odejdę. Ale mam prośbę. Mogłabym zostać tutaj do porodu? To znów nie tak
długo, miesiąc, może półtorej…
- Możesz zostać tak
długo, jak chcesz – mówi, obojętnie wzruszając ramionami. Zupełnie, jakby
pogodził się z tym, że odejdę. Po prostu przestał walczyć o swoje dziecko. Albo
jakbym nic dla niego nie znaczyła.
Dziwnie się czuję. Jestem sama w mieszkaniu, Andrzej z drużyną aktualnie
jest pewnie w połowie drogi do Ankary, gdzie ma rozegrać mecz w pucharze CEV.
On jeszcze nigdy nie był tak daleko, ja jeszcze nigdy nie czułam aż tak bardzo,
że coś się wydarzy.
I zupełnie jak na zawołanie, czuję przeszywający ból w dole
brzucha. Próbuję wstać, ale nie mogę. Z trudem dosięgam do parapetu, gdzie leży
moja komórka. Chwytam ją i dzwonię na pogotowie. Nic innego nie przychodzi mi
do głowy.
Wszystko dzieje się w ekspresowym tempie. Przyjeżdżają lekarze,
wsadzają mnie do karetki, kilkanaście minut później jestem już w szpitalnej sali.
- Ratujcie je… Ratujcie
moje dziecko… - szepczę, łapiąc za rękę jednego z lekarzy, a potem tracę
kontakt z rzeczywistością.
Budzę się, czując dziwną pustkę. Mój brzuch gdzieś zniknął.
Jestem przerażona. Tym, co się stało. Przecież miałam urodzić na początku
grudnia, a jest jeszcze październik…
- Obudziła się pani
wreszcie – spoglądam pustym wzrokiem na stojącą w drzwiach pielęgniarkę.
- Co z moim dzieckiem?
- Spokojnie, maleństwo
czuje się dobrze. Najbliższe kilka tygodni spędzi w szpitalu, ale jego życiu
nie zagraża niebezpieczeństwo.
Z wielką ulgą opadam na niewygodne szpitalne łóżko. Czuję, jak
po moich policzkach płyną potoki łez. Łez ulgi, ale i łez szczęścia. Bo może i
zostanę z maleństwem sama, ale to nieważne. Ważne, że ono będzie. Po prostu będzie.
- Zadzwoniliśmy do ojca
dziecka. Powiedział, że zjawi się tak szybko, jak tylko będzie mógł, jednak nie
szybciej niż za 2 dni.
- Andrzej… - szepczę –
Jest w Turcji… Mogę zobaczyć… To chłopiec, prawda?
- Tak, to chłopiec.
Przyprowadzę wózek. Bezpieczniej będzie, jeżeli nie będzie się pani
przemęczała.
Kilka minut później siedzę już przy inkubatorze, obserwując
śpiącego synka. Maćka. Nie wyobrażam sobie nawet, że mogłabym dać mu na imię
inaczej… Zamieram na moment, gdy mały otwiera oczka. Naprawdę mają identyczny
kolor, jak u jego ojca. I ja już teraz wiem, że w przyszłości będą mieszały
dziewczynom w głowach. Zupełnie, jak oczy jego ojca namieszały w mojej…
Od porodu minęły 3 długie dni. Nadal jestem osłabiona i trochę zmęczona,
ale też i cholernie szczęśliwa. Tak właśnie się czuję, patrząc na małego Maćka.
Jest naprawdę maleńki, taka kruszynka. Ale to normalne, przecież urodził się
prawie 5 tygodni przed terminem.
- Kaja! - odwracam się,
słysząc znajomy głos - Kaja...
Widząc go, całkowicie się rozklejam. Wtulam się mocno w jego
ramiona, nie hamując wypływających z oczu łez. Dopiero teraz mogę sobie na to
pozwolić. Bo on jest tuż obok. Bo przy nim czuję się bezpieczna. Bo go
kocham... I nagle to, że chciałam odejść schodzi na dalszy plan. Decyduję się
zaryzykować.
- Miałeś rację - podnoszę
głowę, uśmiechając się lekko - To Maciuś.
- A ty? Jak się czujesz?
– odgarnia mi za ucho kosmyk włosów i przyciska na moment usta do mojego czoła.
- Zmęczona. Ale
szczęśliwa. Cieszę się, że go mam... Że was mam – poprawiam się, czekając na
jego reakcję.
- Kaja...
- Kocham cię, Andrzej.
- Kaja...
- Nic nie mów - przerywam
mu - Przecież cię nie zmuszę, żebyś też mnie kochał. Wystarczy mi to, że
będziesz. Że po prostu przy mnie będziesz...
- Będę. Nie dlatego, że
muszę, że taki jest mój obowiązek. Będę przy tobie, bo chcę. Będę, bo do
niczego mnie nie zmuszasz - podnosi palcem mój podbródek, zmuszając mnie do
patrzenia sobie w oczy.
- Co chcesz przez to
powiedzieć? - pytam, marszcząc czoło.
- Wiesz.
- Andrzej... – uśmiecham się przez łzy – Mógłbyś… Powiedz
to, proszę.
- Kocham cię, Kaja. Jak
wariat cię kocham!
- Kiedy?
- Pojęcia nie mam. Ale
stało się, tak po prostu...
- Powiedz to jeszcze raz, proszę.
Chciałabym to znów usłyszeć.
- Kocham cię. Kocham was
- uśmiecha się. Pochyla się nade mną i delikatnie muska moje usta swoimi - I
może to nie jest odpowiednie miejsce, ale... Kaja… Zgodzisz się zostać moją
żoną?
- Jesteś szalony...
Nienormalny... Ale cię kocham. I nie mam wyjścia. Muszę powiedzieć tak…
Totalna masakra. Umarłam.
zakochałam się *.* Andrzej, Maciuś i Kaja :D happy ^^ czekam na kolejne w Twoim wykonaiu :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że jednak się myliłam :) I mamy szczęśliwą rodzinkę. Andrzej w końcu zmądrzał. Ja wiedziałam, że ten wyjazd wiele zmieni w jego życiu :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Anna.
/Bądź/
Och Endriuuuuuuuu <3 Taki facet to skarb :) No ja wiedziałam, że ją kocha, ale pewno bał się dowiedzieć, że bez wzajemności.
OdpowiedzUsuńDwa takie głupole no ;)
Tatuś wyjechał to niegrzeczny synek przyszedł na świat, nie wolno tak no, Maciuś, posłusznym trzeba być :)
Skoro już szczęśliwi rodzice się kochają to piękna z nich rodzinka będzie, no nie? :D
Pamiętaj, kiedyś :PP
Pozdrawiam